Karminowe Wrota

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Go down

Pisanie autorstwa Geograf on Pią 18 Sty 2019, 12:46


Szkarłatna Brama to olbrzymia budowla, dryfująca bezwładnie pośród Szkarłatnej Otchłani. Z wyglądu przypomina nieco kościół; ma tylko jedno piętro. Zbudowana jest z półprzezroczystego kamienia błyszczącego czerwonawą poświatą, a wewnątrz posadzka przypomina olbrzymią szachownicę, ale co innego przykuwa wzrok przybyszów. Po przeciwnych stronach sali znajdują się dwa olbrzymie lustra pulsujące krwistoczerwoną poświatą. To są właśnie Karminowe Wrota – przejście pomiędzy światami, dzięki którym wędrowcy mogą odkrywać nieznane krainy. Sama świątynia znajduję się jakoby pomiędzy – wychodząc z niej bez przechodzenia przez drugie lustro znajdziesz się w samym centrum Szkarłatnej Otchłani.
Wrota mają swoje odpowiedniki w Świecie Ludzi (znajduje się w górach, obserwowany przez MORIĘ) oraz w Krainie Luster (ukryty w lesie). Oprócz nich, w okolicy, zarówno w Krainie Luster, jak i Świecie Ludzi, można znaleźć niewielkie odpryski magicznych luster. Nie są one tak majestatyczne, jak główne wrota, jednak wystarczająco duże, by człowiek, lub istota człekopodobna, mogły się przez nie przecisnąć i w ten sposób również dostać do wnętrza Szkarłatnej Bramy.

Aktualnie Karminowe Wrota jako budynek kontrolowane są przez umundurowanych, noszących maski strażników Stowarzyszenia Czarnej Róży.


Geograf
Geograf

Wiek : Wieczny
Wzrost / Waga : Czy to ważne
Aktualny ubiór : Ubranie geografa
Pod ręką : mapa i luneta
Stan zdrowia : Zdrowy staruszek

Liczba postów : 53
Dołączył : 13/01/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Nie 17 Lut 2019, 00:11

Cisza i spokój. Kościół niezmącony żadnym blaszanym aniołem, aż tu nagle... BAM! Z portalu wyleciał jakiś młody mężczyzna. Chwilę leżał na brzuchu, jako że plecy zajęte były przez metalowe skrzydła, a następnie jęknął coś i podniósł się z ziemi. Po czym rozejrzał niepewnie po wnętrzu budynku. A więc i tutaj szaleniec się nie mylił... Znalazł bramę do innego świata. Wyśmienicie, tylko gdzie teraz? I jak niby ma to mu pomóc w znalezieniu lekarstwa?
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Nie 17 Lut 2019, 02:54


Strażniczka będąca dziś na służbie zastrzygła ryżymi, puchatymi uszami, słysząc donośny rumor od strony portalu ze Świata Ludzi. Kto zacz?
Odwróciła się od prostego stanowiska w rogu świątyni – lewitujący blat zasłany papierami, obity materiałem zydel i położony na podłodze czerwonawy, jarzący się jak węgielek krążek, od którego biło ciepło – i postąpiła o krok, gotowa ruszyć do źródła hałasów. A było to źródło, że ho ho! W pierwszej kolejności w oczy rzucały się stalowe skrzydła i plecak, a następnie reszta mężczyzny, który wyłożył się jak długi na kamiennej posadzce.
– Hej, czy wszystko w porządku? – zapytała z uniesioną brwią, której oczywiście nie było widać spod maski. – Żyjesz pan?
Lydia, tak bowiem nazywała się nasza strażniczka, zwykła nosić zwykły, ciemny mundur członka Stowarzyszenia Czarnej Róży oraz sznurowane trzewiki na płaskiej podeszwie i ten zestaw miała też na sobie dzisiaj. Zdecydowanie wolała gorszyć wszystkich arystokratów i jako kobieta nosić spodnie, skoro zapewniało jej to znacznie więcej swobody podczas poruszania się. Całą jej twarz przysłaniała biała, lakierowana maska, gdzie na prawej skroni kwitła czarna, filigranowa róża, zaś ciernista łodyżka wiła się pod otworami na oczy, poprzez nos i obok otworu na usta. Jasne włosy spięła w wysoki kuc.
Spod krótkiej kurtki munduru, zza pasa spodni, wystawał długi rudy ogon, który kobieta właśnie wzięła w dłonie i poczęła nerwowo stroszyć i ugładzać. Nieco się przestraszyła, że to akurat na jej zmianie ktoś umrze na samym środku świątyni, albo że właśnie zaczął się kolejny najazd MORII, a leżący przed nią mężczyzna jest owym wątpliwym zwiastunem nieszczęścia.
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Nie 17 Lut 2019, 11:00

Ponownie coś mruknął (prawdopodobnie przekleństwo), dłuższą chwilę nie reagując na pytanie. Otrzepywał wtedy ubrania. Sprawdził jeszcze, czy skrzydła są na swoim miejscu... Może by się zdarzyło, że magicznie odpadły? Ale nie. Metalowe skrzydełka rosły mu dalej z pleców. Wtedy to wbił wzrok w sylwetkę strażniczki, nie dostrzegając w niej z początku nic dziwnego.
- Nie wiem... Nie wiem! Może ty mi powiesz?! Czy to zaświaty?!
Krzyknął z niespodziewaną wręcz wściekłością. I pewną dozą żalu. Co się dziwić... Wpierw ten koszmar, potem skrzydła, a teraz nieprzespana noc i przenosiny pomiędzy światami. Był jednocześnie wściekły i przerażony faktem, że te wszystkie opowieści są prawdziwe.
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Pon 18 Lut 2019, 00:28

Kobieta drgnęła, a później zamarła z ogonem w dłoniach. Pytanie, które miało być czysto pro forma okazało się dużo bardziej istotne dla przybysza niż dla samej Lydii. Dodatkowo, mężczyzna aż zaczął kipieć złością, wyzwalając w Dachówce instynkty obronne. Nadal jednak, była nieźle wyszkolona i nie pozwoliła niepokojowi wpłynąć na swoje zachowanie.
– Jakie zaświaty, co też pan...! – zaczęła, ale nagle zaświtało jej w głowie co tu się wyprawia. Jak każdy pracownik w każdym zakładzie i każdej firmie, westchnęła w duchu: dlaczego na mojej zmianie?
Podeszła ostrożnie, wypuszczając ogon z rąk, o parę kroków, gotowa by zareagować na bardziej agresywne zachowanie mężczyzny. Jej postawa była przyjazna, "otwarta", jakby powiedział behawiorysta.
– To nie zaświaty – odpowiedziała rzeczowo, bo przybysz z pewnością chciałby wiedzieć z jaką sytuacją przyszło mu się mierzyć. – Nadal pan żyje – dopowiedziała, nie dodając cisnącego się na usta "w pewnym sensie", wszak właśnie rozpoczęło się jego nowe życie, a biedak nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. – Jest pan w Karminowych Wrotach. W Bramie. W "portalu" – dodała po chwili, używając pospolitego, pozbawionego polotu określenia wymyślonego przez nudnych Ludzi. – Kraina Luster, Szkarłatna Otchłań? Czy te nazwy cokolwiek panu mówią?
Lydia znów wewnętrznie westchnęła. Ileż będzie miała papierkowej roboty jeśli mężczyzna jest tym, kim kobieta przypuszcza, że jest. Poprzednie obawy nieco się rozwiały, obecnie skupiła się raczej na przybyszu, niż na potencjalnym zagrożeniu, które mógł ze sobą przynieść. Jaskrawoniebieskie oczy błyszczały w otworach maski, a kotka, jak wszystkie ciekawskie stworzenia, postąpiła o kolejny niewielki krok w kierunku Franka.
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Pon 18 Lut 2019, 01:09

- Cudownie... Wprost cudownie do cholery! Całą noc szukałem tego przeklętego miejsca i jak zwy... JEZU CHRYSTE, CO TO JEST?!
Krzyknął nagle, jakby zobaczył jakiegoś obrzydliwego, zmutowanego robala. Opętaniec w końcu dostrzegł jej kocie uszy i wystający ogon. Po reakcji można było wnioskować, że styczności z tego typu stworzeniami nie miał. I wolałby nie mieć.
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Pon 18 Lut 2019, 23:25

Nim zdążyła zadać jeszcze więcej, jak sadziła, pomocnych pytań, mężczyzna zaczął krzyczeć. Lydia wrzasnęła razem z nim, w końcu pod pewnym względami nadal była po prostu młodą kotką. Idź weź wartę w Bramie, mówili, będzie fajnie, mówili..
– Co? Gdzie?! – zasyczała jak prawdziwy kot, choć dużo bardziej gardłowo. Równocześnie przywarła plecami do ściany, która dawała jej osłonę przed niebezpieczeństwem, które właśnie dostrzegł przybysz. A jednak, MORIE. Ugięła nogi w kolanach, w każdej chwili gotowa skoczyć i rozszarpać zagrożenie. Wzrokiem ślizgała się pomiędzy Frankiem a dwoma lustrzanymi portalami.
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Wto 19 Lut 2019, 00:06

- Ty! Nie zbliżaj się!
Ton głosu miał wręcz oskarżający. Wskazał dramatycznie palcem na jej głowę, po czym zrobił krok do tyłu. Mina w zupełności pasowała do krzyków. Oczy miał wybałuszone na pół twarzy, a usta rozchylone w jeszcze nie wydanym wrzasku. No ogólnie przerażony był, jak ciapaci na antarktydzie. Wciąż jednak głosowi towarzyszyła jakaś nutka wściekłości. Nie wiadomo, czy to przez zmęczenie, czy naturalny instynkt, ale jego krzyki najwyraźniej próbowały też kogoś odstraszyć. Bo co innego widzieć jakieś bajki w internecie o takich wybrykach natury, a co innego spotkać. Wydawać by się mogło, że zaraz albo się na nią rzuci, albo zrobi zwrot w tył i do portalu.
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Sro 20 Lut 2019, 00:38


Spojrzała na niego jak na wariata, za którego ją miał. Wszystko stało się jasne, krystalicznie (lub jaskrawo) jasne.
– Gorzej ci, Człowieku? – sapnęła, a błękitne oczy miała tak samo szeroko rozwarte jak on, choć już nie krzyczała. Była zbyt zszokowana jego zachowaniem. Szczególnie, że miał parę cholernych skrzydeł na plecach. Nadal tkwiła przy ścianie, choć już nie tak spięcie – w końcu zagrożeniem okazała się ona sama! No beka. – Kiedy ostatnio patrzyłeś w zwierciadło lub taflę wody? – dopiekła mu. A przynajmniej mocno się starała.
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Sro 20 Lut 2019, 01:43

Frank słysząc jej słowa się nieco ogarnął. Zwątpienie zagościło na jego twarzy, bowiem właśnie dotarło do niego, że ma całkowitą racje. On miał skrzydła na plecach... No nie skrzydła, to przecież jakieś blachy tylko. I na pewno mniej dziwne, niż żywe kocie uszy i ogon. Spróbował zachować jakiś względny spokój, by przynajmniej się nie ośmieszać. Pozostał w miejscu. Wciąż jednak niewiele brakowało, by wziął nogi za pas.
- Jakieś pięć minut temu. I, eeee... - tutaj na chwilę się zawiesił, bo jeszcze nie zdecydował, czy skorzystać z okazji i zwiać, czy udowadniać swoje racje. - Nie chciałem ich, dobra?! Są mniej dziwne, niż wielki ogon i uszy! Czym ty w ogóle jesteś?! Jakimś demonem?!
Głupi postanowił pokłócić się nieco. Głowa mu już trochę nie pracowała... I miał wrażenie, że zaraz od tego wszystkiego eksploduje. Nie dość, że zmutowany kot, to jeszcze wypomina mu jego skrzydła! Jakby to nie jego i tego świata sprawka, że się ich nabawił. Jakaś waleczna cząstka duszy sprawiła, że podczas tych wszystkich krzyków usiłował nie okazywać strachu. Walczyć o swoje prawo do wytykania cudzej anatomii. Ostatecznie jednak niezbyt mu wychodziło. W głosie można było wyczuć lęk, a dodatkowo zerkał co chwila nerwowo na boki. No ale przynajmniej sprawił, że przez moment bali się obaj... Ironia, że to właśnie strach przeraził kotkę, a nie "pewność siebie"...
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Nie 24 Lut 2019, 20:54


Strażniczka zjeżyła się widocznie, jak to kotowate. Nigdy nie radziła sobie zbyt dobrze z przytykami co do własnej fizjonomii. A tu jeszcze jakiś laik śmie jej wytykać, że ma odstające uszy i grubą kitę!
– Ej, nie jest taki wielki! – sapnęła znów, chwytając puszysty, typowo koci ogon w ręce. Znów poczęła go nerwowo głaskać i stroszyć. – A na pewno, w przeciwieństwie do twoich wielkich skrzydeł, już nie urośnie! – palnęła.
A ten znowu o demonach i zaświatach! Czy Ludzie nie mieli innych bajd? Albo nie potrafili myśleć o czymś innym niż śmierć?
– Jestem Lydia! – odparła wyzywająco i przekornie, bo przecie nie o to zapytał – i jestem osobą, nie rzeczą. Nie wiem jak ty, Opętańcu.
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Nie 24 Lut 2019, 21:37

- Opętaniec... Czyli to "coś" - wskazał wymownie za siebie - urośnie jeszcze bardziej...
Stwierdził jakoś tak o wiele groźniej i spojrzał w bok zamyślony. Wyraźnie ostatnie słowa Lydii wywarły na nim wpływ. Niezbyt dobry, patrząc na reakcję. Strach nagle jakby się rozwiał. Albo raczej ustąpił pola innym emocjom. Frank zaczął się denerwować. Ewidentnie było widać, że jest niepocieszony zasłyszanymi faktami. Chociaż niepocieszony to raczej mało powiedziane. Naprawdę wiele trzeba było, by ogarnęła go wściekłość zamiast strachu. A być może jedno wynikało z drugiego... Ale też miał pełne prawo to odczuwać. Przyjeżdżając do tamtego miasteczka chciał wieść spokojne, normalne życie. Ze wszystkimi wygodami współczesnego świata. Będąc w pełni częścią ludzkiego społeczeństwa. Tymczasem został porwany do jakiejś dziwacznej krainy i wyrosły mu skrzydła. Te dwie metalowe blachy na plecach dosłownie zniszczyły mu życie oraz ubrania. A teraz jednego z winowajców miał przed sobą, informującego go, że będzie tylko jeszcze gorzej. Długą chwilę zajęło mu przetrawienie tych informacji. A po nich, o dziwo, nie rzucił się na kotkę. Za to wbił w jej maskę iście lodowate spojrzenie. Tylko na tyle pozwalały mu strach i aktualne położenie.
- Jestem Frank. A wy jesteście mi coś winni.
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Pon 25 Lut 2019, 00:09


Uwadze kobiety nie uszła zmiana w nastawieniu Franka. Cóż, nie pierwszy raz spotykała się z agresywnym nastawieniem, choć ci, którzy trafili przez Wrota częściej byli zaciekawieni niż przerażeni. Ci, którym starczała micha bigosu nie parali się poszukiwaniem przygód i podążaniem za legendami.
Odsunęła się od ściany, gotowa na to, że młodzieniec w każdej chwili rzuci się na nią. Złe, zmrużone oczy, lwia zmarszczka, często zaciśnięte usta czy pięści – te i inne tiki wyraźnie ostrzegały, że intelokutor traci spokój ducha. Czekała, spięta do skoku, poświęcając te kilka chwil, których Opętaniec potrzebował tylko dla siebie, na studium jego pozostałych gestów i zachowań. Gdy wreszcie zdecydował toczyć boje raczej przy pomocy słów niż pięści, była nieco pod wrażeniem. Przed chwilą wydawało się, iż niczego nie pragnie tak bardzo, jak znaleźć ujście dla wzbierającej bezsilności. (Odbiłby się od pola siłowego, ale to już totalnie inna bajka.)
– Gdy ostatnio sprawdzałam, miałam jedną głowę. – Po chwili westchnęła. To był żart przeznaczony dla Cyrkowców, nie Franka. – Jestem Dachowcem. Ty jesteś Opętańcem, czyli zaraziłeś się chorobą z mojego świata. Gdybyś nas nie szukał, dalej byłbyś Człowiekiem.
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Pon 25 Lut 2019, 00:54

Informacja, że nie jest już człowiekiem, ponownie spowodowała u niego lekki wstrząs psychiczny. Na tyle, by przestać zachowywać się, jakby przyszedł tu wszystkich zabić. I jakby jeszcze mógłby to zrobić. Frank sprawiał tylko wrażenie kogoś, kto mógłby być pewny swoich zdolności bojowych. W rzeczywistości wolał nie ryzykować burdy z wyszkolonym strażnikiem. Zwykła obawa o to, że nie przeżyje ataku trzymała go w miejscu. Inaczej rzeczywiście już dawno wylałby cały stres, jaki nagromadził się w nim przez ostatnie dni. Miał na to wyjątkowo dużą ochotę. Niestety albo stety, strach go zmuszał do bitwy słownej.
- Świetnie... Dobrze wiedzieć, że to jednak wasza sprawka.
Do jego głosu zawitała teraz z kolei nerwowość. Nastroje zmieniały się mu niesamowicie szybko. Albo raczej inne emocje wychodziły na światło dzienne. Faktem było, że ta zmiana przypominała o tym, co naprawdę czuje w danej chwili. On sam do końca nie potrafił tego określić. Najłatwiej chyba byłoby to nazwać rozgoryczeniem, połączonym ze srogim zmęczeniem poszukiwaniami. Nie żeby na co dzień było lepiej. Skrzydła wyjątkowo utrudniały mu sen, do tego dochodził stres z nimi związany. Chociaż opętaniec mówił jeszcze z sensem, to wkrótce mógł stać się bardzo irracjonalny. Dlatego właśnie postanowił nie uczestniczyć dłużej w przepychance słownej. Zwłaszcza, że nie zamierzał niczego się o tym świecie dowiadywać. Miał serdecznie dosyć krainy luster i absolutnie nie obchodziło go, czym są dachowce. Chciał jedynie dostać to, po co przyszedł. I musiał się śpieszyć, nim kompletnie od tego wszystkiego oszaleje.
- Więc dlaczego choroba z WASZEGO świata przedostała się do MOJEGO świata? I gdzie jest lekarstwo?
Co prawda nadal pałał wrogością, ale był chociaż trochę spokojniejszy. Nie darł się już wniebogłosy. A przynajmniej na razie. W końcu, po to tu właśnie przyszedł. Lekarstwo. I szkoda by było zaprzepaścić szansę na jego zdobycie, darciem gęby jak jakiś szaleniec. Wyglądało, że trochę się opanował. Trudno jednak stwierdzić, jakby zareagował na odpowiedź "nie ma". Pewne jest, że niezbyt dobrze.
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Sro 27 Lut 2019, 21:53


Młody mężczyzna uspokoił się nieco, tak więc Lydia również odrobinę się rozluźniła. Cechowały ją niezwykłe pokłady empatii, zakrawające na moc. Nie znaczyło to jednak, że z automatu współczuła wszystkim, których napotkała na drodze. Częściej wykorzystywała zdolności do przewidywania zachowań innych.
– Sprawką twoich ludzi jest, że wychowywałam się bez matki. Możemy uznać, że zniszczone życie za zniszczone życie? – Tak, prawdą było, że cyniczna Lydia często nie dorastała matce, prawdziwemu Lwiemu Sercu, do pięt. Choć się starała.
Mężczyzna stawał się coraz bardziej zrezygnowany i bezradny. Na tyle, że nawet ona, rozgoryczona przywołanymi właśnie wspomnieniami, miała opory przed rzuceniem mu w twarz „lekarstwa nie ma”. No bo nie było. Przybrała współczujący ton głosu, przecież nie widzi jej twarzy.
– Powiedz mi co się stało. To prawie niemożliwe, żebyś złapał Klątwę bez przejścia przez portal. – Zmuszała się do mówienia najbardziej prostymi, pospolitymi określeniami. – Nie próbowałeś jakichś egzotycznych potraw? Osobliwych napojów? Nie przydarzyły ci się dziwne wypadki?
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Sro 27 Lut 2019, 23:01

Zdanie o jej rodzicach puścił koło uszu. Przynajmniej tak to wyglądało. Nie wiedział, co się stało matce kocicy, ale niezbyt miał ochotę bawić się w empatycznego przyjemniaczka. Lydia wydawała się mu jakkolwiek współczuć. Nie wyglądała, jakby miała wobec niego złe zamiary. Tylko on nie był Lydią. Był za to zmęczonym, wkurzonym i przerażonym człowiekiem, który na dodatek wciąż nie uważał jej zbytnio za rozumną istotę. Był Frankiem Boonem. Kierował się prostą zasadą, że nie można ufać niczemu, co jest obce. A istoty z kocimi uszami i ogonami były dla niego wyjątkowo obce. Więc nie zszedł z tonu. Nie wyraził w nim skruchy, czy braku wrogości. Zachowywał się, jakby nadal uznawał rozmówcę za wroga. I odpowiedział mu dopiero na drugie pytanie. To odnośnie matki ponuro przemilczał. Wbił jedynie wzrok gdzieś w ziemie, by przetrawić usłyszane informacje. Ale na jego twarzy nie było współczucia, czy żalu. Po prostu głuche milczenie. Żadnej mimiki, czy nerwowych ruchów. Jakby kompletnie się to od niego odbiło.
- Wszystko tu jest dziwne... - pokręcił lekko głową, czemu towarzyszyło latanie na wszystkie strony jego włosów - Tamto miasto to jakieś kompletne wariatkowo. Tak, miałem dziwne wypadki.
Przez cały ten czas był spięty. Poddenerwowany i zdolny w zasadzie do wszystkiego. Stał się niecierpliwy. I na pewno nie bardziej przyjacielski, niż wcześniej. Zapewne gdyby nie zmiana podejścia Lydii, to już krzyczałby z powodu jakiejś kolejnej tragedii. Mało to jeszcze miał okazji, by pokrzyczeć, jaki to ten świat jest pochrzaniony i dlaczego właśnie jemu to się przydarzyło? Jedynie jego ostatnie zdanie jakkolwiek się różniło. Było ono jednak tylko bardziej przepełnione irytacją. Jakby odpowiedź była czymś kompletnie oczywistym. Bo czy to nie było oczywiste? Wyrosły mu skrzydła i przeniósł się przez kawałek lustra do krainy z ludzio-kotami. Jak nie nazwać tego dziwnym wypadkiem? Zresztą zaraz to pytanie powtórzył i na głos.
- Znikający ludzie, szaleńcy, metalowe skrzydła, popaprane sny, kraina z koto-ludźmi... Jak mam tego nie nazwać dziwnym?
W tym momencie podniósł na nią wzrok. I był on jednocześnie zdezorientowany i zacięty. Przerażony i groźny. Frank sam już nie wiedział, czy ma się bać, gniewać, a może to wszystko zlać oraz odpuścić sobie ludzką logikę. Ewentualnie paść na ziemię i zasnąć. Ale pewnym było na pewno, że nie ufa strażniczce. Nie uspokoił się jeszcze i jakkolwiek nie zamierza przepraszać za to, co stało się jej matce. To nie on jej zrobił. I nie będzie współczuł komuś, kto sam go okaleczył.
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Pią 01 Mar 2019, 14:11


Gdy mężczyzna nie dał się sprowokować, nie wiedziała co bardziej ją ubodło – że jest nieczułym gburem, tak jak wszyscy Ludzie, czy to, że nie dał się podpuścić. W każdym razie – pod maską i tak nie widać żadnych emocji. Skupiła się na dalszej części konwersacji – przybysz chyba wreszcie przełknął jej nienaturalny status. (Oczywiście, dla samej Lydii było to nieco niezrozumiałe, w końcu Dachowce nie były jedną z nawet najbardziej spektakularnych ras. Nie wspominając o pałętających się po dziczach Bestiach.)
– Czyli przechodziłeś przez portal wcześniej i to przez to złapałeś Klątwę – sklaryfikowała. – Widzisz, rzadko zdarza się, żeby cokolwiek przedostało się do was, do Świata Ludzi. Nawet moi magiczni pobratymcy niechętnie osiadają w waszym świecie. ...Czyli ci koto-ludzie, szaleńcy z dodatkowymi kończynami i osoby ze skrzydłami.
...Między innymi.
Kotka postąpiła dwa kroki w kierunku stojącego na środku Świątyni Franka, by sprawdzić jak (i czy) na to zareaguje.
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Pią 01 Mar 2019, 14:50

Zareagował, jak najbardziej. Chociaż była to dość mało spektakularna reakcja. Łypnął na jej nogi podejrzliwie, z ewidentną niechęcią. Gdyby tylko był kimś takim jak ona, to już zapewne syczałby w jej kierunku. Mniej więcej to właśnie wyrażało jego spojrzenie. "Nie zbliżaj się, bo ugryzę." Ale z racji tego, że nie był skrzyżowany z żadnym zwierzęciem, to zostało mu tylko gapienie. Nie protestował przy tym, bo czy sens miało wycofywanie się? Złapie go, jeśli tylko będzie chciała. A przynajmniej tyle był na jej temat pewny. No to w końcu kot...
- Mogą się osiedlać do woli, byle z dala ode mnie. - odrzekł ponuro i przeniósł wzrok z powrotem na jej twarz - Nie chcę tego wiedzieć. Nie obchodzi mnie to, rozumiesz? Po prostu daj mi lekarstwo albo odetnij te skrzydła i już nigdy się więcej nie zobaczymy. Wrócę do swojego świata i zapomnę o was.
Spojrzenie i głos nadal miał pełne wrogości. Jednak z każdym kolejnym słowem, coraz wyraźniej było słychać błagalną nutę. Powoli na wierzch wyszło, że jego wściekłość wywołana była goryczą. Już nawet nie protestował. Nie negował tego wszystkiego, co widzi. Jego zmęczony umysł chwilowo był w stanie zaakceptować fakt istnienia świata po drugiej stronie lustra. Ale nie na długo. Zaakceptował fakt, ale się z nim nie pogodził. I nadal chciał uciec stąd jak najdalej, a potem niczego nie pamiętać. Niestety ciało mu na to nie pozwoliło. Stopy przyrosły na amen do podłogi, a uniesienie ręki zdawało się nagle czynem godnym tytana. Jego mięśnie spinały się praktycznie cały czas, chociaż nie mógł nimi ruszyć. Był sparaliżowany strachem oraz zmęczeniem. To nie była jego bajka. Przeczyła prawie wszystkiemu, co dotąd wiedział. W takiej sytuacji wielu nie mogłoby się ruszyć z miejsca. Jedynie co jakiś czas jego palce nerwowo drgały. Dobrze, że niczego nie trzymał, bo wyszłoby na jaw, że lekko mu się trzęsą ręce. Wcześniej nerwowe reakcje tłumiło przemożne pragnienie zdobycia lekarstwa. A także możliwość wylania nieco zbierającego się w nim od wielu dni stresu. Ale teraz? Teraz powoli kończyły mu się już nerwy do rwania. Zaczęła go ogarniać senność. Głowa nagle stała się potwornie ciężka i mimo woli, musiał lekko nią potrząsnąć. Zacisnął przy tym na chwilę oczy, po czym zamrugał kilka razy. I dalej gapił się na Lydie.
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Pią 01 Mar 2019, 15:03


Chyba powoli ponownie zbliżali się do momentu, którym będzie bliska rzucenia mu w twarz „lekarstwa nie ma!” Na razie naprawdę powoli sięgnęła za siebie po zydel i przesunęła go ku Frankowi, gestem zachęcając, by usiadł. Od dłuższej chwili wyglądał na coraz to bardziej zmęczonego i zrezygnowanego. Następnie cofnęła się w kierunku biureczka, pozwalając zachować mu zdrowy dystans od swojej osoby. Może po to chciała, by usiadł.
Cóż, niech weźmie głęboki oddech! Dała mu czas, by ze dwa razy namyślił się, czy chce usiąść, a później wypaliła:
– Nie ma pewnego lekarstwa. A odrąbane skrzydła nieziemsko bolą, jak możesz sobie wyobrazić. – Uśmiechnęła się do swojego suchara. Oczy w otworach błysnęły jej wesoło. – I odrosną. Za każdym razem. Też boleśnie w cholerę. Masz dwa wyjścia: poddać się, hmh, jak wy to mówicie? eksperymentalnemu leczeniu, albo nauczyć się zaklęcia niewidzialności, jeśli zdołasz, żeby ukryć swoje skrzydła.
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Pią 01 Mar 2019, 17:25

Namyślał się dość długo. Patrzył to na mebel, to na Lydie, poważnie rozważając w głowie niemą propozycję. Ostatecznie zdołał ruszyć się z miejsca dopiero wtedy, gdy skończyła mówić. Każda jego akcja była jakby opóźniona. On sam podejrzewał, że jeśli gdzieś spocznie, to zwyczajnie padnie. Ale nie obchodziło go to. Najwyżej padnie... A nóż się okaże, że to wszystko tylko zły sen. Szedł krok za krokiem, zerkając co chwila podejrzliwie na kotkę. Spodziewał się chyba, że ta go rozszarpie w chwili nieuwagi. W końcu dotarł do zydla i chwycił za oparcie. Dłonie nerwowo zacisnęły się na nim, jak gdyby zamierzały drewno zmiażdżyć. Tylko po to, by zaraz potem mógł opaść na krzesło i uwolnić je od tego ciężaru. Siedział niepewnie i praktycznie na samej jego krawędzi. Chociaż tutaj bardziej od niepewności, zawiniły skrzydła. Poważnie przeszkadzały w odchyleniu się do tyłu. Ale jemu nie przeszkadzało to. Ważne było, że mógł chociaż na chwilę dać odpocząć nogom. Na jego twarzy przez moment pokazała się ulga. Zaraz zastąpiona posępnym zamyśleniem. Wzrok wbił gdzieś w podłogę z boku, by powoli i na spokojnie przetrawić informacje. Chwilę siedział w milczeniu, tępo kiwając głową. Był to ruch prawie niewidoczny. Ale ewidentnie sugerował, że Frank ma dość opóźniony zapłon w reagowaniu na poczynania Lydii. Albo to sobie samemu kiwał, a raczej swym myślom w głowie. Robił to przez kilka sekund. Aż niespodziewanie zabrał głos.
- Nie chcę ich ukrywać, tylko się pozbyć. A na eksperymentalne leczenie mnie nie stać... - w tym momencie odetchnął głęboko i kontynuował - Więc co teraz mam zrobić?
Spytał ponurym, wręcz potwornie zrezygnowanym tonem. Wściekłość stopniowo ulatniała się z niego. Zastąpiło ją właśnie zrezygnowanie. Opętaniec cały nagle oklapł. Jego twarz także skryła się w ponurym cieniu własnych przemyśleń. Nerwowe ruchy wraz z zajęciem miejsca na zydlu też praktycznie odeszły. Było to niejako zaakceptowanie faktu, że zdany jest na Lydie. Szok w jakiś niewytłumaczalny sposób go uspokoił. A może to wina tego, że wyparowały ostatnie resztki jego nadziei i pewności siebie. Nie miał już siły się z kocicą spierać. Nie miał nawet siły, by spojrzeć jej ponownie w twarz. Przez ten cały czas wzrok kierował na jakiś wyjątkowo interesujący fragment podłogi. I czekał w milczeniu na odpowiedz. Na pytanie nurtujące go, odkąd odkrył rosnące mu z pleców skrzydła. Co teraz? Jak ma pozbyć się tych skrzydeł? Albo jak z nimi żyć? Czy w ogóle możliwe jeszcze było, by kontynuował dawne życie? On nie potrafił odpowiedzieć. Lecz Lydia tak, co okropnie mu nie pasowało. Jednak chociaż jej nie ufał i uważał za jakiś wybryk natury, który nigdy nie powinien zaistnieć, to pogodził się z tym. Pokazywało to jego zrezygnowanie. Ponura akceptacja sytuacji, w jakiej właśnie się znalazł. Kocica miała teraz przed sobą osobę gotową na wszystko. Wszystko, byle mogła odejść stąd ze spokojnym sercem.
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Pon 04 Mar 2019, 23:43


Gdyby słyszała jego myśli, byłaby bardzo zawiedziona. W duchu zaakceptował, iż jest kotem, a jednak nie pamiętał, że kotki lubią bawić się z ofiarą przed zadaniem ostatniego ciosu. Na pewno nie rzuciłaby się na niego, by go rozszarpać w chwili nieuwagi, phi!
– Ale nie kipniesz mi tu, no nie? – Lydia poruszyła się niespokojnie, znów chwytając po ogon. – Zasadniczo nie umiem leczyć, mam pilnować! I wiesz, że mogłeś po prostu obrócić to krzesło, nie? – Zauważyła błyskotliwie, spoglądając na jego boje z oparciem. Sama wyciągnęła spod stołu jarzący się żeliwny krążek i to na nim spoczęła. W ciepełku, jak to kotek.
Gdy postanowił się odezwać, wpierw nie była pewna co ma na myśli. Później w zasadzie też nie.
– To eksperymentalne leczenie, więc nie musisz za nie płacić, wystarczy nam, że zgodzisz się pomóc: przecież trzeba sprawdzić czy działa. – Zmarszczyła czoło, choć tego też nie mógł zobaczyć, tylko jej uszy poruszyły się niespokojnie. – To nie brzmi dla ciebie... racjonalnie? Macie inne zwyczaje?
Patrzyła na niego, na zrezygnowanie w zielonych oczach, na brak mimiki i gestykulacji i coraz mniej go rozumiała, bo przecież przedstawiła mu nawet dwa rozwiązania.
Trzy z tym bolesnym.
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Wto 05 Mar 2019, 17:35

Pokręcił tylko przecząco głową w odpowiedzi na pierwsze pytanie. Lekko, bardziej do siebie, niż Lydii. Wyglądało na to, że zatracał kontakt z rzeczywistością. Zamykał swoje myśli w przemęczonej głowie i powoli odcinał się od tego wszystkiego, co go otacza. Tak było mu łatwiej. Nie zamartwiać się, nie lękać. Nie próbować zrozumieć, tylko zwyczajnie wyprzeć i udawać, że świat wokoło nie istnieje. Zignorował również jej uwagę na temat krzesła. Tak naprawdę Frankowi było wszystko jedno, w jakiej pozycji siedzi. Obrócenie mebla i usadzenie na nim wygodnie nie pasowało mu w tej sytuacji. Zwyczajnie... Nie chciał udawać, że nie jest spięty, chociaż cholernie był. Naturalniej czuł się na krańcu siedziska, zgarbiony i niepewny tego, co mu zafunduje Kraina Luster. A w zasadzie Szkarłatna Otchłań. Nie rozróżniał tych dwóch miejsc. O otchłani nawet nie wiedział i nadal nie do końca wie, że znalazł się nie w tym świecie, co trzeba. Tymczasem w jego głowie kłębiły się niezliczone myśli. Mniej lub bardziej racjonalne. Jednak na zewnątrz praktycznie w ogóle nie ujawniał tego całego bajzlu. Zachowywał się trochę, jakby był nieprzytomny. Nie reagował na słowa kotki, poza tym lekkim pokręceniem głowy. Dopiero jej dalsze słowa go nieco ocuciły.
- Eksperymentalne... leczenie... hm... - wymamrotał do siebie pod nosem i zmarszczył czoło - Darmowe? Nie wiem... nie nie nie nie nie nie nie. Nie chcę leczenia od was...
Dalej kontynuował to mamrotanie do siebie. Lydia mogła go usłyszeć, a jednak rzeczywiście nie kierował tych słów do niej. Opętaniec dalej zachowywał się, jakby był w jakimś transie. Nie patrzył na nią, gapił się tylko na podłogę. Nie odpowiadał jej, a jedynie mamrotał do siebie. Trawił w głowie to, co przed chwilą usłyszał. To o eksperymentalnym leczeniu widocznie go zbiło z pantałyku. W znużonym umyśle skupił się na słowie "leczenie". No i skojarzył wtedy, ile powinno kosztować leczenie, które ma usunąć wirusa takiego, jak on ma. I w zasadzie nadal nie wyglądał, jakby uświadomił sobie swoją pomyłkę. Raczej była ona dla niego nieistotna, gdy miał nastawienie "nie ufać niczemu". Ani zaklęciu... zaklęciu? Ani tutejszemu leczeniu. Nagle Frank uświadomił sobie, jak naiwny był, sądząc, że tak po prostu tu wejdzie, dostanie lekarstwo i wyjdzie. Ale te wszystkie fakty do niego docierały opóźnione. Długo zajęło mu, nim ponownie się odezwał. I nieoczekiwanie się ocknął. Spojrzał ze zmarszczonymi brwami po otaczającemu go budynku. I nigdzie nie zobaczył Krainy Luster. No cholera... Przecież portal miał go tu zabrać.
- Gdzie my jesteśmy? To nie jest Kraina Luster.
Spytał się, wreszcie bezpośrednio Lydii i dalej oglądał podejrzliwie otaczający go świat. Spojrzenie miał takie, jakby właśnie go oszukano. Jakby powoli orientował się, że nie jest tam, gdzie mu powiedzieli, że jest. Chociaż w zasadzie nikt mu tego nie powiedział. Uroił sobie, że bezpośrednio za portalem będzie ta dziwaczna kraina. Nie wyglądało jednak na to, by zamierzał porzucić przekonanie, jakoby to oni go okłamali.
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Czw 07 Mar 2019, 00:10


Zaprzeczył, a jednak z każdą chwilą klapł coraz bardziej. Jeszcze dojdzie do tego, że będzie musiała go zabrać do jakiegoś medyka tak czy siak, bez żadnej świadomej zgody! Najbliżej byłby chyba dworzec AKL w Mieście Lalek, ale nie miała pewności, iż zastanie tam medyka. Często udzielali pomocy na terenie całego miasta, a także w miasteczkach pośród Herbacianych Łąk, gdzie nie żył żaden uzdrowiciel. Mieszkańcy często parali się zielarstwem, niejednokrotnie mając miedzy sobą nawet jakąś Wiedzącą lub Leśną Babę, ale naparami nie wyleczy się złamanej podczas zabawy nogi czy zranienia od kłów podczas polowania. Swoją drogą karygodne, iż ktoś polował w tak spokojnym jak Herbaciane Łąki miejscu. Nawet ona, drapieżnik z urodzenia, starała się nie płoszyć i nie ganiać ptaków błogo wijących gniazda pośród niskich gałęzi i rosnących torebek herbaty. Polowania nie uniewinniał nawet fakt, że zwierzęta śpiące pośród herbat były już niemal w marynacie.
Z drugiej strony, zaraz za Miastem Lalek tkwiła dostojnie Klinika na Wzgórzu, gdzie mieli podobno prawdziwego, wykształconego uzdrowiciela i pielęgniarkę o takichż mocach zawsze na miejscu! Lydia zmarszczyła jednak brwi, bo zabranie tam Franka nie byłoby do końca zasadne. Kotka powinna działać w najlepszym interesie Stowarzyszenia Czarnej Róży, a Lord Protektor nadal nie potwierdził nieszkodliwości i współpracy z tym obiektem leczniczym, tak więc najlepszym rozwiązaniem byłoby zabranie mężczyzny do Punktu pomocy na dworcu arcyksiążęcym. Szczególnie, gdy począł do siebie gwałtownie, niezmordowanie mamrotać. Ciekawe jak leczy się choroby psychiczne. Czy również wystarczy położenie dłoni z magiczna mocą, by zanikły uszkodzenia mentalne? Może leczenie Anielskiej Klątwy to będzie jego najmniejszy problem? To by była dopiero beka.
Rozmyślania należało jednak przełożyć, bo pan Opętaniec jakby się przebudził z długiego snu. A raczej koszmaru.
– No raczej – parsknęła. – Powiedziałam ci to na samym początku, ale udawałeś, że nie słyszysz. To brama do Krainy. I Szkarłatnej Otchłani też, mimochodem. Otchłań jest tam – wskazała kciukiem pomiędzy słupami Świątyni, na przestrzeń szkarłatu, po którym żeglowali – na zewnątrz. Kraina Luster jest – „za lustrem”, nie dokończyła, a wskazała palcem połyskująco czerwonawo taflę za swoimi plecami.


Ostatnio zmieniony przez Soph dnia Czw 07 Mar 2019, 22:15, w całości zmieniany 2 razy (Reason for editing : dodanie wytłuszczenia)
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Czw 07 Mar 2019, 01:24

Spojrzał na nią, jak na jakąś idiotkę. A raczej z niedowierzaniem, że jeszcze zawraca mu głowę. Nie mógł wprost uwierzyć, że wpierw krzyczał, a potem kulił się na krześle tylko dla "tego". Dla informacji, że trochę (a nawet bardzo) pomylił drogi. Idioci. Idiota zaprojektował te portale i idiotką była Lydia, która go tu zagadywała. Idiotą był stwór, który go tu przytargał w nocy i zaraził. A największym idiotą był on sam, że jeszcze nie skorygował własnego błędu. Wzrok perfekcyjnie pokazywał, że to wszystko staje się dla niego jakimś wyjątkowo nieśmiesznym, wręcz żałosnym żartem. Oczy nadal miał poważnie przekrwione, a jednak informacja o celu podróży natychmiast go rozbudziła.
- To nie można było tak od razu? Po co ja tracę tutaj czas z jakąś nieregularnie porośniętą koto-małpą?!
Zabrzmiało to, jak obelga i miało tak zabrzmieć. Skończyła mu się cierpliwość. Dość miał już tej przeklętej otchłani i jej dziwacznych stróżów pomieszanych ze zwierzętami. Teraz na nowo zaczął się irytować. Na nowo buntował się temu, że zdany był na kocicę. I zamierzał jej jak najdotkliwiej przekazać irytację faktem, że stracił tu kupę czasu, gdy czeka go jeszcze tyle poszukiwań. Wściekał się na samego siebie. Jaki on był głupi... Dlaczego w zasadzie wykłócał się ze strażniczką, zamiast pójść tam, gdzie od początku zamierzał? I tak miał szczęście, że w porę sobie o tym przypomniał. Byłby tu pięć minut dłużej, to z pewnością zasnąłby na siedząco. A jak już przy siedzeniu, i w tej kwestii coś postanowił zmienić. Gwałtownie zerwał się z krzesła, wywalając je przy okazji za siebie. Na dźwięk drewna uderzającego o podłogę skrzywił się mimowolnie. Haaałas... Którego on sam nie wydaje. Rzucił jeszcze tylko Lydii wściekłe spojrzenie, jakby specjalnie go tu trzymała. Zaczął iść w stronę wskazanej tafli, która miała go przenieść do Krainy Luster. Szybkim krokiem, nie odwracając już więcej za siebie. Widać uznał, że jego sprawy tutaj są skończone.
- Nie pójdę na żadne wasze cholerne leczenie. W życiu nie zaufałbym lekarzom stąd. I nie zamierzam studiować jakichś zaklęć, świry jedne! Do niewidzenia włochata strażniczko! Oby ci ta ruda szczota odpadła!
Krzyknął jeszcze tylko na odchodne. Wyraźnie zirytowanym głosem, w którym nawet pogardę dało się usłyszeć. Takie ostatnie słowa do świata, który zamierzał zostawić za sobą. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że to Lydia jest zwinniejsza z ich dwójki. Z pewnością mogła go zatrzymać. No i pewnie nie spodobały się jej epitety, jakimi ją obdarzył na koniec. Ale czy to miało znaczenie? Byle do Krainy Luster. Byle do miejsca, gdzie pozbędzie się tych popapranych skrzydeł. Wyczerpany umysł obierał bardzo łatwe cele. I najwyraźniej nie zakładał możliwości, że ktoś mu jego plany pokrzyżuje.


Ostatnio zmieniony przez Frank dnia Pią 08 Mar 2019, 00:40, w całości zmieniany 1 raz
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Pią 08 Mar 2019, 00:16


Czy to była jej kolej na spojrzenie na niego niczym na imbecyla? W zasadzie mamrotał przed chwilą do siebie, do ślinienia się już niedaleko. Nie zamierzała się jednak wykłócać, wszak przed chwilą oświadczyła mu, że jej nie słuchał. A on nie słuchał jej dalej. Pomyślałby kto, że to lustrzańcy są szaleni. Przełknęła więc też uwagę o małpie, wszak porównanie do Złotej Małpy wydawało się czasami ze wszech miar prostackim, ale nadal komplementem, więc udała, że o to chodziło.
Gdy ruszył ku Wrotom za jej plecami, nie odstąpiła ani o krok, tak więc musiał zwolnić albo się koło niej przeciskać, bo nie zamierzała go po prostu wypuścić, bo chciał wyjść. Mogli się dogadać, jednak gdy wypluł słowa pożegnania, miarka jakby się przebrała. Była nie była, Lydia stanowiła mieszankę kotki o nastoletnim nadal usposobieniu i takichże problemach oraz strażniczki na służbie. Za znieważenie (a nawet zelżenie! w kociej ocenie) służby publicznej się płaciło. Niekoniecznie w sposób odgórnie zasądzony i niekoniecznie Frank miał na ten temat coś do powiedzenia.
Może Anielska Klątwa zaczęła zjadanie go od rozumu, kto wie. Inaczej, kto rozumny prowokowałby magicznych policjantów? Pewnie nigdy nie miał do czynienia nawet z ludzką policją.
Lydia zrobiła półobrót, gdy Opętaniec sądził, że koło niej przechodzi i urękawiczoną, jakby o stalowej sile dłonią złapała go, ni mniej, nie więcej, za fraki. Następnie niemal cisnęła nim przez połowę sali, aż zatrzymał się na karminowej ścianie. (Miał szczęście, że nie wyleciał przez jeden z otworów prowadzących na zewnątrz, bo mógłby nie zobaczyć stałego gruntu bardzo, bardzo długo.) Uderzenie zamortyzowały metalowe skrzydła, tak więc kręgosłup Człowieka był cały i zdrowy, a pewnie nawet i sama głowa nie uderzyła zbyt mocno w kamienny mur. Po sekundzie, którą mógł przeznaczyć na reakcję, Dachówka już przed nim stała, niemal namacalnie przygniatając go do ściany samą obecnością. Roześmiała się perliście i ten dźwięk również nie był podobny do poprzedniej Lydii, a jakiś dużo ciemniejszy i pozbawiony wesołości.
– Nie zaufasz lekarzom stąd? Więc po co w takim razie pchasz się do Krainy Luster? Wąchać kwiatki czy żłopać wodę z Herbacianej Rzeki?
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach