Karminowe Wrota

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Go down

Pisanie autorstwa Geograf on Pią 18 Sty 2019, 12:46

First topic message reminder :


Szkarłatna Brama to olbrzymia budowla, dryfująca bezwładnie pośród Szkarłatnej Otchłani. Z wyglądu przypomina nieco kościół; ma tylko jedno piętro. Zbudowana jest z półprzezroczystego kamienia błyszczącego czerwonawą poświatą, a wewnątrz posadzka przypomina olbrzymią szachownicę, ale co innego przykuwa wzrok przybyszów. Po przeciwnych stronach sali znajdują się dwa olbrzymie lustra pulsujące krwistoczerwoną poświatą. To są właśnie Karminowe Wrota – przejście pomiędzy światami, dzięki którym wędrowcy mogą odkrywać nieznane krainy. Sama świątynia znajduję się jakoby pomiędzy – wychodząc z niej bez przechodzenia przez drugie lustro znajdziesz się w samym centrum Szkarłatnej Otchłani.
Wrota mają swoje odpowiedniki w Świecie Ludzi (znajduje się w górach, obserwowany przez MORIĘ) oraz w Krainie Luster (ukryty w lesie). Oprócz nich, w okolicy, zarówno w Krainie Luster, jak i Świecie Ludzi, można znaleźć niewielkie odpryski magicznych luster. Nie są one tak majestatyczne, jak główne wrota, jednak wystarczająco duże, by człowiek, lub istota człekopodobna, mogły się przez nie przecisnąć i w ten sposób również dostać do wnętrza Szkarłatnej Bramy.

Aktualnie Karminowe Wrota jako budynek kontrolowane są przez umundurowanych, noszących maski strażników Stowarzyszenia Czarnej Róży.


Geograf
Geograf

Wiek : Wieczny
Wzrost / Waga : Czy to ważne
Aktualny ubiór : Ubranie geografa
Pod ręką : mapa i luneta
Stan zdrowia : Zdrowy staruszek

Liczba postów : 53
Dołączył : 13/01/2019

Powrót do góry Go down


Pisanie autorstwa 15 on Nie 05 Maj 2019, 22:40

Reakcja blondynki całkowicie ją zaskoczyła ale też dodała pikanterii całemu zajściu, chociaż chyba okazało się, że kobieta, którą zaatakowała nie była piratem, albo piraci nie byli źli. Albo to jeszcze było coś innego. Coż skąd ona ma widzieć taki rzeczy skoro nawet pierwszy raz widzi kogoś, kto ma taką dziwną moc, a przecież dużo w laboratorium widziała.
Bez sensu.
Nie zareagowała na słowa kobiety, było jej wyraźnie obojętne co ta mówi. Rozejrzała się i poklaskała widząc jak blondynka zwolniła ruchy biegnących na nich osób. Może powinna razwiązać to w szybki i prosty sposób?
Kobieta wyciągnęła zza paska pistolet, odblokowała go i czekała, kogo powinna zabić? Może wszystkich? A może irytującego gościa ze skrzydłami i chowającego się kupca?
Rozglądając się tak zauważyła, że z kapelusza kupca wyleciały małe bomby, te, które zostały posłane w jej kierunku postarała się zatrzymać lodowatym strumieniem powietrza wydobywającym się z ust. Postanowiła się również teleportować prosto w jego stronę.
Jeśli kogoś powinna zabić to chyba właśnie jego prawda?
Jednak czy się jej uda?
BANG
I 15 nie ma.
BENG
I 15 jest koło Franka, znowu nie udało jej się wylądować tam, gdzie powinna, jednak tym razem nie było najgorzej. Zamierzała ominąć mężczyznę i ruszyć w kierunku zdradzieckiego, bombowego kupca. Chyba, że szybciej, jakiś inny pirat postanowi stać się jej ofiarą i znajdzie się koło Opętańca. Wtedy jej naboje posłużą do szybkiej obrony przed napastnikiem.
15
15

Godność : Alice Murphy
Wiek : 19 lat
Rasa : Cyrkowiec
Lubi : Zabawę, dobrą muzykę, imprezę, więcej narkotyków ... co?
Nie lubi : Głupich, nudnych ludzi.
Wzrost / Waga : 158/49
Aktualny ubiór : .
Pod ręką : Klucze od domu, telefon, portfel, słuchawki, zapalniczka zippo.
Broń : Pistolet, magazynek, kastet
Zawód : Barman, cukiernik
Stan cywilny : Wolna
Stan zdrowia : Żyje ... jeszcze.

Liczba postów : 12
Dołączył : 18/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Wto 07 Maj 2019, 23:35

Rozbiegany wzrok opętańca w panice krążył po polu bitwy. No nie można było powiedzieć, że był odważny. Frank w tamtej chwili był ewidentnie tchórzem. I w sumie jak mu się dziwić po tym wszystkim, co się stało. Wpierw wyrosły mu skrzydła, potem użerał się z Lydią, a teraz jeszcze dosłownie przylecieli piraci i zaczęli w niego ciskać nożami. Na szczęście jakieś odruchy miał i odskakiwał w bok, gdy coś niebezpiecznego do niego leciało. Raczej nie chciał sprawdzać, czy tutejsza broń jest równie ostra, co u niego. Zaraz po pierwszym z uników spojrzał na pozostałe osoby, które chyba były po jego stronie. "Jego"? No tak... Najwyraźniej siłą rzeczy został wcielony do obrońców. Choćby po to, by bronić własne życie. Niestety gdy tylko to sobie uświadomił, towarzyszy zasypał mu grad bomb. Patrzył na to wszystko zdezorientowany, nie wiedząc, czy rzucić im się na pomoc, czy uciekać. Albo skupić na własnym przeżyciu, bo właśnie szarżował na niego jakiś dachowiec. Być może kuzyn Lydii. W sumie przyjemnie byłoby komuś oddać dla odmiany. I to najlepiej dachowcowi. Gdy tak sobie porównywał w myślach oba mieszańce, obok niego nagle zmaterializowała się 15. Chciał krzyknąć, ale głos ugrzązł mu w gardle. Zresztą kobieta chyba nie była zainteresowana nim, a bardziej kapelusznikiem.
- Daj mi jakąś broń do chole...
Krzyknął do niej z lekką paniką w głosie i niestety nie dokończył. W jego stronę po raz drugi poleciał sztylet. Frank wybałuszył oczy i spróbował ponownie uskoczyć w stronę przeciwną do 15. Ewidentnie potrzebował broni. Niestety ucieczka nie wchodziła w grę, bo pewien obecny na sali geniusz wyłączył portale. A w niego nieustannie coś leciało i nawet nie miał jak się obronić. Niefortunnie nikt mu nie wspomniał o tym, że nosi na plecach całkiem imponujący oręż.
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Czw 16 Maj 2019, 19:08

Jaka szkoda, iż 15 nie zdecydowała się pociągnąć za spust! Wszystko byłoby prostsze! A tak, nadal mamy zdradzieckiego kupca - teraz dodatkowo miast przypraw czy bluzg, ciskającego na prawo i lewo bombami - oraz Dachowca-szermierza, któremu na myśli tylko rzucić się na Franka! Cała sytuacja może się jedynie pogorszyć, jeśli Kapelusznikowi dopisze szczęście i znienacka wyrzucone bomby dosięgną celu.

Co do tego - pociski rzucone zostały nagle, niemal zza pleców, od bezpiecznej podobnoż strony! dlatego nawet gdy stojąca najbliżej 15 zauważyła, że coś się święci, nie zdołała temu zapobiec. W chwili, gdy wydychała lodowate powietrze, bombki już tam były. (Gracz prywatnie wybrał opcję nagłego przeteleportowała się z dala od zagrożenia, więc ląduje koło Franka, a wroga Marionetka traci cel z oczu.)
Z racji jednak, że szczęście Kapelusznika szwankowało tak samo jak wcześniej szczęście Blackteetha, małe bomby wycelowane w dwie pozostałe kobiety rozbiły się niedaleko, robiąc wiele huku i dymu, ale nie czyniąc im żadnej krzywdy. Atak wystarczył jednak, by i Lydia, i Lithiel odskoczyły z dala, a ta druga straciła panowanie nad wytworzoną grawitacją.
Piraci znów byli wolni.

Lydia, Lith i Blackteeth
Ciężar odepchnięcia ponownego ataku, tym razem skierowanego bezpośrednio na siostrę, przyjęła na siebie Strażniczka, już ostrzeżona małymi pociskami. Ma 2/3 szans, by bomba rozbiła się na jej polu ochronnym, ale tak się nie dzieje. Czy bomba była skontrowana wyjątkowo rozmyślnie, czy to Dachówka za późno zareagowała? Nie dowiemy się tego, ale pocisk Krzywaczapa przebił się przez moc Lydii i przypuszczalnie rozbił na dziewczynie. Nastąpił mocno odczuwalny wstrząs, jak tąpnięcie, gdy bomba eksplodowała w pobliżu kotki, a może bezpośrednio na jej skórze? W rejonie, gdzie stały kobiety i gdzie zbliżał się Blackteeth widoczność ograniczał dym z prochu oraz magicznej pozostałości bomby i ledwie można było odróżnić postaci leżącej na boku Strażniczki oraz pochylającej się nad nią Lithiel. Poszkodowana Dachówka kaszlała, ale żyła, a wokoło walały się kawałki gruzu, niegdyś posadzki.
Należy pamiętać, iż w ich stronę kierował się kapitan Piratów. Lithiel wcisnęła w niemal wiotką dłoń siostry małą fiolkę z wielu przytroczonych do pasa, a następnie przypadła do ziemi przed nimi, dłonią kreśląc znaki, które zapłonęły zaraz fioletowawym blaskiem, podobnie jak jej kolczyki. Podniosła gorejący wzrok na Blackteetha i cisnęła w niego kolejną z fiolek u pasa.

Frank, 15 i szermierz Anaris
Równocześnie z przerwaniem pola grawitacyjnego Lithiel, w kierunku Franka znów wyprysnął wrogi szermierz. Nie dość, że atakowano go wcześniej, teraz także usiłowano go pozbawić życia (lub oka) i
Opętaniec ponownie musiał unikać latających ostrzy! Jeszcze chwila i okrzykną go "Gibkim Frankiem" lub podobnie!
Na nic, że niemal umknął wtedy ostrzu Marionetki, na nic, iż trafem skoczył w tył, ku ścianie świątyni, z dala od pozostałych, w których wycelowane zostały bomby. Na nic obecność 15 i jej pistoletu, bo unik musiał wykonać samodzielnie. Pytanie, czy znów miał na tyle szczęścia, by wyjść z opresji obronną ręką.
Ostrze poszybowało z prędkością, jaką może przybrać ciśnięty przedmiot i utkwiło w stopie Franka, nie przybijając jej jednak do podłoża - wystarczyło więc jedynie wyciągnąć je z ciała i postarać nie przejmować się pulsującym bólem i napływającą krwią. Albo i nie, bo oto za nożem nadciągał wrogi Dachowiec, gotowy wrazić szpadę w serce niczemu winnego Opętańca. w głowie Franka rozległo się nieznane echo: Skrzydłami się zasłoń, głąbie!
15 miała teraz pole do popisu - nadbiegający Dachowiec stanowił idealny cel, by zrobić z niego ser szwajcarski i to w jego kierunku, wedle wcześniejszego zamysłu dziewczyny, poszybowały kule. Szermierz próbował ich uniknąć i udało mu się to! jednak nie mógł kontynuować szarży na Franka. Pomiędzy nim a ofiarą stanęła szalona raifu.  Co teraz, Piętnastko? Kolejne kule czy przechodzimy do rękoczynów?
Oboje, i Frank, i 15, mogli dalej dostrzec dym oraz leżącą postać w masce i stojących naprzeciwko siebie, mierzących się wzrokiem Blackteetha i Lithiel. Kolczyki kobiety żarzyły się fioletowo. Jednak czy to dobra chwila na ruszanie innym z pomocą?



15 - określ na mój użytek liczbę kul wystrzeloną w kierunku szermierza, liczbę nabojów, która jej została oraz ewentualnie posiadanie zapasowego magazynka - może być prywatnie

Siły SCR przybędą za: 4 posty
Kolejka: 15 >> Frank >> Piraci >>MG
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa 15 on Nie 19 Maj 2019, 20:07

Szkoda, że nie trafiła, było by fajnie. Albo przynajmniej było by o jednego przeciwnika mniej, ale przecież jej to nie przeszkadzało. Może się zabawić. Wciągnęła głęboko powietrze i uśmiechnęła się do Dachowca jednocześnie celując bronią w sam środek jego korpusu, by w razie odmowy zabić go jednym, pewnym ciosem.
-Może tak odłóżmy broń i sprawdzimy jak sobie bez niej poradzisz? Czy pozwolisz, by cię kobieta skopała w parterze?
Czy się boi czy się zgodzi? Czy postąpi krok więcej z bronią i 15 trafi pojedynczą kulką w serce? Nie miała zamiaru więcej ich zużywać, jeśli by nie trafiła, to spróbuje go dotknąć i obezwładnić na chwilę mocą by mieć pewny i czysty strzał prosto w głowę.
Frankiem czy tymi dwoja kociczkami może się zająć później. Teraz nie obchodzili jej inni kiedy w końcu może miała przeciwnika tylko dla siebie. W tym dziwnym świecie z dziwnymi ludźmi. Może oni też są efektem eksperymentów Morii, ale o dziwo bardzo dobrze wyglądali.Ona była wyjątkiem, że udało jej się przeżyć bez żadnych blizn, ale nie poznała nikogo, kto miał tyle szczęścia.
Jednak czy to miało teraz znaczenie? Czas na posiłek, może przecież pierwszy raz w życiu spróbować innej niż ludzkiej krwi.
15
15

Godność : Alice Murphy
Wiek : 19 lat
Rasa : Cyrkowiec
Lubi : Zabawę, dobrą muzykę, imprezę, więcej narkotyków ... co?
Nie lubi : Głupich, nudnych ludzi.
Wzrost / Waga : 158/49
Aktualny ubiór : .
Pod ręką : Klucze od domu, telefon, portfel, słuchawki, zapalniczka zippo.
Broń : Pistolet, magazynek, kastet
Zawód : Barman, cukiernik
Stan cywilny : Wolna
Stan zdrowia : Żyje ... jeszcze.

Liczba postów : 12
Dołączył : 18/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Wto 21 Maj 2019, 00:05

Nagły błysk noża, a potem przeraźliwy wręcz ból w stopie. Kolano się pod nim ugięło, przez co niemal upadł. Może i dałby radę go zignorować ktoś przetrenowany w walce. Ktoś, kto dobrze spodziewa się tak lekkich ran jak na to, co mogło się Frankowi stać. Ale nie on. On był jednocześnie zdezorientowany, zmęczony, wściekły, przerażony i głodny. A na dodatek nie spodziewał się, że coś go trafi. Że w ogóle będzie musiał walczyć. Wydarł się wniebogłosy, patrząc z paniką na ostrze tkwiące w jego stopie. W jego stopie! Jak to się stało? I czemu to tak przeraźliwie boli? I przede wszystkim: kto jest za to odpowiedzialny? Dość szybko znalazł odpowiedź na swoje pytanie. W końcu odkleił wzrok od krwawiącej stopy i rozejrzał się półprzytomnie po całym pomieszczeniu. 15 dała mu na to chwilę, biorąc dachowca na siebie. Tępo spoglądał wpierw na pojedynek szermierza oraz marionetki, potem na leżącą Lydie oraz tą dziwną kobietę przy niej klęczącą i mierzącą się wzrokiem z kapitanem tej całej bandy. Bomby wybuchały, pistolety strzelały, stopa pulsowała bólem, a on tu stał pośród tego wszystkiego. Jego oddech zaczął powoli przyśpieszać. Do oczu napłynęła kolejna porcja bezsilności oraz przerażenia. Zdezorientowany zerkał we wszystkich kierunkach, nie mogąc nawet zdecydować co robić przez ból rozdzierający mu nogę. I wtedy zobaczył kupca.
- WYPIERDALAĆ Z MOJEJ GŁOWY! DAJCIE MI SIĘ W KOŃCU SKUPIĆ!
Ryknął nagle przeraźliwie w odpowiedzi na dziwne echo, które zdołało się jakoś przebić w jego głowie. Otrząsnął się z tego dziwnego stanu, w którym nie był nic w stanie zrobić. Spojrzał z narastającą wściekłością na nóż tkwiący w jego stopie. Co by nie mówić, to raczej nie powinno tam się znajdować... Pochylił się nad nim i wyrwał go jednym, szybkim ruchem. O dziwo nie krzyknął, a jedynie zacisnął zęby. I zamiast wyrzucić oręż byle z dala od siebie, mocniej chwycił go w dłoni. Wbił wściekłe, pełne furii spojrzenie w kupca. Tak... To była jego wina. To on tu był, gdy piraci przybyli. To on ich zdradził. Na pewno to jego sprawka. Na pewno to on ich wezwał i zabrał mu możliwość przejścia przez ten cholerny portal. Nogi jakoś same zaczęły iść w jego kierunku. Najpierw pierwszy krok, a potem drugi.... ten boleśniejszy. Skrzywił się z bólem, ale nie przerywał marszu. A jakby jeszcze tego było mało, z każdą chwilą przyśpieszał coraz bardziej. By w końcu ni to skakać, ni to biec kulawo do kupca. Zęby zaciskał tak mocno, że wkrótce je sobie chyba wszystkie pokruszy. I jeśli kapelusznik spojrzał w jego kierunku, to mógł odkryć jeden, acz bardzo rzucający się w oczy fakt. Frank już się nie bał. Frank był tak siermiężnie wkurwiony, że z pewnością zadźga go, jeżeli tylko zdoła dobiec. A kolejne kroki pełne bólu jakby jedynie pompowały w niego kolejne dawki adrenaliny.
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Tyk on Sro 22 Maj 2019, 19:16



Anaris
Pierwsze z pocisków posłanych w stronę Dachowca nie osiągnęły swojego celu. Nie oznacza to, że były bezowocne, że ledwie zmarnowały cenną amunicję. Zatrzymały pirata na tyle, by wywołać u niego lekkie podirytowanie wyrażone przez zmarszczony nos i spojrzenie.
O ile oczywiście piętnastka obserwowała, gdyż szybko złagodniał i uśmiechnął się na rzucone mu wyzwanie.
- Ależ oczywiście. - I od razu gdy tylko wypowiedział te słowa jego wykonał zamaszysty ruch mieczem, który tylko z początku, gdy ostrze powędrowało w górę, mógł być odebrany jako atak. Szybko jednak okazało się - o ile piętnastka nie dopuściła się niewybaczalnego we wszystkich światach kłamstwa - że po prostu schował swoją broń do pochwy.
- Twoja kolej. - Usłyszała dziewczyna.

Kupiec - Pirat - Kapelusznik... człowiek orkiestra!
Dla pirata nie miało znaczenia, czy Frank chce z nim walczyć, czy przed nim uciekać. Już sam fakt, że ktokolwiek się nim zainteresował i tym samym dał czas głównym siłom piratów na działanie, oznaczał, że wykonał swoje zadanie.
Miał jednak teraz uciążliwego zrzędę na głowie. Wolał kapelusz. Jeśli o nakryciu mowa, to kapelusznik sięgnął po ostatnią przed przerwą porcję bomb, tym razem wyciągając jedną, wielkości piłki tenisowej magiczną kulę, która mogla w dowolnej chwili wybuchnąć.
Postanowił jednak czekać. Im opętaniec bliżej podejdzie, tym trudniej będzie mu uniknąć ataku. Plan kapelusznika był prosty, zaczekać aż ten wykona atak i odskoczyć, jednocześnie rzucając w niego magiczną bombą.

Pozostali piraci
Fiolka nie leci raczej zbyt szybko. Może całkowicie niesłusznie, lecz kapitan postanowił nie przejmować się zbytnio zagrożeniem i postanowił uniknąć ataku zaledwie odsuwając się w bok, tak by zejść z linii lotu ataku chemika. Jednak na tym przecież nie mógł poprzestać. Jednocześnie z unikiem wyciągnął dłoń, w której trzymał swój pistolet i wypalił z niego w stronę strażniczek bramy.
Marionetka na razie szukała najlepszego celu. Starała się ocenić czy ze względu na odległość, układ sojuszników oraz wrogów lepszym celem będą dwie dziewczyny, czy może jednak Frank atakujący teraz Krzywoczapa.


Tyk
Tyk
SCR

Godność : Lord Protektor, Arcyksiążę Agasharr I Rosarium
Wiek : 20 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Wzrost / Waga : 178/75
Aktualny ubiór : .
Pod ręką : Alphard (Rubeol), Forets (Tenebrae)
Zawód : Lord Protektor Krainy Luster
Bestie : Alphard (Rubeol), Forets (Tenebrae)
Stan zdrowia : Doskonały

Specjalne : Główny Administrator (na wakacjach)
Liczba postów : 80
Dołączył : 18/07/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Czw 30 Maj 2019, 01:08


Lithiel i Blackteeth; wielkie szczęście dla niej
Rzuciła fiolką, a ona leciała szybko! Znaczy, leciałaby, gdyby tego chciała, bo spróbuj cisnąć kamykiem, i patrz, by ktoś go leniwie ominął! Ale ona chciała, by uniknął. Chciała, by myślał, że była wymierzona w niego.
Gdy fiolka upadła za jego stopami, a Blackteeth strzelił, Lithiel znowu stała się przenikająca, więc kula prysnęła gdzieś u jej stóp, rykoszetem odbijając się w niebyt. W tej chwili nie myślała o siostrze, że skoro kucała, to leżąca Lydia była niebezpiecznie blisko niej i blisko trafienia. Priorytetowała cele i czekała na chwilę, w której ta fiolka upadnie, i rozbije się – bo wtedy jego miała owionąć chmara duszącego dymu, który sprowadza nagły sen. Tak się stało: fioletowa chmara unosiła się wokół młodego kapitana, a Blackteeth miał w tej chwili ostatnią chwilę na jakiś ruch, bo pod koniec swojego posta uśnie snem sprawiedliwych. Sama Lithiel, wciąż przejrzysta i przenikająca (nie przenikliwa, choć po trosze również!), ruszyła szybkim, kocim, bojowym krokiem w kierunku mężczyzny, chcąc odwrócić uwagę jego i wrogiej Marionetki od zbierającej się właśnie z posadzki siostry. Szczęśliwie skończyło się tylko na płytkich poparzeniach i pewnie wstrząśnieniu mózgu, którym mogły zająć się później. Strażniczka Stowarzyszenia, teraz na klęczkach, przytknęła do ust darowaną fiolkę i chciwie piła, omal jednak nie zakrztusiła się, gdy zauważyła zmianę w siłach Piratów i zachrypniętym głosem wrzasnęła:
– Uważaj!
Na Otchłań, dlaczego nie podała jej swojego burzowego imienia?! Ostrzegawczy krzyk można było odnieść do kogokolwiek.


15 i Anaris; umiarkowany pech dla niego
Czy ktoś zauważy co knuje szermierz? A może to 15 trzyma asa w rękawie? Aktualnie uzgodnione zostało jedno – pojedynek na pięści czas zacząć. (Fight Club vibe~)

Kapelusznik i Frank; umiarkowane szczęście dla Pirata
Frank zaatakował w szale, ale był stosunkowo wolny, więc manewr Krzywaczapa w większości powiódł się. Udało się wyczekać chwili, gdy Opętaniec był blisko i rzucić mu bombą w twarz, a nawet odskoczyć tak, by ładunek nie uszkodził twórcy. Co w chwili grozy, w sekundę, którą mu dano, zrobi Frank? Krzyknie? Zasłoni się? Może to będzie ten czas, gdy posłucha wreszcie – niechcianych – głosów, wmawiających mu, że ma czym walczyć i oddać?




Lydia: przyjęto eliksir „Plasterek na Rany”, regenerujący płytkie rany i działający p/bólowo, w następnym poście będzie wolniejsza i osłabiona, ale zdatna do dalszej walki
Frank: płytkie cięcie na lewym ramieniu + przebita prawa stopa (promieniujący ból, wypływająca stale, ale wolno krew), jest nieco wolniejszy, ale z powodu uderzenia adrenaliny może nie odczuwać bólu
kapitan Blackteeth: pod koniec następnego posta zapadnie w sen (2 posty trwania)


Siły SCR przybędą za: 3 posty
Kolejka (ze względu na oddanie inicjatywy): 15 >> Frank >> Piraci >> MG

Losowania
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Pią 31 Maj 2019, 20:23

Na pewno zrobi wszystko, byle nie słuchać głosów w głowie. Chociaż w zasadzie nie o to w tym chodziło, to tak właśnie wyglądało. Nie chciał zasłaniać się skrzydłami. Po części dlatego, że były jeszcze dość krótkie i nie gwarantowały wystarczającej osłony. Zresztą... Czy dla niego w ogóle cokolwiek gwarantowały? Raczej nie testował swoich nowych nabytków w zakresie wytrzymałości na materiały wybuchowe. W zasadzie w ogóle ich nie testował poza próbami odcięcia. Nigdy nie przyszło mu do głowy, by użyć ich do czegoś. To by oznaczało po części zaakceptowanie ich. A on tego nie chciał. On chciał pozbyć się ich jak najszybciej i nie przypuszczał jeszcze, że toczy tą walkę nadaremno. Nigdy się ich nie pozbędzie. Staną się częścią jego samego. Wedrą się w instynkty Franka i zagnieżdżą tam, jako nowe kończyny. Tak zapewne kiedyś się stanie. Kiedyś. Ale nie teraz. To właśnie była druga część, przez którą nie użył skrzydeł jako osłony. W tamtym konkretnym momencie kierowała nim głównie adrenalina, wściekłość oraz swego rodzaju szaleństwo. Opętaniec tyle już dzisiaj zobaczył, że z pewnością miał prawo pozwolić sobie na chwilę szaleństwa i się "wyładować". Niestety, podczas takiego napadu adrenaliny miejsce rozsądku zastępowała brawura. Frank niezbyt kontrolował to, co teraz czynił. Robiły to za niego targające nim emocje oraz najprostsze instynkty. Jak "zadźgać zagrożenie" "zabić tego, kto mi grozi". Nie było tam z pewnością miejsca na "zasłonić się skrzydłami w razie niebezpieczeństwa". Pomijając już, że nie umiał ich kontrolować, to nie stanowiły części jego natury. Zwyczajnie zapomniał o nich w ferworze walki.

Dlatego zamiast zasłonić się skrzydłami, po prostu się uchylił. Najprostszy z manewrów. Odchylił się w bok, za wszelką cenę nie chcąc spotkać się z bombą. I niestety okazało się to błędem. Coś wybuchło w okolicy twarzy Franka. W uszach zaczęło mu dzwonić, a na skórze poczuł nagle dziwne ciepło... Bardzo duże ciepło. Nim się obejrzał, już był oparzony na połowie gęby. Jedyne, co mógł zrobić, to ryknąć z bólu i złapać się za poszkodowane bombą miejsce. Mężczyzna zatoczył się nieco, tracąc tym samym tempo biegu. Niemal natychmiast jednak zabrał lewą rękę z twarzy, gdy dotyk sprawił mu jeszcze większy ból, niż sama rana. Mimowolnie przymknął łzawiące oczy, gdy dostał się do nich gaz z ładunku wybuchowego. Zachwiał się ponownie i zaczął zataczać w kierunku kapelusznika, pocierając co jakiś czas oczy lewą dłonią. W tej chwili nawet jeśli go dopadnie, to raczej nie ma co liczyć na celne cięcia. Będzie niemal na ślepo walił. Niemniej, jakimś cudem wciąż parł naprzód. Nie dzieliło go wszak tak wiele. Teraz liczyło się tylko ukatrupić tego gnoja. Szok, jakiego doznał podczas eksplozji tylko spotęgował głupotę gnieżdżącą się w mózgu opętańca.


Ostatnio zmieniony przez Frank dnia Nie 02 Cze 2019, 00:51, w całości zmieniany 1 raz
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa 15 on Pią 31 Maj 2019, 23:31

Gdyby tylko była na tyle nieuważna by popatrzeć na Franka to chyba rzuciła by się na jego szyję zauroczona. Och jakie to słodkie, gdy niewinna istota pociągnięta jest na skraj wytrzymałości nerwowej i dopuszcza się czynów wręcz niemożliwych dla normalnego człowieka i najgorszego grzechu czyli zaryzykowania życia innej osoby, przelania jej krwi, zabicia jej.
Oj nie, cała uwaga pięknej dziewczyny była skupiona na jej przeciwniku. Palec na spuście drgnął, ale nie wystrzeliła. Widziała jak schował broń i sama zrobiła to samo zabezpieczając ją przez wystrzałem i chowając do kieszeni w spodniach. Bocznej w nogawce, zapinanej na zamek by jej przeciwnik nie mógł tak łatwo zabrać jej tego cudownego urządzenia. Nie skoczyła na kota. Stanęła stabilniej na nogach i z uśmiechem czekała na jego pierwszy krok. Od dziecka się biła.
Pozycja, stabilne ustawienie nóg i obserwacja przeciwnika. Szczególnie, że miał przewagę. Był mieszańcem z kotem, czyli jego ruchy powinny być zwinniejsze i szybsze od jej. Walczyła parę razy z podobnymi obiektami, ale to były tylko eksperymenty. Przed nią stał dobrze wykonany obiekt, który pewnie potrafił więcej od innych. Jeśli jej się uda trafić na odpowiednią chwilę i przechytrzyć zwierzę to wygra.
Jeśli nie, to oszuka go.  Przecież nie jest rycerzem. Może.
15
15

Godność : Alice Murphy
Wiek : 19 lat
Rasa : Cyrkowiec
Lubi : Zabawę, dobrą muzykę, imprezę, więcej narkotyków ... co?
Nie lubi : Głupich, nudnych ludzi.
Wzrost / Waga : 158/49
Aktualny ubiór : .
Pod ręką : Klucze od domu, telefon, portfel, słuchawki, zapalniczka zippo.
Broń : Pistolet, magazynek, kastet
Zawód : Barman, cukiernik
Stan cywilny : Wolna
Stan zdrowia : Żyje ... jeszcze.

Liczba postów : 12
Dołączył : 18/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Tyk on Pon 03 Cze 2019, 20:23



Frank

Krzywoczap zdobył przewagę nad swoim oponentem. Poczuł się pewnie i z pirackim uśmieszkiem na twarzy postanowił złapać rękę dzielnego obrońcy, tę, która dzierżyła dzierżyła broń. Może był to czyn nazbyt zuchwały, lecz kawałek stali wybitnie działał kapelusznikowi na nerwy. Jakże to? Trafiony taką bombą, a wciąż będzie machał na niego? Jak jakiś rewolucjonista flagą na paskudnej barykadzie?
Jeżeli tylko chwyt się udał to kapelusznik wykorzystał osłabienie Franka by pociągnąć go w bok, tak by ten straciwszy równowagę upadł na ziemię - wtedy już całkiem bezbronny. W innym wypadku, o ile kapelusznik nie został ranny w swoją wścibską rękę, to próbował przeskoczyć w bok, tak by znaleźć się za Frankiem, lecz w pozycji o wiele dogodniejszej do wyprowadzenia kolejnego ataku. Jeżeli natomiast by się zdarzyło, że przecenił swoje siły i został ranny, to wsunął dłoń pod znajdujący się teraz na jego głowie kapelusz i rzucił nieuciętą ręką (ani też nie zranioną) kolejnymi bombami w przeciwnika, tym razem już lekko zdesperowany.

15
Piracy rzadko grają uczciwie. Kto w ogóle wpadł na pomysł, że ten nie będzie planował żadnych sztuczek? Należy pamiętać, że będąc już blisko Dachowiec nie miałby większych problemów by dobyć swojej szpady i wykonać mordercze cięcie, podczas gdy dziewczyna musiałaby najpierw odbezpieczyć swój pistolet, a i przed tym musiałaby w warunkach bojowych odpiąć zamek od spodni. Pomijając jak niepraktyczne jest noszenie pistoletu w spodniach! Z drugiej strony doszło do najbardziej nudnego pojedynku w całej bitewce o bramę, gdyż Dachowiec ani myślał się poruszyć i zaatakować. Po prostu tak stał cały czas z tym samym wrednym uśmieszkiem na twarzy, jakby rzucającym wyzwanie "Nie zaatakujesz mnie strachoczynko".
Gdyby jednak prawda została ujawniona to nie zwlekał i wykonał pchnięcie z miejsca gdzie stał, naprawdę stał, szpadą prosto w dziewczynę, celując w miejsce gdzie uda mu się zadać możliwie najdotkliwsze straty a szansa na obronę będzie najniższa.

Inni
Blackteeth wiedział, że popełnił błąd. Nie miał jednak zamiaru tak łatwo się poddawać i postanowił, że jeżeli ma zginąć, to chociaż zabierze ze sobą możliwie najwięcej psów kompanii czy ktokolwiek z nim walczy.
Na jego skórze zaczęły się pojawiać małe zielone kropki, które jak się okazało z czasem zmieniały się w niewiele większe pajączki. To prawda, że ta zdolność będzie razić wszystkich, także sojuszników, lecz Marionetka - jako nie złożona z krwi i kości - nie była wcale specjalnie zagrożona. Pozostali byli dość daleko, by w porę zauważyć co się dzieje i uciec.
Cała armia tych niewielkich, zielonych, niezwykle jadowitych pająków powodujących paraliż (na 2 posty) oraz wyjątkowo nieprzyjemny ból, którego skutki mogły być o wiele dotkliwsze niż pierwsza z wymienionych właściwości miały tylko jeden cel - gryźć wszystko co jest w zasięgu, wejść pod każdą szczelinę w pancerzu i uderzyć w niechronione ciało.
Co nie znaczy, że to było ostatnie, pożegnalne być może słowo Blackteetha. Zanim ogarnęła go zupełna senność to wystrzelił ponownie, tym razem w drugą kobietę, która była mniejszym zagrożeniem, acz przynajmniej nie stawała się niematerialna i można było ją trafić. Później opadł na ziemię, a jego pajączki dreptały szybciutko we wszystkie kierunki. Było ich zdecydowanie za wiele, żeby obrończyni mogła na nich używać swojej grawitacyjnej magii. Zawsze kilka drobnych zielonych kropek przedarłoby się na swoich nóżkach niezauważenie.

Marionetkarz natomiast zaatakował kobietę, jakby nie zważając całkowicie na to, że przed chwilą jego szef wystrzelił, a później opadł na ziemię. Czy go to nie obchodziło, czy może chciał w ten sposób chronić kapitana, tego obrońcy nie mogli wiedzieć. Strażniczka bramy musiała jednak mierzyć się ze sztyletem wystrzelonym prosto w nią, a później z uderzeniem pięści wycelowanym w jej twarz, na tyle wysoko, by musiała podnieść ręce do obrony. Chyba że przeklęta była wciąż niematerialna i biedny narwaniec po prostu przez nią przeleciał. I to dosłownie!

Tyk
Tyk
SCR

Godność : Lord Protektor, Arcyksiążę Agasharr I Rosarium
Wiek : 20 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Wzrost / Waga : 178/75
Aktualny ubiór : .
Pod ręką : Alphard (Rubeol), Forets (Tenebrae)
Zawód : Lord Protektor Krainy Luster
Bestie : Alphard (Rubeol), Forets (Tenebrae)
Stan zdrowia : Doskonały

Specjalne : Główny Administrator (na wakacjach)
Liczba postów : 80
Dołączył : 18/07/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Nie 09 Cze 2019, 01:28


Członkinie SCR, kapitan i Marionetka
Najważniejszym, bojowym zadaniem Lydii na tę chwilę było uniknięcie ostatniego strzału Blachteetha. Odkąd wychyliła zawartość eliksiru leczącego, ból w większej mierze zniknął, dzwonienie w uszach po wybuchu bomby można było wytrzymać, pozostawało jej więc obserwować rozwój walki. Jej iluzja przestała działać, po obu stronach budowli poczęły ukazywać się portale. Wcześniej próbowała ostrzec tamtą szaloną dziewuchę, ale nie otrzymała żadnej reakcji. Obecnie dzieliła uwagę pomiędzy otaczającego 15 pirata, a przeciwników z przodu. Znała czarnoksięskie sztuczki siostry i wiedziała co Lithiel planuje, ale kapitanowi Piratów starczyło jeszcze świadomości, by do niej strzelić. Od owego uniku zależało, czy zdoła pomóc komukolwiek oprócz siebie.
W chwili, gdy okazało się, iż jest bezpieczna, a mężczyzna opada na ziemię, kotka zaobserwowała dwa równie przerażające fakty: kątem oka jakiś ruch ze strony kapitana i jego skórę obsypującą się dziwną wysypką, oraz Dachowca zamierzającego się do sztychu. Wrzasnęła ponownie na 15; tylko tyle mogła zrobić, była za daleko. Nie zamknęła oczu, choć czuła przemożną chęć. Chciała schować się niczym mała dziewczynka i poczekać aż Lithiel lub Lilly przegonią mroki i cienie, czające się w kątach komnaty. A jednak siostra walczyła teraz z własnymi demonami. Dosłownie.
Drugi rzut oka w kierunku najbliżej znajdujących się mężczyzn ukazał jej kolejny horror - ze skóry nieprzytomnego mężczyzny podnosiły się małe, zielone pajączki, jakby podświadomie wyczuwające poruszające się istoty. Jedna falanga ruszyła już w jej kierunku, następna oddzieliła się jak zielona odnoga i ruszyła w kierunku Lithiel i atakującej ją Marionetki.

Ta zaś przepłynęła - a może to raczej Lithiel przekroczyła napastnika - jak gdyby duch przeniknął przez ścianę, ale równocześnie agresor zyskał fioletową aurę, która nie wydawała się czynić żadnej krzywdy. Sztylet uderzył gdzieś w przestrzeń, a agresor znalazł się pomiędzy Lydią, która ruszyła biegiem z dala od nieznanego, pajęczego zagrożenia (a więc w kierunku Franka i Krzywaczapa), a Lithiel, która właśnie dopadła do kapitana, stając nad nim. Jej moc przenikalności za moment się skończy i to ona będzie pierwszą ofiarą tych nieznanych żyjątek. Obecnie bezskutecznie kłębiły się u jej stóp, usiłując zrozumieć o co chodzi, i czemu ta pani jest niewspinalna.
— Jeszcze chwila i pierwszy z was zginie! — krzyknęła! Zawsze to jakiś jeniec. Kapitan nie wyróżniał się znacząco na tle kamratów, został więc wyłączony jedynie dlatego, iż strzały z odległości Lithiel uważała za największą z wielkich upierdliwości, zaraz obok sztuczek mentalnych. — Wycofajcie się albo wezwane siły Róży nie okażą litości, którą wam proponuję! — Nie była oczywiście pewna kiedy i jakie "siły Róży" przybędą, miała jednak nadzieję, że - do cholery - pospieszą się. Sytuacja nie wyglądała różowo. Ba, już dawno nie leżała nawet w pobliżu któregoś z pastelowych kolorów.

Frank i Kapelusznik, wielkie szczęście dla Opętańca
Biedny, Frank. Naprawdę powinien dostać miano "Nie do zdarcia". Rana w stopie, oparzeniowe rany na twarzy, załzawione, zaczerwienione od dymu oczy, a ten dalej prze, ku celowi, ku Kapelusznikowi. I jeszcze szczęście mu sprzyja!
Jakimś cudem sieknął dłoń Krzywaczapa, gdy ten próbował go schwytać. Niezbyt głęboko, ledwo rana przez całe wnętrze dłoni, jakby cięcie z nieuwagi, a jednak sprawiająca ból i przeszkadzająca chwytać przedmioty czy próbować kolejnych prób chwytania noża. Nastąpił więc atak bombami, ale w tym momencie przy Franku pojawiła się Lydia i to ona wzięła na siebie ochronę przed nimi.
Niestety, była dziś wyjątkowo nieskuteczna. W chwili, gdy zobaczyła, iż jej złote pole ochronne (znowu!) kruszy się, wystarczyło jej czasu na ledwie chwycenie Franka za kołnierz czy tam rękę i gwałtowne pociągnięcie do tyłu, byle dalej od zagrożenia. Gorący podmuch osmalił im włosy, brwi i pchnął w płuca gorące powietrze. Nie poparzył ich, ale "ratunek" można było zdecydowanie zaliczyć do tych więcej niż "nieudanych".
W tym momencie rozległo się wołanie Lithiel. Czy Piratom choćby na myśli wycofanie się?

15 i Anaris, umiarkowany pech dla niej
Niestety, bójki, bitwy i sparringi odbywane przez 15 nie mogły jej przygotować na fakt, iż Dachowiec od początku ani myślał zagrać czysto, jak się umówili. Nie pomogły szczątki instynktu samozachowawczego, które mogły wołać, iż napastnik za chętnie zgodził się na pierwotną, brutalną walkę wręcz, pozbawioną przedmiotów dodających przewagi, nie pomogły krzyki Strażniczki, która najwyraźniej zauważyła coś niewłaściwego w scenie obejmującej ich dwójkę. Było za późno, gdyż Cyrkówka stała jak słup soli, biernie obserwując i czekając na okazję, co pozwoliło Anarisowi pod osłoną iluzji zakraść się na jej tyły i wyprowadzić zdradzieckie pchnięcie.
Nie wiadomo co dokładnie się stało. Być może szermierz w pośpiechu nie wymierzył precyzyjnie ciosu? Może to zadziwiający refleks 15 pozwolił jej szarpnąć się w chwili, gdy poczuła sztych w boku?  Może usłyszała kolejny krzyk strażniczki? Istotne, że głębokie pchnięcie zadane dziewczynie prosto w lewy bok ominęło nerkę i śledzionę, a także kiszki, jedynie (?) zalewając ją falą bólu (a wewnętrznie falą krwi). Uderzenie, które miało zabić, dotkliwie zraniło, ale 15, jeśli poniesie ją fala adrenaliny, pozostanie w miarę zdatna do walki, mimo obrażeń. Przynajmniej w następnym poście, bo upływ krwi sukcesywnie będzie ją osłabiał.
Czy dziewczyna zerwie się i ucieknie do przodu? Czy będzie chciała oddać, mimo bólu, gdy podstęp się wydał i prawdopodobnie widzi go już realnie, a nie tylko to, co szermierz chce jej pokazać? A może po prostu przeteleportuje się z dala od zagrożenia, któe Dachowiec wciąż stanowi? Pozostaje też kwestia pająków, dopiero rozchodzących się po posadzce przy w kierunku pierwszych ofiar: samotnej Marionetki i Lydii, dopadającej Franka. Być może mroźny oddech może mógłby zatrzymać? A może dałoby się je zamrozić w czymś?
W tym momencie nastąpił wybuch pola ochronnego oraz okrzyk czarownicy Lithiel.


Portale ponownie się okazały, ale kto wie jak i czy działają?
W następnym poście pajączki dotrą do Kapelusznika, Strażniczki i Franka. Poruszają się swoim pajęczym tempem, czyli nie jakoś zatrważająco szybko i biegnąc można je spokojnie prześcignąć (lub uciec), ale na pewno są nieubłaganie wytrwałe.




— Lydia: jest wolniejsza i osłabiona, dzwoni jej w głowie + ma osmalone włosy dookoła twarzy i sczerniałą prawą część maski + duszący kaszel
— Frank: płytkie cięcie na lewym ramieniu + przebita prawa stopa (promieniujący ból, wypływająca stale, ale wolno krew) + oparzona lewa strona twarzy (stopień IIa: płytkie rany i tworzące się bąble – piekący, nieustający ból) + osmalone włosy i brwi, duszący kaszel; jest nieco wolniejszy, ale z powodu uderzenia adrenaliny może nie odczuwać bólu
— 15: przebity lewy bok na wysokości talii (pchnięcie ominęło narządy wewnętrzne, ale promienieje bólem przy każdym ruchu oraz obficie krwawi), z powodu uderzenia adrenaliny może nie odczuwać w pełni bólu; od następnej kolejki wystąpi osłabienie z powodu upływu krwi
— kapitan Blackteeth:  magiczny sen (1/2 posty) + moc pasywna aktywna, pająki podążają falą za żywymi istotami
— Kapelusznik: cięcie przez wnętrze dłoni (utrudniające chwytanie, niebyt dotkliwy przy poruszaniu ból, ślad krwi na skórze)

Siły SCR przybędą za: 2 posty
Kolejka: Frank >> 15 >> Piraci >> MG
Losowania
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Frank on Nie 09 Cze 2019, 17:17

Jedyne, czego był świadom, to bólu i wściekłości, jaka się w nim teraz gotowała. Powiedzieć, że dostał małego załamania, to by jak powiedzieć, że odcięcie ręki tylko troszkę boli. Ciął kapelusznika na ślepo, chcąc załatwić gnoja, który poparzył mu twarz. I jednego z tych, którzy przedziurawili mu stopę. Chciał ich po prostu zabić. Zrobić im coś. Opętaniec już od pewnego czasu przestawał myśleć racjonalnie. Musiał ochłonąć. Zarówno od bólu fizycznego, jak i tych wszystkich informacji, których się ostatnio dowiedział. Musiał odpocząć po wielu nieprzespanych nocach i nieustępującym stresie, towarzyszącemu mu przez ostatnie dni. Niestety, nikt mu tego odpoczynku nie dał. Został rzucony do walki z piratami i pozostawiony samemu sobie. Szarżując w przypływie szału na kapelusznika nie myślał i nie czuł zbyt wiele. Podobnie podczas oparzenia, czy zadania ciosu przeciwnikowi. Chociaż trafniejszym określeniem może byłoby powiedzieć, że czuł aż nadto. Bolało go jak wszyscy diabli. Jedyne, co się zmieniało, to to, że ból ten jedynie podsycał jego wściekłość. Nie myślał o nim. Nawet nie wiedział, czy ostatecznie trafił kapelusznika, czy nie. Nie wiedział, co się wokół niego dzieje, gdy bomby poleciały w ich kierunku i dosłownie wysadziły tarczę Lydii... Lydii, której przecież jeszcze przed chwilą tu nie było. Frank nie mógł zobaczyć zarówno niej, jak i wytworzonej tarczy przez wciąż łzawiące oczy oraz ogólne zamieszanie. I nim się obejrzał, już kolejna eksplozja odrzuciła go w tył. Albo raczej ktoś go złapał za kołnierz i pociągnął w tył.

Ruch ten oraz gorący podmuch powietrza wywiały nagle furie z umysłu opętańca. Zakaszlał kilka razy, nie mogąc przez dłuższy czas złapać oddechu. Dopiero wtedy zatoczył się lekko, odwrócił głowę w kierunku strażniczki i otarł czerwone oczy rękawem.
- Dzięki... ja... - dopiero w tym momencie zorientował się, kto stoi za nim - Lydia? Co ty tu...
Rozejrzał się szybko po sali, dostrzegając miejsce, gdzie jeszcze niedawno leżała strażniczka. A które teraz było puste. Dopiero wtedy dotarło do niego, że musiała jakimś cudem wstać. Absolutnie w tej chwili nie zamierzał roztrząsać tego faktu. Zwłaszcza, iż wychodziło na to, że uratowała mu życie. Opętaniec spojrzał jeszcze tylko na dachowca z dziwną wdzięcznością wymalowaną na twarzy, a potem przeniósł wzrok na portal... Portal. Do cholery, w końcu zaczęły działać!
- Portale... Portale! Portale działają!
Krzyknął do samego siebie z dziwną nadzieją w głosie. Ignorując wszystko i wszystkich, zaczął kuśtykać w jego kierunku. Wypuścił nawet nóż z ręki, który teraz tylko mu przeszkadzał. Jęcząc co krok z bólu, parł przed siebie niczym zahipnotyzowany. Jedyne, na co patrzył, to portal. Portal do Krainy Luster... Coś, po co uciekł z domu i znosił wizytę tutaj. Coś, przez co przyszedł w ogóle do bramy i przez co został jak widać poważnie zraniony. To była jego droga ucieczki stąd. Nie widział, co się dzieje wokół niego, ale wiedział, że zobaczyłby jedynie chaos, gdyby odwrócił głowę w jakimkolwiek innym kierunku, niż portal. Chciał stąd wyjść. Wyrwać się z tego obłędu i odpocząć. Uspokoić się. Odetchnąć chociaż na chwilę... Zdawało mu się, że tak właśnie będzie po drugiej stronie. Dlatego biegł tam jak opętany. Nie przypuszczał, że za tym portalem kryje się kraina o wiele niebezpieczniejsza niż to, co zostawił za sobą.
Frank
Frank

Godność : Boone
Wiek : 24
Rasa : Opętaniec
Lubi : Pośpiewać podczas wędrówki, czy przy ognisku
Nie lubi : Tłumów
Wzrost / Waga : 181 cm/ 76 kg
Aktualny ubiór : Niebieskie, w miarę luźne jeansy oraz szara koszulka i skórzana kurtka. Te ostatnie mają niedbale wycięte otwory na skrzydła.
Znaki szczególne : Nieczesane włosy
Pod ręką : Plecak z dwoma bochenkami chleba, serem, 3 litry wody i oczywiście niedziałający telefon
Broń : Ciężki, dwuręczny miecz lub pistolet
Pan / Sługa : Pan własnego losu
Stan zdrowia : Zdrowy

Liczba postów : 79
Dołączył : 16/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Czw 13 Cze 2019, 00:16

Oszołomiony Frank z pewnością nie zauważył, że jego dziki (aczkolwiek dość powolny) rajd pcha go prosto w mnogie objęcia małych, pajęczych (nie)przyjaciół. A może zauważył i po prostu naprawdę był Nie Do Zdarcia? Albo świadomość otwartych (?) portali tak go zmobilizowała, iż zamierzał się tam przedrzeć, nie bacząc na koszty?
Gdy ruszył w kierunku, z którego Strażniczka właśnie przybyła, kobieta rzuciła mu przerażone spojrzenie, które idealnie widać było nawet poprzez otwory w masce. Czerwona niegdyś róża poczerniała i rozmazał ją pył i pot. Jeszcze nie otrząsnęła się po wybuchu, jeszcze dym dusi jej płuca, a ten szalony Opętaniec rusza prosto w zasadzkę! Musiała też kontrolować położenie Kapelusznika, który okazał się znacznie bardziej niebezpieczny niżby się spodziewała. W każdym razie, spodziewała się, iż jej moc jej nie zawiedzie.
Pająki były coraz bliżej, Frank był coraz bliżej nich, tocząc fanatycznym spojrzeniem po Wrotach, a Lydia nie miała pojęcia co robić. Znów panika, znów odpowiedzialność. Nie znali właściwości tych stworzonek, a na razie była na tyle skupiona na Franku, że nie analizowała żadnych informacji prócz faktu, iż zielone pająki skupiają się na żywych, ruszających się istotach, jakby je namierzając. W kierunku, w którym zmierzali, na drodze stała jeszcze miotająca ostrzami Marionetka. Kolejna niekorzyść, kolejny bilans, który wychodził na minus.
Jeszcze nie wiedziała jak zareagują Piraci, ale nie należało podejrzewać, iż po prostu się poddadzą. Szczególnie teraz, gdy 15 dała się podejść niemal bez walki, a Frank zyskał usposobienie godne samobójcy. Pająki były już na tyle blisko, iż mogła zobaczyć, jak ich długie nóżki przebierają po posadzce, próbując ich dogonić. Nie, żeby im jakoś to utrudniali.
Gdy straciła nadzieję i poczęła się zastanawiać jak i na ile w tej sytuacji pomoże pole siłowe, w oddali, jakby na krawędzi wyspy dał się zauważyć całkiem jasny rozbłysk. Następny miał miejsce przy filarze, od strony, gdzie przybyli Piraci. Krótka chwila zawahania i rozbłysk uderzył ich w oczy, gdy zamazana postać w srebrnej masce, również przyozdobionej różą, stanęła przed Strażniczką i Opętańcem.
Lydia wytrzeszczyła oczy na nadciągające właśnie pająki i sapnęła do zamaskowanego, ale ewidentnie należącego do SCR mężczyzny:
— Zabierz go stąd! Już!
W tej chwili jej ciałem szarpnęło i stała już pod Wrotami prowadzącymi do Krainy Luster. Strażnik postanowił zabrać całą ich trójkę. Wyglądał jakby oczekiwał raportu, ale nie było czasu do stracenia. Frank nigdy nie należał do osób, z którymi miło się współpracowało, tak więc i teraz istniało pewne prawdopodobieństwo, iż znów zacznie biec w kierunku wroga.
— Zabierz go przez Wrota! — ponagliła, widząc, że najbliższa tuptająca falanga oddzieliła się w ich stronę i pchnęła lekko Opętańca w kierunku mężczyzny. Cóż, obecnie nie miał innego wyboru jak być traktowany jako ciężka paczka. — I na Pierwszych, wróć!
Sama ruszyła w kierunku przeciwnym do siostry stojącej nad piratem, który spowodował tę katastrofę. Być może znów powinna przygotowywać się do walki, czy to z Marionetką, czy z Kapelusznikiem-bombiarzem. Wysoki nowo przybyły chwycił Franka pod ramię i na wpół poprowadził, na wpół pociągnął przez portal. Na swoje nieszczęście nie zauważył, iż do spodni zdążyły się przyczepić trzy niewielkie, zielone pajączki.



[Frank zt]

Siły SCR przybędą za: 2 posty
Kolejka: 15 >> Piraci >> MG
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Joce on Sob 29 Cze 2019, 23:28

By przedostać się do Lasu Drzwi, tak czy siak musiałam przejść przez bramę. Ta wizja jednak nie napawała mnie takim strachem, jak próby wytłumaczenia po co chcę się dostać do Ludzi, nie mając kompletnie umiejętności maskujących... Przecież bez czegoś takiego nie wypuścili by mnie z tymi przeklętymi skrzydłami. Stwarzałoby to zbyt duże zagrożenie dla ludności Krainy Luster i Szkarłatnej Otchłani. Może i nie było tu czegoś takiego jak policja i główna jednostka dowodząca, ale swoje się nasłuchałam o tutejszych organizacjach i wojsku książęcym... Nie miałam zamiaru na tamtą chwilę, zachodzić za skórę komukolwiek od nich. Nie po to przetrwałam to wszystko, by stać się więźniem czy co gorsza- stracić życie. Nie leżało to w moim interesie.
W Świecie Ludzi czekała mnie przyszłość. Nie wiedziałam jak to będzie, cholernie bałam się myśleć o tym wszystkim... Ale co gorszego może mnie spotkać? Czy wszystko to co do tej pory przeszłam, mogło okazać się jedynie błahostką? Uporczywą drzazgą pod paznokciem, w porównaniu do tego co mnie czeka?
Pamiętam przecież co o nich mówił Gregory, pamiętam doskonale czego się nasłuchałam o nich od innych... A mimo to zamierzałam wsadzić głowę prosto w pysk głodnego lwa. Wielu nazwałoby mnie po prostu idiotką. Skończoną kretynką, nie szanującą życia swojego i swoich bliskich.
To wcale nie było tak... To była moja ostatnia szansa i miałam zamiar z niej skorzystać najlepiej jak potrafię.
Przeszłam więc przez bramę, wylegitymowałam się, podałam cel wizyty.
Wszystko poszłoby gładko, gdyby nie okazało się że po stronie szkarłatnej otchłani trwają jakieś problemy.
Ale ja nie mogłam się wycofać, nie zamierzałam.
Zerwałam się więc i pędem dopadłam do przejścia prowadzącego do Szkarłatnej Otchłani.
To jak nic, skończy się co najmniej kilkoma siniakami.
Joce
Joce

Godność : Jocelyn D'Voir
Wiek : 22 lata
Rasa : Opętaniec
Wzrost / Waga : 176/49
Aktualny ubiór : https://imgur.com/a/IVLdD
Znaki szczególne : Tatuaż feniksa na całych plecach
Pod ręką : Sakwa z pieniędzmi, pare zwoi pergaminu, pióro, katana, sztylet
Broń : Katana
Stan cywilny : W związku z Gregorym (?)
Bestie : Rajski Ptak- Samael
Stan zdrowia : Osobowość mnoga, niedożywienie

Liczba postów : 23
Dołączył : 20/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Bane on Sob 29 Cze 2019, 23:29

INGERENCJA MISTRZA GRY – za prośbą Gracza

- Cholera, nie sądziłem, że pod Bramą dzieją się takie rzeczy.
Dwóch Zwiadowców MORII, skrytych za skałami w bezpiecznej odległości, obserwowało istny Armagedon, który dział się pod głównym portalem, prowadzącym do przeciwległych światów. Organizacja trzymała rękę na pulsie i właściwie wszystkim odpowiadało to, że Lustrzaki same postanowiły się powybijać, ale Zarządca wolał trzymać rękę na pulsie. Dlatego też patrole zwiadowcze przemykały obok newralgicznych punktów, monitorując działania Piratów.
Jeden z żołnierzy poprawił przykuc, bo powoli zaczynały drętwieć mu nogi. Nie narzekali na misję, w końcu doskonale wiedzieli po co to robią, ale chyba woleliby teraz siedzieć w MOLOCHU i stamtąd obserwować działania pod Bramą. Cóż, byli tutaj, więc pozostawało ładnie odwalić robotę i wrócić do bazy, po czym zdać raport.
Była ich czwórka, trzech przy broni, jeden jedynie z lornetką. I właśnie ten ostatni wygłosił swoje zdanie na temat działań jakie miały miejsce nieopodal.
- Jak dla mnie, mogą się powybijać co do nogi. – stwierdził któryś z uzbrojonych. Ciężko było określić ich rasy ale żaden nie miał skrzydeł.
- Dobra, wiem już wszystko. Spadajmy stąd. – wygłosił obserwator i cała czwórka zaczęła zbierać się do odwrotu. Nie mieli podejmować działań a jedynie sprawdzić, czy coś w kwestii blokady się zmieniło.
I wtedy też, kiedy prawie wszyscy byli odwróceni tyłem do Bramy, obserwator dojrzał kątem oka jakiś ruch. Podniósł lornetkę i zmarszczył brwi, widząc uciekającą ile sił w nogach dziewczynę, która prawdopodobnie właśnie przeskoczyła przez portal.
- Zatrzymajcie się! – rzucił do kolegów, na co tamci zamarli i unieśli zaniepokojeni broń.
- Co jest? – zapytał jeden, zdradzając zdenerwowanie i podchodząc do tego, który trzymał lornetkę. Obserwujący przyglądał się z odległości kobiecie, która gnała na złamanie karku. Po jej bokach powiewały… skrzydła! Jak dwie szmaty, poruszane przez wiatr, łomotały, ograniczając jej szybki bieg. Nie udało jej się przemknąć niezauważenie, oddział Piratów właśnie ruszył w jej stronę z dzikim okrzykiem.
Skrzydlata chyba płakała, jej twarz wyrażała rozpacz i obserwujący ją żołnierz, mimowolnie drgnął i zagryzł usta.
- Musimy ją przechwycić. – powiedział cicho, nie opuszczając lornetki, wciąż patrząc na uciekającą. Pozostała trójka popatrzyła po sobie, opuszczając lekko broń.
- Co? – parsknął jeden – Kogo? – dodał po chwili, patrząc na kolegę. Obserwator odjął sprzęt i wskazał uciekającą, niewielką postać, za którą ciągnął się już sznur wściekłych Piratów, którzy nieopatrznie dali jej przemknąć obok.
- Kurwa mać, przecież jak ją dopadną, zostanie z niej mokra plama… - powiedział ten, który jak dotąd się nie odezwał. Podziałało to jak zapalnik, cała czwórka ruszyła biegiem w stronę uciekającej, wybiegając poniekąd na spotkanie z nią i Piratami.
Nie było to najmądrzejsze, ale nie mogli tak po prostu pozwolić, żeby na ich oczach zginęła uciekająca istota. Co innego śmierć w walce, a co innego szlachtowanie kogoś, kto próbuje się ratować.
Tuż przed tym jak na siebie wpadli, kobieta została powalona perfekcyjnym strzałem z kuszy w jedno ze zwisających skrzydeł, tuż przy nasadzie. Żołnierze przyspieszyli kroku i kiedy znaleźli się przy niej, szybko dźwignęli poszkodowaną.
- Szybko. Musimy ją jakoś przetransportować do MOLOCHA. – rzucił obserwator, zarzucając sobie ramię wyjącej z bólu skrzydlatej na szyję. Pozostali pomogli, a że była lekka jak piórko, bez problemu ruszyli biegiem w bezpieczne miejsce. Co prawda Piraci już ich zauważyli, ale może jeśli wskoczą między skały, będzie im łatwiej pomyśleć co dalej.
Bełty świstały obok nich, kiedy biegnąc kierowali się w bezpieczną strefę. Dali z siebie wszystko.
I kiedy faktycznie dopadli wysokich, wyglądających jak zębiska smoka, wystających z ziemi skał, położyli ranną na ziemi, dysząc głośno. Mieli dokładnie minutę na przygotowanie się do starcia z biegnącymi ku nim Piratami.
- Chłopaki… - obserwator, zgięty w pół, dysząc jak każdy z nich, podszedł nagle do kolegi i chwycił go za ramię, słaniając się na nogach. Trójka zamarła. Z pleców ich kumpla, na wysokości nerki, sterczał bełt. Był wbity głęboko. Zbyt głęboko.
- Kurwa mać! – warknął jeden i podniósł ręce, chwytając się za boki głowy – Nie tak to miało wyglądać!
- Chłopaki… Zabierzcie ją do MOLOCHA… - ranny razem z powietrzem, wypuścił krwawą plwocinę – Ratujcie ją. Ratujcie siebie. – dodał i wyjął zza pazuchy swój Krzyż. Spojrzał na tego, na którym się wspierał i wręczył mu swój artefakt. Pozostali mieli swoje, ale ona… skrzydlata nie. Dzięki jego poświęceniu, zabiorą ją stąd. Ale jakim kosztem?
- Zatrzymam Piratów. – wypluł naprawdę sporą ilość krwi – Błagam. Zabierzcie ją stąd. MORIA jej pomoże… Jak mnie kiedyś. – posłał kolegom uśmiech, puścił tego który zapewniał mu wsparcie i rzucił się biegiem w przeciwną stronę, celem zmylenia pościgu.
Krzyki świadczyły o tym, że Piraci zainteresowali się obserwatorem.
Żal ścisnął serca żołnierzy, bo i oni mieli przecież uczucia. Jeden podszedł do rannej kobiety i podał jej Krzyż kolegi. Przez zaciśnięte z emocji zęby, poprosił, żeby mocno chwyciła artefakt i pomyślała o podróży, oni załatwią wszystko inne.
Podnieśli ją, ustawili się w zwartą grupkę chwytając za ręce i wszyscy w jednym momencie użyli swoich Krzyży. Pozostał po nich jedynie unoszący się w powietrzu kurz.
Gdzieś w niedalekiej odległości rozległ się przeraźliwy krzyk ich kolegi. Ale czy ktokolwiek się tym przejął? Kolejny trup w morzu innych, zamordowanych przez Piratów ofiar naprawdę nie zrobi różnicy. Bynajmniej nie Lustrzakom.
MORIA jednak pamięta każdego. I nawet jeśli przymyka oko na wydarzenia które dzieją się pod Bramą, nie wybaczy śmierci jednego z nich. MORIA widzi. MORIA pamięta.
Jocelyn D’voir prawdopodobnie trafiła z deszczu pod rynnę, ale czy jej los jest już przesądzony? Wszystko zależy od dalszych poczynań dziewczyny. Skrzydlatej Opętanej, która zaryzykowała, by szukać pomocy. Bo skoro nie otrzymała jej w Krainie Luster, to może w innym świecie ktoś się jednak zlituje?

z/t Jocelyn D’voir


_________________
Karminowe Wrota - Page 3 8OCzEY9

That didn't happen.
And if it did, it wasn't that bad.
And if it was, that's not a big deal.
And if it is, that's not my fault.
And if it was, I didn't mean it.
And if I did...
You deserved it.





#66cc33



Bane
Bane

Godność : Bane Blackburn
Wiek : 38
Rasa : Cyrkowiec
Lubi : Siebie samego. I alkohol. Zwłaszcza razem.
Wzrost / Waga : 190/80
Aktualny ubiór : Biała koszula, biała marynarka i białe spodnie, szare buty, szary płaszcz.
Znaki szczególne : Przystojność. Białe włosy, szara skóra, dziwne oczy. Blizny na oku i na szyi.
Pod ręką : Piersiówka, klucze do Kliniki, pieniądze.
Zawód : Chirurg w Klinice (Kraina Luster)
Stan zdrowia : Chwiejny psychicznie.

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 123
Dołączył : 28/10/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa 15 on Nie 30 Cze 2019, 21:53

Oj nie oszukuje się w walce. Szczególnie nie oszukuje się kobiety, która liczyła na dobrą zabawę. To tak, jakby spóźnić się na randkę o 2 godziny i jeszcze liczyć, że partnerka za ciebie zapłaci! Oj ta zniewaga krwi wymaga.
Kobieta czując ostry ból zacisnęła na chwilę wargi. Jej ciało drgnęło, jakby miała stracić równowagę, jednak  lata w laboratorium na coś się przydały. Czarnowłosa zacisnęła dłoń na kieszeni spodni rozrywając ją przez adrenalinę i jednocześnie odsunęła się od Dachowca wyciągając ostrze z rany. Obróciła się wokół własnej osi pokrywając wszystko na około niej lodem, wytworzonym z jej mocy. W tym Dachowca, tego prawdziwego, a by go skuteczniej unieruchomić, to na niego użyła najwięcej mocy. W tym czasie nie przerywając używania mocy wyciągnęła pistolet i odblokowała go.
Dobrze mieć oddech "lodowej świeżości".
Wykorzystując chwilę  w której mężczyzna nie mógł się ruszać postanowiła go raz i dobrze obezwładnić. Odblokowała broń i wystrzeliła resztę magazynku w jego klatkę piersiową.
Nie powinno się oszukiwać psychopaty, szczególnie takiego, który miał prawdziwą licencję na zabijanie. Pewnie gdyby miała czas roztrzaskała by mu czaszkę butem i wykąpała się w ciepłej jeszcze posoce.
W głowie rogatej huczała adrenalina, zacisnęła ponownie usta, gdy wyrwała z rany miecz i wbiła go w ciało Dachowca. Zacisnęła ranę by zatamować krwawienie, zanim rana się nie zasklepi. Miała zamiar zabić każdego kto by się zbliżył.
Oczy błyszczały na czerwień, którą dało się zauważyć nawet zza czarną barwą soczewek.
Jeśli miała wolną chwilkę puściła ranę, wyciągnęła zapasowy magazynek i sprawnie go przeładowała rzucając pusty w trupa.
Niech zdechnie jeszcze raz.
15
15

Godność : Alice Murphy
Wiek : 19 lat
Rasa : Cyrkowiec
Lubi : Zabawę, dobrą muzykę, imprezę, więcej narkotyków ... co?
Nie lubi : Głupich, nudnych ludzi.
Wzrost / Waga : 158/49
Aktualny ubiór : .
Pod ręką : Klucze od domu, telefon, portfel, słuchawki, zapalniczka zippo.
Broń : Pistolet, magazynek, kastet
Zawód : Barman, cukiernik
Stan cywilny : Wolna
Stan zdrowia : Żyje ... jeszcze.

Liczba postów : 12
Dołączył : 18/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach