Kwitnąca promenada

Go down

Pisanie autorstwa Rello on Wto 26 Lut 2019, 22:06



To urokliwe miejsce, cieszy się, sympatią każdego, kto potrafi docenić piękno, jakie twarzy natura. Aby do niego dotrzeć, należy kierować się na północ, aż opuści się miejskie obrzeża. Po przebyciu zaledwie sześciu kilometrów można już dostrzec brzeg długiej, lecz stosunkowo wąskiej rzeki. Woda, która leniwie płynie jej korytem, rozbija się o wystające kamienie, z czego niektóre rozmiarem dorównują nawet niemałej kanapie. Już w tym miejscu można doznać fali ukojenia, płynącej z wodną pieśnią. Choć Ci, naprawdę złaknieni piękna nie zakończą tu swej podróży.gdyż mogą dostrzec prawdziwy cel swej podróży. Bowiem wystarczy już tylko by przemierzyć stary, poznaczony zębami czasu, kamienny most, aby znaleźć się na polanie. A należy tu zaznaczyć, że nie jest to byle jaka polana, gdyż ciągnie się od samego brzegu rzeki aż po ścianę pobliskiego lasu. Niemal każdy skrawek ziemi poznaczony jest tu kwiatami, których bogactwo aż kłuje w oczy. Na tle zieleni, szczególną dominację obrał żółć i biel, jednak pośród niej można dostrzec plamy lub pojedyncze odpryski, błękitu, fioletu oraz różu. Obfitość kwiatów i ziół ściąga nad polanę nie tylko ludzi, lecz przede wszystkim owady, których ciche bzyczenie wplata się w szum rzeki i pobliskich drzew.
Dość unikalną ozdobę kwitnącej promenady, stanowi półokrąg, na który składają się wystające na jakieś pół metru nad ziemię rzeczne kamienie. Nagrzane przez słońce, stanowią obiekt pożądania gadzich mieszkańców łąki.

Miejsce obdarzone tak niewątpliwym czarem zyskuje wielu zwolenników. Nie ma w tym nic dziwnego, lecz zaskoczyć może wieść, iż są i tacy, którzy omijają je szerokim łukiem. Dlaczego? W starych miejskich legendach można natrafić na historie o tym, iż las, do którego prowadzi kwitnąca droga, jest nawiedzony. Mawia się, że błąkają się po nim duchy zaginionych żołnierzy. Zaś niektórzy z mieszkańców, miejskich obrzeży zarzekają się, iż nocą, widują ludzkie, półprzejrzyste sylwetki krążące nad brzegiem rzeki.

Pytanie jednak, czy warto zawierzać starym opowieściom, gdy wszystko aż się w nas rwie, by postawić stopy na kwiecistym kobiercu i wsłuchać się w szum rzeki...

Rello
Rello

Wiek : Wizualnie ok. 20 lat
Wzrost / Waga : Revi 166 cm / 49 kg // Mello 182 cm / 70 kg
Aktualny ubiór : Aktualny ubiór jako Mello -> http://orig01.deviantart....ama-d6gb6m9.png + http://www.edykte.pl/efla...czczerwonaa.jpg Obroża na szyi, ukryta pod warstwą bandażu elastycznego.
Pod ręką : Czarna torba na ramię a w niej: szkicownik, ołówki, długopis, portfel, telefon komórkowy, spakowany zestaw damskich ubrań. A poza tym magiczny dobyte .
Stan zdrowia : 100 % hp

Liczba postów : 4
Dołączył : 17/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Rello on Czw 28 Lut 2019, 00:34

Ostatnie wizyty złożone w Krainie Luster, odcisnęły na mnie swe piętno bardziej, niż bym się tego spodziewał. W czasie swego stosunkowo krótkiego żywota zdarzyłam już zmagać się z jednym kryzysem tożsamości. A choć ten pierwszy wcale nie został w pełni zażegnany, to już kolejny stanął w kolejce, by się do mnie dobrać. Widać kryzysy, tak jak wszelkie inne zarazy, mają to do siebie, iż lubią mnożyć się szybko i skutecznie. Jak jednak się przed nimi, bronić, gdy tonie się w morzu wątpliwości.

Aby nie osiąść na dnie, pogrzebana pod problemami, na których przezwyciężenie nie odnalazłam jeszcze sposobu... byłam zmuszona podjąć kilka istotnych decyzji. Jedną z nich było tymczasowe pożegnanie się z moim drugim „Ja”. Obroża, którą zwykłam, nosić przy sobie, teraz tkwiła, ukryta w szkatule pod łóżkiem, w towarzystwie, kilku innych pamiątek magicznego pochodzenia. Chwilowe rozstanie dotyczyło również samej Krainy Luster. Coraz częściej odnosiłam wrażenie, iż po wycieczkach do tego właśnie wymiaru, mój zdrowy rozsądek zaczynał topnieć, niczym kostka lodu porzucona na kuchennej podłodze.
Nie udało mi się jednak wytrwać w postanowieniu, życia jak „normalny” człowiek. I nie chodziło tu nawet o okiełznanie mocy, którymi zawsze pomagałam sobie w życiu. Moje starania przekreśliła, ingerencja losu. I jeśli coś faktycznie nad nami czuwa, to tym razem jestem temu komuś lub czemuś bardzo wdzięczna... Nie śmiałabym przypuszczać, iż poniedziałkowa rutyna, jaką był powrót z targowiska wypełnionych po brzegi siatek z jedzeniem, będzie tym razem tak znaczący. To właśnie wtedy na ulicy przybłąkał się do mnie przeuroczy piesek. Zwierze wyglądało na zaniedbane, ponieważ jego biała sierść pokrywało błoto i jak okazało się później zaschnięta krew. Oczywiście nie mogłam zostawić wystraszonego i rannego stworzenia na ulicy, więc tak jak działo się to już nie raz... przemyciłam do swojego pokoju, mimo zakazu ze strony Pani Olivi. Wszystko przebiegało dość standardowo, no przynajmniej do czasu aż mała kulka białego futra nie zaczęła mówić...
Na tym też zakończyły się próby odcięcia od magi, gdy pod mym dachem wylądowała jedna z bestii zamieszkujących Krainę Luster. Co więcej, bestyjce wcale nie było spieszno wracać do domu, w którym zresztą musiało spotkać ją coś złego... Tak więc stałam się opiekunką Innocenzy, która nie bardzo chciała przyjąć do wiadomości, iż w towarzystwie ludzi nie wolno jej mówić.

To właśnie poskutkowało moimi coraz częstszymi wycieczkami poza miasto. W tych wyprawach towarzyszył mi stary rower, należący niegdyś do synowej Pani Olivi. Teraz do kierownicy przyczepiony był niewielki wiklinowy koszyk, w którym podróżowała Likal. Jej towarzystwo w tym trudnym czasie, okazało się dla mnie zbawienne. Dowodem tego był choćby napływ weny twórczej, który przypłaciłam jednak wydaniem niemal 1/4 swojej pensji w sklepie z artykułami plastycznymi. Już pierwsze tchnienia wiosny, przebudziły przyrodę, obsypując łąki i cześć ogrodów kwiatami, to właśnie one były ostatnio źródłem mojej inspiracji.
Już on ponad tygodnia, każdą wolną chwilę spędzałam na kwitnącej promenadzie, rysując, ćwicząc, i bawiąc się z Innocenzą. Ostatnio jednak do tych rozrywek dołączyła nowa, której oddawałam się z ogromnym zapałem, gdy tylko w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby dostrzec magię, z której korzystałem. Gdy tylko z zasięgu wzroku ginęli potencjalni obserwatorzy, przechadzałam się po łące, zostawiając tu i tam kwiatu, których nie sposób byłoby odnaleźć w zielarskich leksykonach. Były wyjątkowe, ich płatki miały iście fantazyjne kształty, zaś kolory przyciągały spojrzenie. Jedyne czego żałowałam to fakt, iż nie mogę bardziej pobawić się ze zmianą ich wielkości, jednak trzymetrowa hybryda róży, słonecznika i azalii mogłaby jednak zanadto przyciągać uwagę... Na ten rodzaj rozrywki mogłam pozwolić sobie z jednego powodu, wiedziałam, że moje twory, nawet jeśli zostaną, zerwane to znikną w ciągu najbliższych godzin. Zatem radość z odkrycia nowego gatunku fiołka czy mutacji przebiśniegów, będzie dla kogoś bardzo krótkotrwała.

Zerkałam na koc, gdzie Likal drzemała, odpoczywając po wyjątkowo zawziętej pogoni za jakaś biedną żabą. Mój (oficjalnie) pies, miejscami przybrał odcienie zieleni, na skutek intensywnego tarzania się w trawie. Cieszyłam się, zatem że w pobliżu płynie rzeka, którą to właśnie starałam się uchwycić na rysunku. Rysowanie samych widoków, szybko mnie znudziło, dlatego zwykle do owych miejsc, dorzucałam jakieś postaci. Tym razem był to na przykład dachowiec, który na kartce szkicownika miał bardzo skupiony wyraz twarzy, gdy wędka trzymana w jego rękach, drgnęła.
Uśmiechnęłam się do siebie samej, gdy w głowie zaczął już rodzić mi się pomysł na dalszą część dla tego rysunku.
-A gdyby tak złowił syrenkę...
Powiedziałam sama do siebie, stukając końcem ołówka w swoją dolną wargę.
Rello
Rello

Wiek : Wizualnie ok. 20 lat
Wzrost / Waga : Revi 166 cm / 49 kg // Mello 182 cm / 70 kg
Aktualny ubiór : Aktualny ubiór jako Mello -> http://orig01.deviantart....ama-d6gb6m9.png + http://www.edykte.pl/efla...czczerwonaa.jpg Obroża na szyi, ukryta pod warstwą bandażu elastycznego.
Pod ręką : Czarna torba na ramię a w niej: szkicownik, ołówki, długopis, portfel, telefon komórkowy, spakowany zestaw damskich ubrań. A poza tym magiczny dobyte .
Stan zdrowia : 100 % hp

Liczba postów : 4
Dołączył : 17/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Gawain on Sro 06 Mar 2019, 23:03

Leśną ścieżynkę wyznaczał kobierzec butwiejących, wilgotnych liści. Śnieg je opuścił i pozwolił im dalej  butwieć, jednak charakterystyczny, ostry zapach poroztopowego rozkładu zdołał się już ulotnić. Teraz była tylko wiosna, świeże pąki na drzewach i słońce. Cholerne słońce, które teraz zdawało się razić Cienia z podwójną siłą. Czerń twardówek zniknęła, zastąpiona bielą za sprawą różdżki, więc jego wzrok chroniły tylko okrągłe, przyciemniane szkła.
Niech je trafi szlag. Brytole znowu zaczną wyłazić z domów i opalać się, jakby to był środek lata. - poprawił okulary kciukiem, po czym wcisnął dłonie wgłąb kieszeni szarego płaszcza. Oparł się o drzewo i omiótł wzrokiem polanę rozpościerającą się aż do kamiennego mostu i rzeki, które odgradzały ten urokliwy zakątek od podmiejskich dróg.
Widział stąd drobne kwiaty rumianku, żółtego mniszka, niebieskiego ogórecznika oraz sporo białej gwiazdnicy. Sporo surowca zielarskiego, który pozwoli uzupełnić uszczuplone przez Lisa zapasy. Keerowi było tęskno do jego żywiciela, ale musiał przyznać, że nocne, aptekarskie wypady do Yako miały w sobie coś urokliwego. Ten uparty staruch za nic miał pomoc kaskaderów, więc maści na otarcia, stłuczenia i siniaki schodziły w szaleńczym tempie. Jeśli jakimś cudem coś zostawało, to następny w kolejce był niewiele lepszy od swego lisiego rodzica Cosiek. Nawet nie opłacało się tego suszyć.

Jedno dotknięcie źdźbeł traw wystarczyło, by przekonać Gawaina o przystąpieniu do zbiorów. Poranna rosa zdążyła się już ulotnić, a temperatura pozwoliła płaszczowi pójść w odstawkę i wylądować na kępie nieopodal. Koszyczki w różnych kolorach szybko zaczęły ścielić wnętrze torby, jednak Cień nigdy nie pozwał im się mieszać. Każdy gatunek miał swój tiulowy woreczek. Keer już miał zerwać kolejny kwiat, gdy spostrzegł, że ten jest inny. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak chaber bławatek, ale na niego było jeszcze za wcześnie. Miał znacznie więcej rurkowatych płatków, dodatkowo pokrytych miękkimi rzęskami. Łodyga, sztywniejsza i grubsza, odznaczała się intensywnie czerwoną barwą.
- Co to w ogóle jest? - wyszeptał, przyklękując i pośpiesznie ściągając okulary. Następnie w ruch poszedł aparat w komórce, a za nim notatnik i pióro. Delikatnie dotykał i wąchał roślinę, rozcierał olejek na palcach, opisując wszystko co mógł. Nagle roślina jakby oklapła. Rzęski, wcześniej sterczące i udające futerko, teraz leżały płasko. Zanim zdążył nanieść na papier więcej swoich obserwacji, połowa płatków opadła.
- No nie! Jak to tak... - machnął rękoma zrezygnowany i skołowany. Rozejrzał się w poszukiwaniu kolejnych przedstawicieli nieznanego gatunku i zobaczył, że parę innych kwiatów również marniało w zastraszającym tempie. Nie był to dobry znak, ale nikogo ani niczego nie dostrzegł. Słyszał parę plotek i fantastycznych opowieści barowych bajarzy o duchach nawiedzających to miejsce, ale co oni mogli wiedzieć. Najważniejsze, że reszta pospolitych roślin nadal trwała i cieszyła jego oczy zielenią. Niestety nie poznawał żadnego z pozostałych zwiędłych kwiatów, co tylko wzmogło poczucie straty. Nie dane mu było nawet zebrać suchych płatków i liści, gdyż te dosłownie rozpłynęły się w powietrzu.
- Ale kanał. - niezadowolony mruknął pod nosem i wstał otrzepując kolana. Jeszcze zrozumiałby to tam, za Lustrem, ale tu?
Musiał pogodzić się ze stratą. Przynajmniej pozostały mu zdjęcia i notatki. Może po prostu kwiat przemieszczał się w ten sposób? Wędrował z miejsca na miejsce? Jednak rozmyślaniom położyła kres biało-zielona kupa futra, która z wywalonym różowym językiem szarżowała prosto na niego.
Jednak nie był tutaj sam.

_________________
Gawain
Gawain
SCR

Godność : Gawain Keer
Wiek : Wygląda na około 30 lat.
Rasa : Cień
Lubi : Śliwkową nalewkę, fiolet
Nie lubi : Gotować, ślimaków, niespodzianek
Wzrost / Waga : 183 cm / 76 kg
Aktualny ubiór : https://i.imgur.com/xewvmNm.jpg + Blaszka + medalion z puklem włosów Yako: https://i.imgur.com/xOQrcNC.jpg // Event: szary płaszcz, czarny golf, spodnie khaki ze zwężanymi nogawkami, skórzane, czarne trapery, przeciwsłoneczne lenonki
Znaki szczególne : Czarne twardówki oczu, bursztynowe tęczówki, cienka blizna na brodzie od lewego kącika ust
Pod ręką : klucz do domu Yako i mieszkania, pieniądze // Event:
Broń : Nóż ceramiczny, sztylet, kusza
Zawód : Najemnik do prac wszelakich, zielarz
Stan cywilny : Zajęty
Bestie : Furor (Furbo), Kapeluterek
Stan zdrowia : Zszargane nerwy

Liczba postów : 29
Dołączył : 23/07/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Iskra on Pon 18 Mar 2019, 18:15

Nieprzemakalne trapery mlasnęły w kolejnej kałuży, której nie zechciała ominąć. Ale! dziś chociaż była trzeźwa. Victor zniknął gdzieś wśród drzew, chcąc jeszcze zamarudzić przed powrotem do domu. Mieszkania. Coraz częściej czuła, jakby kompilacja wynajmowanych pomieszczeń mniej i mniej przypominała jej dom.
Była wdzięczna Anceu, bo gdyby nie on, wracałaby do zupełnie pustego mieszkania. (Stracha na Wróble na drągu, przełożonego w poprzek gabinetu nie liczymy. Może powinna go któregoś razu odstawić do Krainy Luster. Problem leżał w tym, iż tak samo jak tygrys, Mr. Limpet z jakiegoś niepoważnego powodu chciał zostać z nią w Glassville.) Była mu wdzięczna, bo chętnie wychodził z nią na spacery, które powinny raczej nazywać się „włóczeniem się”, bez względu czy gorzej poczuła się popołudniem czy o trzeciej nad ranem, jak dziś. Obiektywnie patrząc, lepiej, że zamiast kolejnej butelki likieru otwierała drzwi mieszkania.
Po kilku godzinach krążenia po okolicy powinna powiedzieć, że jej umysł uspokoił się, myśli wyklarowały, a samopoczucie poprawiło. O radości, iskro bogów! No jednak nie.
Minęło 10 miesięcy odkąd Izabeli przestała szukać policja Glassville. Minęło pół roku odkąd sama Eva przestała szukać siostry. Jedną z pierwszych niekonwencjonalnych prób była pamiętna wyprawa z monsieur Eliotem do baru w Krainie Luster. Nie dało jej to nic poza świadomością, że Ymel trafiła tam, gdzie Eva nie chciałaby jej nigdy widzieć. Kolejne wypady nie przynosiły bardziej wymiernych rezultatów. W ciągu tego czasu nauczyła się lawirować wśród magicznego ludku oraz przedstawiać się jako Iskra Marionetkarka – i większość istot jej wierzyła i służyła pomocą. Od sześciu miesięcy poniechała jednak wypraw na Drugą stronę. Po co. To było bez sensu. Z tego co wiedziała, znana część Krainy była większa niż Anglia, Francja i Polska razem wzięte. Znacznie większa. Nie pomogły zatrudnienie tropiciela lub wyszukiwanie magią krwi.
Odkąd się poddała, samego Eliota Welsa już nie widziała. Nie wiedziała nawet czy nadal mieszka w starym domu Amelii, wszak obiecała, że nie pokaże mu się już na oczy. (To nic, że pomoc wymusiła na nim szantażem.) Jedynie madame Hyde, matka Izabeli, spotkała się z nią po wszystkim dwa razy, jednak spotkania te były tak krótkie i niezręczne, że milcząco postanowiły ich nie kontynuować. Bez względu jak bardzo pani Hyde by chciała, Eva nie mogła zastąpić jej zaginionej córki. Nie mogła też powiedzieć gdzie Ymel tak naprawdę zniknęła, więc obiady w restauracji na mieście, przeplatane banalnymi frazesami na przemian z próbami matkowania jej, były prawdziwym horrorem. Rudowłosa nie ośmieliła się również poruszyć tematu swego ojca, mimo że Izabela była też córką Antona. Powinien przyjechać wspierać panią Hyde czy zostać u boku maman? Miała szczęście (?), iż nie rozmawia z nimi regularnie; nawet nie chciała wiedzieć czy matka się dowiedziała i jakie piekło wszystkim zgotowała.
Te samotne wycieczki nie miały na celu jedynie zabicia miałkiego poczucia porażki i winy(a). Przecież po rocznej przerwie wróciła na wydział, przecież nadal pisała artykuły do lokalnej gazety, przecież wciąż czekała ją ta nieszczęsna wystawa sztuki nowoczesnej i warsztaty, które zgodziła się poprowadzić. To wszystko i tak nie łatało kolejnych dziur, które się w niej potworzyły. Nie łatało niczego, co niedawno utraciła. A było tego więcej niż tylko nieznana, przyrodnia siostra. Potrząsnęła głową. Wspominanie nie polepszy sytuacji.
Kolejne cmoknięcie błota pod podeszwą. Powoli wracała ku przedmieściom – jeszcze mostek na rzece i kilka kilometrów do pierwszych zabudowań. Zasadniczo, dziwne mogłoby się wydawać, że o tak wczesnej porze ktoś wychodzi z lasu. Równie dziwne jak dwie postaci sterczące o takiej porze na łące przy rzece. Powoli się zbliżyła, próbując nie wpadać w najgłębsze kałuże. Dziewczyny nie znała, ale rudzielec wydał się zaskakująco znajomy. Gdyby nie przywołane wspomnienia, nie skojarzyłaby go z mężczyzną z wnętrza Bramy.
Ona także nie do końca wyglądała jak kobieta, którą – choć to za dużo powiedziane – wtedy spotkał. Jaskrawe włosy sięgały jej już do ramion i tylko prosta grzywka na linii brwi jaka była, taka jest. Pas trencza zaciśnięty wokół jeszcze chudszej ostatnio talii otulał sylwetkę płaszczem, a na nosie osiadły granatowe oprawki nerdów, bo nie włożyła soczewek i to jaskrawozielone oczy wodziły pomiędzy nim a psem.
Iskra
Iskra

Godność : Eva M. Markovski
Wiek : 22 lata właśnie dziś.
Rasa : Człowiek z lustrzanym dziedzictwem? Zludziały Marionetkarz? Od pewnego czasu po prostu taktycznie omiń to pytanie.
Nie lubi : wina(y)
Wzrost / Waga : 1,65cm || 56kg
Aktualny ubiór : Walentynkowy: jasny trencz i granatowa apaszka, jednolite trapery; jeansy, ciemny, kaszmirowy golf, okulary-nerdy w oprawkach od Furli
Znaki szczególne : ognistorude włosy, nienaturalnie jasnozielone oczy (zwykle nosi ciemnozielone soczewki), piegowata skóra; tatuaż na prawej połowie pleców, blizny na lewym przedramieniu i brzuchu
Pod ręką : Wystawa: kakaowa torebka na pasku, smartfon || Walentynkowy: skórzany plecaczek + Wstęga
Broń : pistolet Moriego został w domu
Zawód : Bogu ducha winna dziennikarka
Stan cywilny : zgniła panna młoda
Bestie : Mr. Limpet czyli Strach na Wróble, Anceu, który przedstawia się jako Victor, Renifer o imieniu Tytus
Stan zdrowia : fizycznie OK.

Liczba postów : 12
Dołączył : 15/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach