IndeksSzukajRejestracjaZaloguj

Share
Kwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada EmptyKwitnąca promenada Empty
 

 Kwitnąca promenada

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Rello
Wiek : Wizualnie ok. 20 lat
Wzrost / Waga : Revi 166 cm / 49 kg // Mello 182 cm / 70 kg
Pod ręką : Czarna torba na ramię a w niej: szkicownik, ołówki, długopis, portfel, telefon komórkowy, spakowany zestaw damskich ubrań. A poza tym magiczny dobytek
Rello

PisanieTemat: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty26/2/2019, 22:06
Kwitnąca promenada HQ5g4jI

To urokliwe miejsce, cieszy się, sympatią każdego, kto potrafi docenić piękno, jakie twarzy natura. Aby do niego dotrzeć, należy kierować się na północ, aż opuści się miejskie obrzeża. Po przebyciu zaledwie sześciu kilometrów można już dostrzec brzeg długiej, lecz stosunkowo wąskiej rzeki. Woda, która leniwie płynie jej korytem, rozbija się o wystające kamienie, z czego niektóre rozmiarem dorównują nawet niemałej kanapie. Już w tym miejscu można doznać fali ukojenia, płynącej z wodną pieśnią. Choć Ci, naprawdę złaknieni piękna nie zakończą tu swej podróży.gdyż mogą dostrzec prawdziwy cel swej podróży. Bowiem wystarczy już tylko by przemierzyć stary, poznaczony zębami czasu, kamienny most, aby znaleźć się na polanie. A należy tu zaznaczyć, że nie jest to byle jaka polana, gdyż ciągnie się od samego brzegu rzeki aż po ścianę pobliskiego lasu. Niemal każdy skrawek ziemi poznaczony jest tu kwiatami, których bogactwo aż kłuje w oczy. Na tle zieleni, szczególną dominację obrał żółć i biel, jednak pośród niej można dostrzec plamy lub pojedyncze odpryski, błękitu, fioletu oraz różu. Obfitość kwiatów i ziół ściąga nad polanę nie tylko ludzi, lecz przede wszystkim owady, których ciche bzyczenie wplata się w szum rzeki i pobliskich drzew.
Dość unikalną ozdobę kwitnącej promenady stanowi półokrąg niedaleko ściany lasu, na który składają się wystające na jakieś pół metru nad ziemię rzeczne kamienie. Nagrzane przez słońce, stanowią obiekt pożądania gadzich mieszkańców łąki.

Miejsce obdarzone tak niewątpliwym czarem zyskuje wielu zwolenników. Nie ma w tym nic dziwnego, lecz zaskoczyć może wieść, iż są i tacy, którzy omijają je szerokim łukiem. Dlaczego? W starych miejskich legendach można natrafić na historie o tym, iż las, do którego prowadzi kwitnąca droga, jest nawiedzony. Mawia się, że błąkają się po nim duchy zaginionych żołnierzy. Zaś niektórzy z mieszkańców, miejskich obrzeży zarzekają się, iż nocą, widują ludzkie, półprzejrzyste sylwetki krążące nad brzegiem rzeki.

Pytanie jednak, czy warto zawierzać starym opowieściom, gdy wszystko aż się w nas rwie, by postawić stopy na kwiecistym kobiercu i wsłuchać się w szum rzeki...

Powrót do góry Go down
Rello
Wiek : Wizualnie ok. 20 lat
Wzrost / Waga : Revi 166 cm / 49 kg // Mello 182 cm / 70 kg
Pod ręką : Czarna torba na ramię a w niej: szkicownik, ołówki, długopis, portfel, telefon komórkowy, spakowany zestaw damskich ubrań. A poza tym magiczny dobytek
Rello

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty28/2/2019, 00:34
Ostatnie wizyty złożone w Krainie Luster, odcisnęły na mnie swe piętno bardziej, niż bym się tego spodziewał. W czasie swego stosunkowo krótkiego żywota zdarzyłam już zmagać się z jednym kryzysem tożsamości. A choć ten pierwszy wcale nie został w pełni zażegnany, to już kolejny stanął w kolejce, by się do mnie dobrać. Widać kryzysy, tak jak wszelkie inne zarazy, mają to do siebie, iż lubią mnożyć się szybko i skutecznie. Jak jednak się przed nimi, bronić, gdy tonie się w morzu wątpliwości.

Aby nie osiąść na dnie, pogrzebana pod problemami, na których przezwyciężenie nie odnalazłam jeszcze sposobu... byłam zmuszona podjąć kilka istotnych decyzji. Jedną z nich było tymczasowe pożegnanie się z moim drugim „Ja”. Obroża, którą zwykłam, nosić przy sobie, teraz tkwiła, ukryta w szkatule pod łóżkiem, w towarzystwie, kilku innych pamiątek magicznego pochodzenia. Chwilowe rozstanie dotyczyło również samej Krainy Luster. Coraz częściej odnosiłam wrażenie, iż po wycieczkach do tego właśnie wymiaru, mój zdrowy rozsądek zaczynał topnieć, niczym kostka lodu porzucona na kuchennej podłodze.
Nie udało mi się jednak wytrwać w postanowieniu, życia jak „normalny” człowiek. I nie chodziło tu nawet o okiełznanie mocy, którymi zawsze pomagałam sobie w życiu. Moje starania przekreśliła, ingerencja losu. I jeśli coś faktycznie nad nami czuwa, to tym razem jestem temu komuś lub czemuś bardzo wdzięczna... Nie śmiałabym przypuszczać, iż poniedziałkowa rutyna, jaką był powrót z targowiska wypełnionych po brzegi siatek z jedzeniem, będzie tym razem tak znaczący. To właśnie wtedy na ulicy przybłąkał się do mnie przeuroczy piesek. Zwierze wyglądało na zaniedbane, ponieważ jego biała sierść pokrywało błoto i jak okazało się później zaschnięta krew. Oczywiście nie mogłam zostawić wystraszonego i rannego stworzenia na ulicy, więc tak jak działo się to już nie raz... przemyciłam do swojego pokoju, mimo zakazu ze strony Pani Olivi. Wszystko przebiegało dość standardowo, no przynajmniej do czasu aż mała kulka białego futra nie zaczęła mówić...
Na tym też zakończyły się próby odcięcia od magi, gdy pod mym dachem wylądowała jedna z bestii zamieszkujących Krainę Luster. Co więcej, bestyjce wcale nie było spieszno wracać do domu, w którym zresztą musiało spotkać ją coś złego... Tak więc stałam się opiekunką Innocenzy, która nie bardzo chciała przyjąć do wiadomości, iż w towarzystwie ludzi nie wolno jej mówić.

To właśnie poskutkowało moimi coraz częstszymi wycieczkami poza miasto. W tych wyprawach towarzyszył mi stary rower, należący niegdyś do synowej Pani Olivi. Teraz do kierownicy przyczepiony był niewielki wiklinowy koszyk, w którym podróżowała Likal. Jej towarzystwo w tym trudnym czasie, okazało się dla mnie zbawienne. Dowodem tego był choćby napływ weny twórczej, który przypłaciłam jednak wydaniem niemal 1/4 swojej pensji w sklepie z artykułami plastycznymi. Już pierwsze tchnienia wiosny, przebudziły przyrodę, obsypując łąki i cześć ogrodów kwiatami, to właśnie one były ostatnio źródłem mojej inspiracji.
Już on ponad tygodnia, każdą wolną chwilę spędzałam na kwitnącej promenadzie, rysując, ćwicząc, i bawiąc się z Innocenzą. Ostatnio jednak do tych rozrywek dołączyła nowa, której oddawałam się z ogromnym zapałem, gdy tylko w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby dostrzec magię, z której korzystałem. Gdy tylko z zasięgu wzroku ginęli potencjalni obserwatorzy, przechadzałam się po łące, zostawiając tu i tam kwiatu, których nie sposób byłoby odnaleźć w zielarskich leksykonach. Były wyjątkowe, ich płatki miały iście fantazyjne kształty, zaś kolory przyciągały spojrzenie. Jedyne czego żałowałam to fakt, iż nie mogę bardziej pobawić się ze zmianą ich wielkości, jednak trzymetrowa hybryda róży, słonecznika i azalii mogłaby jednak zanadto przyciągać uwagę... Na ten rodzaj rozrywki mogłam pozwolić sobie z jednego powodu, wiedziałam, że moje twory, nawet jeśli zostaną, zerwane to znikną w ciągu najbliższych godzin. Zatem radość z odkrycia nowego gatunku fiołka czy mutacji przebiśniegów, będzie dla kogoś bardzo krótkotrwała.

Zerkałam na koc, gdzie Likal drzemała, odpoczywając po wyjątkowo zawziętej pogoni za jakaś biedną żabą. Mój (oficjalnie) pies, miejscami przybrał odcienie zieleni, na skutek intensywnego tarzania się w trawie. Cieszyłam się, zatem że w pobliżu płynie rzeka, którą to właśnie starałam się uchwycić na rysunku. Rysowanie samych widoków, szybko mnie znudziło, dlatego zwykle do owych miejsc, dorzucałam jakieś postaci. Tym razem był to na przykład dachowiec, który na kartce szkicownika miał bardzo skupiony wyraz twarzy, gdy wędka trzymana w jego rękach, drgnęła.
Uśmiechnęłam się do siebie samej, gdy w głowie zaczął już rodzić mi się pomysł na dalszą część dla tego rysunku.
-A gdyby tak złowił syrenkę...
Powiedziałam sama do siebie, stukając końcem ołówka w swoją dolną wargę.
Powrót do góry Go down
Gawain
Godność : Gawain Keer
Wiek : Wygląda na około 30 lat.
Rasa : Cień
Lubi : Śliwkową nalewkę, fiolet
Nie lubi : Gotować, ślimaków, niespodzianek
Wzrost / Waga : 183 cm / 76 kg
Znaki szczególne : Czarne twardówki oczu, bursztynowe tęczówki, cienka blizna na brodzie od lewego kącika ust
Aktualny ubiór : Fabuła: Czarny golf, czarne proste spodnie, płaszcz, buty za kostkę //Misja: Mundur SCR
Pod ręką : klucz do domu Yako i mieszkania, pieniądze // Event:
Zawód : Najemnik do prac wszelakich, zielarz
Broń : Nóż ceramiczny, sztylet, kusza
Stan cywilny : Zajęty
Specjalne : Administrator, Strażnik toku fabuły
Gawain
SCR
PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty6/3/2019, 23:03
Leśną ścieżynkę wyznaczał kobierzec butwiejących, wilgotnych liści. Śnieg je opuścił i pozwolił im dalej  butwieć, jednak charakterystyczny, ostry zapach poroztopowego rozkładu zdołał się już ulotnić. Teraz była tylko wiosna, świeże pąki na drzewach i słońce. Cholerne słońce, które teraz zdawało się razić Cienia z podwójną siłą. Czerń twardówek zniknęła, zastąpiona bielą za sprawą różdżki, więc jego wzrok chroniły tylko okrągłe, przyciemniane szkła.
Niech je trafi szlag. Brytole znowu zaczną wyłazić z domów i opalać się, jakby to był środek lata. - poprawił okulary kciukiem, po czym wcisnął dłonie wgłąb kieszeni szarego płaszcza. Oparł się o drzewo i omiótł wzrokiem polanę rozpościerającą się aż do kamiennego mostu i rzeki, które odgradzały ten urokliwy zakątek od podmiejskich dróg.
Widział stąd drobne kwiaty rumianku, żółtego mniszka, niebieskiego ogórecznika oraz sporo białej gwiazdnicy. Sporo surowca zielarskiego, który pozwoli uzupełnić uszczuplone przez Lisa zapasy. Keerowi było tęskno do jego żywiciela, ale musiał przyznać, że nocne, aptekarskie wypady do Yako miały w sobie coś urokliwego. Ten uparty staruch za nic miał pomoc kaskaderów, więc maści na otarcia, stłuczenia i siniaki schodziły w szaleńczym tempie. Jeśli jakimś cudem coś zostawało, to następny w kolejce był niewiele lepszy od swego lisiego rodzica Cosiek. Nawet nie opłacało się tego suszyć.

Jedno dotknięcie źdźbeł traw wystarczyło, by przekonać Gawaina o przystąpieniu do zbiorów. Poranna rosa zdążyła się już ulotnić, a temperatura pozwoliła płaszczowi pójść w odstawkę i wylądować na kępie nieopodal. Koszyczki w różnych kolorach szybko zaczęły ścielić wnętrze torby, jednak Cień nigdy nie pozwał im się mieszać. Każdy gatunek miał swój tiulowy woreczek. Keer już miał zerwać kolejny kwiat, gdy spostrzegł, że ten jest inny. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak chaber bławatek, ale na niego było jeszcze za wcześnie. Miał znacznie więcej rurkowatych płatków, dodatkowo pokrytych miękkimi rzęskami. Łodyga, sztywniejsza i grubsza, odznaczała się intensywnie czerwoną barwą.
- Co to w ogóle jest? - wyszeptał, przyklękując i pośpiesznie ściągając okulary. Następnie w ruch poszedł aparat w komórce, a za nim notatnik i pióro. Delikatnie dotykał i wąchał roślinę, rozcierał olejek na palcach, opisując wszystko co mógł. Nagle roślina jakby oklapła. Rzęski, wcześniej sterczące i udające futerko, teraz leżały płasko. Zanim zdążył nanieść na papier więcej swoich obserwacji, połowa płatków opadła.
- No nie! Jak to tak... - machnął rękoma zrezygnowany i skołowany. Rozejrzał się w poszukiwaniu kolejnych przedstawicieli nieznanego gatunku i zobaczył, że parę innych kwiatów również marniało w zastraszającym tempie. Nie był to dobry znak, ale nikogo ani niczego nie dostrzegł. Słyszał parę plotek i fantastycznych opowieści barowych bajarzy o duchach nawiedzających to miejsce, ale co oni mogli wiedzieć. Najważniejsze, że reszta pospolitych roślin nadal trwała i cieszyła jego oczy zielenią. Niestety nie poznawał żadnego z pozostałych zwiędłych kwiatów, co tylko wzmogło poczucie straty. Nie dane mu było nawet zebrać suchych płatków i liści, gdyż te dosłownie rozpłynęły się w powietrzu.
- Ale kanał. - niezadowolony mruknął pod nosem i wstał otrzepując kolana. Jeszcze zrozumiałby to tam, za Lustrem, ale tu?
Musiał pogodzić się ze stratą. Przynajmniej pozostały mu zdjęcia i notatki. Może po prostu kwiat przemieszczał się w ten sposób? Wędrował z miejsca na miejsce? Jednak rozmyślaniom położyła kres biało-zielona kupa futra, która z wywalonym różowym językiem szarżowała prosto na niego.
Jednak nie był tutaj sam.

_________________
Kwitnąca promenada Y8KrzVp
Powrót do góry Go down
Iskra
Godność : Eva M. Markovski
Wiek : 22 lata właśnie dziś.
Rasa : Człowiek z lustrzanym dziedzictwem? Zludziały Marionetkarz? Od pewnego czasu po prostu taktycznie omiń to pytanie.
Nie lubi : wina(y)
Wzrost / Waga : 1,65cm || 56kg
Znaki szczególne : piegowata skóra, ognistorude włosy, nienaturalnie jasnozielone oczy (zwykle nosi przyciemniające soczewki); tatuaż na prawej połowie pleców, blizny na lewym przedramieniu i brzuchu
Pod ręką : Z Lake: dwa kubki termiczne, szara taśma izolacyjna, ubrania na zmianę i środki medyczne w torbie; Animicus wśród wielu bransoletek, Czarodziejska Wstęga || Walentynkowy: skórzany plecaczek z pierdółkami + Wstęga
Zawód : Bogu ducha winna dziennikarka
Broń : Walther P99 Moriego: naładowany, nieodbezpieczony, na samym dnie torby, no brawo~
Stan cywilny : zgniła panna młoda
Iskra

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty18/3/2019, 18:15
Nieprzemakalne trapery mlasnęły w kolejnej kałuży, której nie zechciała ominąć. Ale! dziś chociaż była trzeźwa. Victor zniknął gdzieś wśród drzew, chcąc jeszcze zamarudzić przed powrotem do domu. Mieszkania. Coraz częściej czuła, jakby kompilacja wynajmowanych pomieszczeń mniej i mniej przypominała jej dom.
Była wdzięczna Anceu, bo gdyby nie on, wracałaby do zupełnie pustego mieszkania. (Stracha na Wróble na drągu, przełożonego w poprzek gabinetu nie liczymy. Może powinna go któregoś razu odstawić do Krainy Luster. Problem leżał w tym, iż tak samo jak tygrys, Mr. Limpet z jakiegoś niepoważnego powodu chciał zostać z nią w Glassville.) Była mu wdzięczna, bo chętnie wychodził z nią na spacery, które powinny raczej nazywać się „włóczeniem się”, bez względu czy gorzej poczuła się popołudniem czy o trzeciej nad ranem, jak dziś. Obiektywnie patrząc, lepiej, że zamiast kolejnej butelki likieru otwierała drzwi mieszkania.
Po kilku godzinach krążenia po okolicy powinna powiedzieć, że jej umysł uspokoił się, myśli wyklarowały, a samopoczucie poprawiło. O radości, iskro bogów! No jednak nie.
Minęło 10 miesięcy odkąd Izabeli przestała szukać policja Glassville. Minęło pół roku odkąd sama Eva przestała szukać siostry. Jedną z pierwszych niekonwencjonalnych prób była pamiętna wyprawa z monsieur Eliotem do baru w Krainie Luster. Nie dało jej to nic poza świadomością, że Ymel trafiła tam, gdzie Eva nie chciałaby jej nigdy widzieć. Kolejne wypady nie przynosiły bardziej wymiernych rezultatów. W ciągu tego czasu nauczyła się lawirować wśród magicznego ludku oraz przedstawiać się jako Iskra Marionetkarka – i większość istot jej wierzyła i służyła pomocą. Od sześciu miesięcy poniechała jednak wypraw na Drugą stronę. Po co. To było bez sensu. Z tego co wiedziała, znana część Krainy była większa niż Anglia, Francja i Polska razem wzięte. Znacznie większa. Nie pomogły zatrudnienie tropiciela lub wyszukiwanie magią krwi.
Odkąd się poddała, samego Eliota Welsa już nie widziała. Nie wiedziała nawet czy nadal mieszka w starym domu Amelii, wszak obiecała, że nie pokaże mu się już na oczy. (To nic, że pomoc wymusiła na nim szantażem.) Jedynie madame Hyde, matka Izabeli, spotkała się z nią po wszystkim dwa razy, jednak spotkania te były tak krótkie i niezręczne, że milcząco postanowiły ich nie kontynuować. Bez względu jak bardzo pani Hyde by chciała, Eva nie mogła zastąpić jej zaginionej córki. Nie mogła też powiedzieć gdzie Ymel tak naprawdę zniknęła, więc obiady w restauracji na mieście, przeplatane banalnymi frazesami na przemian z próbami matkowania jej, były prawdziwym horrorem. Rudowłosa nie ośmieliła się również poruszyć tematu swego ojca, mimo że Izabela była też córką Antona. Powinien przyjechać wspierać panią Hyde czy zostać u boku maman? Miała szczęście (?), iż nie rozmawia z nimi regularnie; nawet nie chciała wiedzieć czy matka się dowiedziała i jakie piekło wszystkim zgotowała.
Te samotne wycieczki nie miały na celu jedynie zabicia miałkiego poczucia porażki i winy(a). Przecież po rocznej przerwie wróciła na wydział, przecież nadal pisała artykuły do lokalnej gazety, przecież wciąż czekała ją ta nieszczęsna wystawa sztuki nowoczesnej i warsztaty, które zgodziła się poprowadzić. To wszystko i tak nie łatało kolejnych dziur, które się w niej potworzyły. Nie łatało niczego, co niedawno utraciła. A było tego więcej niż tylko nieznana, przyrodnia siostra. Potrząsnęła głową. Wspominanie nie polepszy sytuacji.
Kolejne cmoknięcie błota pod podeszwą. Powoli wracała ku przedmieściom – jeszcze mostek na rzece i kilka kilometrów do pierwszych zabudowań. Zasadniczo, dziwne mogłoby się wydawać, że o tak wczesnej porze ktoś wychodzi z lasu. Równie dziwne jak dwie postaci sterczące o takiej porze na łące przy rzece. Powoli się zbliżyła, próbując nie wpadać w najgłębsze kałuże. Dziewczyny nie znała, ale rudzielec wydał się zaskakująco znajomy. Gdyby nie przywołane wspomnienia, nie skojarzyłaby go z mężczyzną z wnętrza Bramy.
Ona także nie do końca wyglądała jak kobieta, którą – choć to za dużo powiedziane – wtedy spotkał. Jaskrawe włosy sięgały jej już do ramion i tylko prosta grzywka na linii brwi jaka była, taka jest. Pas trencza zaciśnięty wokół jeszcze chudszej ostatnio talii otulał sylwetkę płaszczem, a na nosie osiadły granatowe oprawki nerdów, bo nie włożyła soczewek i to jaskrawozielone oczy wodziły pomiędzy nim a psem.
Powrót do góry Go down
Rello
Wiek : Wizualnie ok. 20 lat
Wzrost / Waga : Revi 166 cm / 49 kg // Mello 182 cm / 70 kg
Pod ręką : Czarna torba na ramię a w niej: szkicownik, ołówki, długopis, portfel, telefon komórkowy, spakowany zestaw damskich ubrań. A poza tym magiczny dobytek
Rello

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty24/3/2019, 02:41
Rysik grafitowego ołówka atakował kartkę z nową energią. Każdy kolejny ruch dłoni, dodawał nowy szczegół na papierze i już po chwili z delikatnych linii, wyłoniła się postać syrenki. W szale twórczym często zdarzało się, iż kompletnie zapominałam o reszcie świata. Teraz było podobnie, ponieważ zupełnie przeczyłam fakt, iż nie jestem już jedyną, która korzysta z uroków polany. Tkwiłam uwięziona w magicznej rzeczywistości, do której trafia każdy artysta czy hobbista, do czasu aż nie napotkałam problemu, wymagającego natychmiastowej konsultacji.
- Likal jak myślisz, zrobić z niej syrenią królową, czy może to już przesada... nie wiem, czy rysować koronę. Likal?
Gdy obejrzałam się za siebie, zastałam jedynie pusty koc, na którym chwilę temu drzemała bestyjka. Zerwałam się na równe nogi, szybko żałując wcześniej obranej pozycji, ponieważ nogi ścierpły mi zupełni i postawienie najmniejszego kroku, wiązało się teraz z atakiem nieprzyjemnych skurczy. Ugh... nigdy się nie oduczę...

W tym czasie mała uciekiniera, mając za nic różnicę rozmiarów, rozpoczęła szarżę na rudowłosego mężczyznę który, pojawił się na polanie. Szczekanie wydobywające się z pyszczka, Innocenzy różniło się jednak od typowego psiego szczeku. Brzmiało raczej jak głos dziecka, które stara się udawać psa. Choć warkot, który po chwili został włączony do psiego koncertu, brzmiał już jak najbardziej autentycznie. Był to pierwszy raz gdy, spotkałam się z taką reakcją... ze strony mej puchatej podopiecznej i zupełnie nie wiedziałam, co go spowodowało. Likal nigdy nie była agresywna w stosunku do ludzi... Owładnięta zaskoczeniem, trwałam w miejscu, wpatrując się w wysokiego mężczyznę, spowitego w szary płaszcz, wyróżniający się na tle zieleni, poznaczonej barwnymi plamami.
-Likal! Nie wolno! Zostaw!
Gdy tylko oprzytomniałam, rzuciłam się w pogoń za psiną, która teraz robiła wszystko, co w jej mocy, by wyglądać na jak, najbardziej groźną. A jest to wyzwanie, gdy wygląda się jak urocza puszysta, kulka o słodkich bursztynowych oczach i ziemnym nosku, teraz na dodatek umorusaną trawą i błotem.
Moje okrzyki protestu, nie zrobiły wrażenia na bestyjce. Lecz to niewielkie zamieszanie, miało się nijak, do które tego rozpętało się chwilę później...
Może powinnam coś wyczuć... lecz tak się nie stało. O tym, iż na polanie, pojawił się, napastnik dowiedziałam się z chwilą, gdy tuż nad moim ramieniem coś przemknęło. Jedyne co udało mi się dostrzec, to różowy błysk... lecz świst, który ze sobą niósł, wypełnił mój umysł, jakby w jednej chwili cała reszta świata zamilkła. Mimo spojrzenie, które już wcześniej spoczywało na rudowłosym nieznajomym, teraz skoncentrowało się na różowej strzale wystającej z jego piersi... Ktoś nas atakuje... Ta myśl, przebiła się przez wszystkie innych, sprawiając, iż odzyskałam władzę nad ciałem. Obróciłam się, chcąc namierzyć napastnika. Nie okazało się to tak trudne, jak można by się tego spodziewać... ponieważ owa postać była niczym barwna plama, na czystym malarskim płótnie. Zresztą przeoczenie chłopaka, o czarnych anielskich skrzydłach, stojącego pewnie na samym środku kamiennego mostu graniczyło z cudem. Podziwianie tego osobliwego jegomościa, utrudniał jednak pewien istotny szczegół... napięty, łuk a po chwili strzała mknąca wprost na mnie! Odskoczyłam do tyłu, nie dało to jednak nic. Było za późno. Z mojej piersi wystawał drzewiec strzały, zakończonej jadowicie różowymi piórami... Zrobiło mi się słabo, nie zauważyłam nawet, jak kolana ugięły się pode mną, lodując w mokrej trawie. Nie bolało... wcale, choć to zapewne zasługa szoku. Drżącymi dłońmi, złapałam za strzałę, lecz gdy tylko to uczyniłam, ta dosłownie rozsypała mi się w rękach. Pozostał na nich jedynie różowy połyskliwy proszek, do złudzenia przypominający zwykły brokat. Te migotliwe drobiny, były ostatnim, co zobaczyłam, nim świat zupełnie bez ostrzeżenia nagle rozmył się, a potem przepadł w bezkresnej czerni. Czy tak właśnie wyglądała... śmierć?

* Atak Innocenzy xD
Powrót do góry Go down
Gawain
Godność : Gawain Keer
Wiek : Wygląda na około 30 lat.
Rasa : Cień
Lubi : Śliwkową nalewkę, fiolet
Nie lubi : Gotować, ślimaków, niespodzianek
Wzrost / Waga : 183 cm / 76 kg
Znaki szczególne : Czarne twardówki oczu, bursztynowe tęczówki, cienka blizna na brodzie od lewego kącika ust
Aktualny ubiór : Fabuła: Czarny golf, czarne proste spodnie, płaszcz, buty za kostkę //Misja: Mundur SCR
Pod ręką : klucz do domu Yako i mieszkania, pieniądze // Event:
Zawód : Najemnik do prac wszelakich, zielarz
Broń : Nóż ceramiczny, sztylet, kusza
Stan cywilny : Zajęty
Specjalne : Administrator, Strażnik toku fabuły
Gawain
SCR
PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty26/3/2019, 11:01
Małe nie oznaczało, że niegroźne. Cholera wie, czy ten ledwo szczekający szczur był szczepiony. Przeżyć tyle i zejść na chorobę odzwierzęcą - to dopiero byłaby ironia. Dodatkowo zostanie wyciapranym błotem przez drobne łapki nie znajdowało się na liście jego priorytetów, więc chciał odsunąć się trochę na bok. Łąka była pełna ukrytych między kępami traw dołów i pech chciał, że wlazł w jeden i wywrócił się na plecy.
Upadek bolał, ale strzała z różowymi lotkami, która utkwiła w jego piersi, już go nie powodowała. A co jeśli strzał był idealnie czysty i dlatego nie czuję bólu? - zaskakująco spokojnie pomyślał, po czym to co zobaczył uderzyło go z podwójną siłą. Szybko dotknął mostka. Nie poczuł wilgoci, nie zobaczył czerwieni, ale w uszach już mu piszczało. Szum traw mieszał się z szumem krwi i spowalniającym biciem serca. Nie umieram? Z trudem opanował nadciągający letarg i cały się wzdrygnął, jakby próbował się z czegoś otrząsnąć. Gwałtownie nabrał tchu, a zmysły wróciły do normy, choć nadal czuł lekkie mrowienie palców dłoni i stóp. Leżał tak przez chwilę i analizował własne samopoczucie, a to było wręcz świetne.
Pies wyraźnie się uspokoił, gdy Gawain zrobił się od niego niższy przez osiągnięcie pozycji horyzontalnej i teraz go obwąchiwał, niepewnie merdając ogonem. Jego właścicielka biegła ku nim, jednak Cień zdawał się tego nie zauważać, tak samo jak rozsypującej się w pył strzały.
Była teraz do góry nogami, ale kojarzył ją skądś. Ten wygodny i praktyczny ubiór, przenikliwe spojrzenie zielonych oczu i ogniste włosy. Im dłużej na nią patrzył, tym więcej sobie przypominał. Im bardziej wyraźniejsza stawała się w jego umyśle, tym bardziej bladły wspomnienia związane z Yako. Walczył, nie rozumiał, winił się i przeklinał w myślach. Przecież Yako był najważniejszy! Zniósł dla Demona tyle poświęceń i wyrzeczeń! Nie mógłby mu tego zrobić...  Czyżby się pomylił? Czy można mylić się tak bardzo? Czemu wcześniej tego nie widział? Czy to w ogóle ważne?
Obrócił się na brzuch, pośpiesznie stanął na nogi i otrzepał się z trawy. Teraz, gdy mógł na nią normalnie patrzeć, był święcie przekonany, że to dziewczyna z Bramy. Może nie będzie musiał się tak kryć? Przeczesał włosy palcami, wyciągając z nich suche, pozimowe źdźbła i syknął na psa, który znów robił larmo i obskakiwał go z każdej strony, ale zaraz odbiegł. Ktoś jeszcze leżał na łące. Przelotnie spojrzał na dziewczynę. Ścięła włosy i chyba trochę wyszczuplała, ale wtedy nie przyglądał się jej tak jak teraz. W każdym razie, musiał nawiązać z nią jakikolwiek dialog, zwrócić na siebie jej uwagę. Gdzieś czytał, że kontakt wzrokowy jest ważny.
Wiedział, że nie powinien tego robić. To był cholernie zły pomysł, ale miał to teraz gdzieś. Widziała go już w Bramie, więc łatwiej będzie przełamać lody, jeśli ona również go skojarzy. Szła w jego stronę, więc obrócił się na moment, by szybko wyciągnąć z torby Tęczową Różdżkę i przywrócić twardówkom ich naturalną czerń. Jednocześnie westchnął z ulgą, bo ciemny kolor pochłaniał dużo światła i słońce przestało go tak mocno razić. Schował przedmiot i zdjął lenonki.
Niestety była jeszcze ta druga osoba i pies, który wyraźnie się o nią martwił. Zignorować tego nie mógł. Wyszedłby na bezdusznego i straciłby swoją szansę. Pobiegł w tamtym kierunku.
Dziewczyna leżała zemdlona i pokrywał ją brokat. On sam miał go jeszcze trochę na własnych ubraniach, więc skojarzył fakty. Wyglądała na młodą i zdrową. Co prawda nie miała teraz rumieńców, ale chyba przeżyła większy szok niż on, więc nie było się czemu dziwić. Przyklęknął przy niej, odsuwając szczekającego i powarkującego pieska na bok. Wyciągnął z kieszeni ampułkę z solami trzeźwiącymi i zgniótł ją w dłoni, pozwalając alkoholowi i amoniakowi wsiąknąć w watę. Pomachał nią przed nosem nieprzytomnej dziewczyny. - Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? - zapytał, jeśli tylko rozchyliła powieki. Oby to się opłaciło..

_________________
Kwitnąca promenada Y8KrzVp
Powrót do góry Go down
Iskra
Godność : Eva M. Markovski
Wiek : 22 lata właśnie dziś.
Rasa : Człowiek z lustrzanym dziedzictwem? Zludziały Marionetkarz? Od pewnego czasu po prostu taktycznie omiń to pytanie.
Nie lubi : wina(y)
Wzrost / Waga : 1,65cm || 56kg
Znaki szczególne : piegowata skóra, ognistorude włosy, nienaturalnie jasnozielone oczy (zwykle nosi przyciemniające soczewki); tatuaż na prawej połowie pleców, blizny na lewym przedramieniu i brzuchu
Pod ręką : Z Lake: dwa kubki termiczne, szara taśma izolacyjna, ubrania na zmianę i środki medyczne w torbie; Animicus wśród wielu bransoletek, Czarodziejska Wstęga || Walentynkowy: skórzany plecaczek z pierdółkami + Wstęga
Zawód : Bogu ducha winna dziennikarka
Broń : Walther P99 Moriego: naładowany, nieodbezpieczony, na samym dnie torby, no brawo~
Stan cywilny : zgniła panna młoda
Iskra

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty2/4/2019, 17:08
A przynajmniej tak jej się roiło. Że podejdzie, zaczepi, zagai, zapyta z uśmiechem w jaki sposób agenci MORII jeszcze go nie namierzyli, zapyta o rady i tricki. Nim jednak dotarła, ba! nim zbliżyła się do owej dwójki, okazało się, iż karuzela śmiechu jeszcze z nią nie skończyła. Nie była nawet pewna czy dobrze widzi, czy to faktycznie on, a nie jakiś randomowy ziomek na spacerze, ale nie sama jego osoba sprawiła, że podświadomie przyspieszyła kroku. Sprawił to cień na kamiennym mostku, tak dobrze widoczny z tej odległości. Stała jednak za daleko, by cokolwiek zrobić, za daleko, by zadziałać inaczej niż tylko ostrzegawczym krzykiem.
Rudy potknął się o miękkie podłoże i miała lichą nadzieję, że dzięki temu ominie go pocisk, a jednak zwyczajnie naoglądała się zbyt dużo filmów, gdzie główny bohater za wszelką cenę musi przeżyć. Gdy padła dziewczyna, Eva zamknęła usta próżnie tracące dech i energię, już wyłącznie popędzając się do biegu. W ciągu kilku sekund pokonała pozostałą odległość, oh, ty nasz świetny biegaczu, ozdobo klubu sportowego, dumo trenera, ale napastnik i tak zniknął. Więcej, musiał wybyć pomiędzy jednym a drugim mrugnięciem powieki, bo w innym wypadku dostrzegłaby kierunek, w którym zbiegł. Tknęło ją naprawdę paskudne przeczucie, przeczucie, iż szaleniec z łukiem mógł dosłownie zniknąć. Za tym nadeszło kolejne, równie przytłaczające, że magia objawiająca się w Świecie Ludzi jest kurewsko złą wieścią.
Zdążył się podnieść i otrzepać rudzielec, który z bliska naprawdę okazał się tym samym mężczyzną co w Bramie. Zdawał się być całkiem zdrów, nietknięty i niezakrwawiony, i nim zdołała do niego dotrzeć, już pochylał się nad tamtą dziewczyną z jakąś fiolką? Fiolką. Ach ta (naprawdę) stara szkoła Krainy Luster. Kucnęła przy mężczyźnie, równocześnie kontrolnie nachylając się nad nieprzytomną, gotowa zapytać o jegomościa samopoczucie, potencjalne rany, odkrywcze odczucia co do magicznego szaleńca, ale tknęły ją dwie rzeczy, które zdołała, spróbowała, przekazać nim brunetka się ocknie:
– Phoszę poczekać – wstrzymała go gwałtownie, kładąc dłoń na jego, trzymającej jak mniemała sole trzeźwiące. Nadal była wstrząśnięta „napaścią”, tak więc przez jej idealnie brytyjski akcent przebił się drugi, rodzimy. – Monsieur, jest pan pewien, że powinien pokazywać publicznie swoje czahne oczy? I jak my jej T O, ten atak, merde, wytłumaczymy? – W jaskrawozielonych oczach, za drogimi granatowymi oprawkami czaiła się obawa, jak zawsze gdy przychodziło do mieszania magicznych i niemagicznych spraw. Zniecierpliwiona, zabrała rękę, by odsunąć od twarzy brunetki psa próbującego ją lizać. Jak dla Evy, średni powód i sposób na wybudzenie. Przesunęła też palcami po pyle, który miał zdecydowanie za grubą fakturę na piasek oraz, dodatkowo, jebitnie różowy kolor. Gdy cofnęła dłoń, na opuszkach pozostały jej uporczywe drobinki, co poprowadziło myśl w kierunku tych wszystkich kartek z brokatem, które wysyłała rodzicom na każde święta, rocznice i okazje.
– Tak, owszem, wpadł na ciebie debil rzucający bhokatem – sarknęła na głos. – Z pewnością nam uwierzy.
Powrót do góry Go down
Rello
Wiek : Wizualnie ok. 20 lat
Wzrost / Waga : Revi 166 cm / 49 kg // Mello 182 cm / 70 kg
Pod ręką : Czarna torba na ramię a w niej: szkicownik, ołówki, długopis, portfel, telefon komórkowy, spakowany zestaw damskich ubrań. A poza tym magiczny dobytek
Rello

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty6/4/2019, 04:09
Czy tak właśnie miało wyglądać prawdziwe umieranie? W snach, z których wzięłam swój początek... umierałam i rodziłam się na nowo każdej nocy. Urwisko, upadek, niebyt. Urwisko, upadek, niebyt... koszmar, prześladujący Aarona. Czy czyniło mnie to jego marą? Często się nad tym głowiłam, a przynajmniej do czasu, gdy nie zostałam spłoszona z własnego świata, stając się uciekinierką w zupełnie nowej rzeczywistości.
Wracając jednak do śmierci samej w sobie, czy wiedziałam jak ją rozróżnić? Czy powinnam poczuć ból... jeśli drobne skaleczenie bolało, to dlaczego strzała wbita w pierś... nie zabolała wcale. Czy obrażenia były aż tak poważne, że mogły uszkodzić nerwy? I czy po śmierci każdy musi zmagać się z podobnymi przemyśleniami... Bo to właśnie zajmowało mnie przez dobra chwilę, kiedy to świat okrył się czernią... Teraz jednak ta zaczęła zmieniać się w szarość, przez którą przebijały się plamy barw. Jednocześnie, napływać zaczęły dźwięki. Bicie własnego serca oraz głosy. Najpierw męski, zaraz jednak dołączył do niego i damski. Niestety sens wypowiadanych słów, zdawał się gdzieś ulatywać. Jedno zdawało się tylko pewne, nadal żyłam.
Niespodziewanie, moje nozdrza wypełniły się wyjątkowo nieprzyjemnym i drażniącym gardło zapachem. Zachłysnęłam się kolejnym oddechem, czując jak, pod powieki napłynęły mi łzy.
Ostrość widzenia powróciła zaskakująco szybko, choć coś było nie tak....
Miałam przed sobą dziewczynę, o włosach rudych jak najpiękniejsze w jesiennych liści. Stanowiły dziwny, lecz przyjemny kontrast z oczami, w których ktoś uwięził wiosnę. Jakby tego było mało, miałam wrażenie, iż od nieznajomej biła jakaś dziwna aura, coś, co sprawiało, iż odwrócenie od niej wzroku przyszło mi z niemałym trudem. Musiałam jednak zwrócić uwagę, również na drugą postać. Mężczyzna, który jeszcze chwile temu, tak samo, jak ja otrzymał niespodziewany cios, pozostałości po różowej strzale nadal były widoczne na jego torsie. Jednak gdy moje spojrzenie zatrzymało się na oczach mężczyzny, zadrżałam. Czarń, która zastąpiła miejsce bieli, w tej chwili wydawała mi się upiorna... Szybko uciekłam wzrokiem, starając się, skupić go gdziekolwiek indziej i wówczas to dostrzegłam. Cień na trawie.... tylko jeden, bez wątpienia należący do drobnej dziewczyny... Rudowłosy nieznajomy... nie miał go... nie miał cienia.... a to znaczyło tylko jedno. Sam był Cieniem ! Przedstawicielem rasy, która napawała mnie lękiem. Której bałam się całe życie i boję do teraz... I ta jedna rzecz, która niezawodnie ich wyróżniała, stała się moją osobistą obsesją. Lek, który zakorzenił się we mnie z chwilą, gdy pojawiłam się w tym świecie... Jak jednak miałoby być inaczej, skoro chciano po prostu mnie zjeść! Ba tłumacząc, że to naturalny stan rzeczy, że po to właśnie są Senne Zjawy... Dlatego, świadomość, że jeden z tych jakby nie patrzeć naturalnych drapieżników, znajdował się teraz tuż przy mnie, przeraził mnie bardziej niż drzewiec strzały, wystający niedawno z mojej klatki piersiowej.
Chciałam krzyknąć, lecz z mojego gardła nie wydobył się nawet jęk. Nie znaczyło to jednak, iż przerażenie, które coraz mocniej oplatało mnie swymi mackami... pozostawało niezauważalne. Policzki piekły mnie, od spływających po ich łzach. Całe ciało przeszył spazmatyczne drżenie. A potem... wszystko potoczyło się samo. Z ziemi tuż przy moich bokach, zaczęły wyrastać rośliny. Strzeliste łodygi pokryte ostrymi cierniami, po chwili zaczęły uwalniać pnącza. Mięsiste pędy, stawały się coraz grubsze. Zatańczyły, przed twarzą mężczyzny, strzelając niczym baty. W końcu jednak zaczęły się ze sobą splatań, z wolna tworząc nad Cieniem osobliwy rodzaj więzienia. Na tym etapie łatwo było jednak umknąć z owej pułapki. O ile nie skupiło się uwagi na gąszczu pąków, z której falą rozkwitały kwiaty. Kolorystyka płatków mogła wydać się dziwnie znajoma. Kwiaty wielkości dorodnych piwonii biły po ochach kontrastem barw. Płatki przechodziły z bursztynowego pomarańczu w onyksową czerń.
Moje palce kurczowo zaciskały się na ziemi, rwąc z niej trawę. Nie mogłam się ruszyć.... A kwiaty rosły i rosły...
Powrót do góry Go down
Gawain
Godność : Gawain Keer
Wiek : Wygląda na około 30 lat.
Rasa : Cień
Lubi : Śliwkową nalewkę, fiolet
Nie lubi : Gotować, ślimaków, niespodzianek
Wzrost / Waga : 183 cm / 76 kg
Znaki szczególne : Czarne twardówki oczu, bursztynowe tęczówki, cienka blizna na brodzie od lewego kącika ust
Aktualny ubiór : Fabuła: Czarny golf, czarne proste spodnie, płaszcz, buty za kostkę //Misja: Mundur SCR
Pod ręką : klucz do domu Yako i mieszkania, pieniądze // Event:
Zawód : Najemnik do prac wszelakich, zielarz
Broń : Nóż ceramiczny, sztylet, kusza
Stan cywilny : Zajęty
Specjalne : Administrator, Strażnik toku fabuły
Gawain
SCR
PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty8/4/2019, 14:21
Słyszał jak ciężkie trapery rytmicznie gniotą odrobinę rozmokłą po wiosennych deszczach trawę. Dziewczyna okazała się naprawdę szybka i podejrzewał, że stanowiłaby dla niego dobrą konkurencję. Spiął się lekko, gdy poczuł delikatną dłoń na swoim ramieniu i nie mógł się nie uśmiechnąć, słysząc charakterystyczny akcent. Była urocza, a delikatne rumieńce, które wykwitły na jej policzkach po szaleńczym biegu podkreślały jasną zieleń.  - Pani troska jest ujmująca - odparł mile połechtany celną uwagą. Nie dość, że ładna, to jeszcze mądra! - I proszę, mów mi Gawain. Żaden ze mnie pan. - przyłożył dłoń do piersi i skłonił się lekko. Zwykle był cierpliwy, ale czas działał na jego niekorzyść. Druga ofiara łucznika niebawem się wybudzi, a wtedy mógłby stracić okazję na poznanie jej imienia. - Co do oczu, powiem, że to tatuaż... i zaraz założę okulary z powrotem - wzruszył ramionami i obejrzał ją sobie uważnie. Chciał zrobić to własnymi, niezmienionymi oczyma. Zapamiętać jej obraz pod powiekami. - Przekonajmy się, ile pamięta. Możemy wcisnąć jej jakiś kit o udarze słonecznym - spokojnie odpowiedział i puścił jej oczko. Odsunął się na bok, robiąc miejsce i obserwował, co takiego postanowiła zrobić. Myślał, że może wpadła na jakiś lepszy pomysł, ale szybko okazało się, że przemawia przez nią zdenerwowanie. - Latają dzieciaki z tymi plastikowymi giwerami, brokatowe bomby - najnowszy krzyk mody! Przez kolejne pół roku się tego dziadostwa nie pozbędę... - kiwnął głową w kierunku polany i  spojrzał na swój upstrzony różowymi drobinkami golf. Z dwojga złego wolał lisie futro.
Druga, dotychczas nieprzytomna dziewczyna powoli do nich wracała. Początkowo patrzyła tylko na nieznajomą mu z imienia kobietę. Jak na jego gust robiła to odrobinę za długo, ale może nie odzyskała jeszcze pełnej ostrości widzenia. Jednak wyraz twarzy właścicielki pieska uległ zmianie, gdy jej wzrok spoczął na nim. Szybko go odwróciła. Mało kto znosił jego intensywne i drapieżne spojrzenie za pierwszym razem. I dobrze, bo dzięki temu nie zauważali zielonkawego błysku na dnie jego źrenic. Nagle zaczęła płakać i rozchyliła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie dała rady. Gdy zaczęła drżeć, rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś grubego patyka, na którym mogłaby zacisnąć zęby, bo wyglądała jakby dostawała ataku padaczki. Już po niego sięgał, gdy z ziemi wystrzeliły cierniste pędy, hacząc, kując i rozcinając. - Coś mówiłaś o tłumaczeniu?! - wypalił do rudowłosej pod wpływem nagłego skoku adrenaliny. Znów wylądował na trawie i starał się odpełznąć od zwariowanej rośliny, a ta nie dawała za wygraną! Rzucił w nią patykiem, ale niezmordowanie podążała za nim. Kolejne giętkie łodygi przebijały się by go pochwycić, prując darń w strzępy. Czemu atakowała tylko jego?! - Chciałem tylko pomóc! - krzyknął wściekły na siebie, że znów pozwolił swemu sercu zmięknąć.
Chwycił pnącze starając się odczepić je od grubych splotów swetra, a pociągnięty za nogawkę szarpnął nogą. Usiłował chronić skrzywioną w bólu twarz, gdy ostre szydło rozcinało mu udo. Dziko szamotał się w trawie i piekielnej plątaninie czyhających na niego brzytew. Jego rzeczy wysypały się z torby, sierp skrzył się w słońcu parę kroków dalej. Szybko ocenił, że nie dałby rady go dosięgnąć nim pękate pnącza zamkną się nad jego głową. Strach rozkwitał w jego piersi podobnie jak kwiaty, które zdawały się na niego ṕ̵̨̚a̴͉͉͆tṟ̵̖̒̐ze̵͓̬̍ć. Otaczały go, górowały nad nim, a wyobraźnia podsuwała mu obraz mięśni, ścięgien i organów nadziewanych na zielone szpile. Zadrżał i zacisnął zęby. Zamknął oczy, bo bał się, że dołączą do obscenicznie rozchylonych, bursztynowo-czarnych pąków.
Ciszę polany rozdarł krzyk bólu, gdy postanowił siłą przebić się przez narastający mur. Dźwięk prującego się materiału wypełnił mu uszy, gdy ściągał golf przez głowę i zostawiał go na pastwę wściekłego, żywego krzewu. Głucho stęknął, gdy wypadł na chłodną trawę, ale nie dawał sobie czasu na odpoczynek. Od razu podniósł się i zerwał do biegu.  Musiał uciec! Jeszcze tylko chwila bólu! - powtarzał w myślach. Jeszcze jeden krok, jeden oddech. Co z tego, że każdy kolejny zdawał się być gorszy? Najważniejsze, że żył! W pełni, bo był zakrwawiony, spocony i załzawiony.
Odważył się spojrzeć za siebie dopiero po kilkunastu metrach, po czym padł. Osiągnął bezpieczny zasięg. - Haa! - westchnął jękliwie, przykładając drżącą dłoń do rozcięcia na brzuchu. Skręciło go od wewnątrz, gdy wyobraził sobie ogrom bólu i bezsilności jaką musiał odczuwać Demon, gdy tysiąc podobnych żyletek cięło jego skórę nawet w najdelikatniejszych miejscach. Przez krótki moment zatęsknił, zapragnął do niego wrócić, by tym razem to On się nim zajął. Odruchowo sięgnął ku Blaszce i medalionowi. Były na swoim miejscu! W duchu dziękował, choć nie wiedział komu. Ściskał je przez chwilę, głęboko oddychając, ale spętany czarem umysł zaraz znów poddał się nowo odkrytej fascynacji rudowłosą dziewczyną. Wypuścił metal z garści.
Obrzucił roślinę zlęknionym i znienawidzonym spojrzeniem. Wybijała pnączami wojenne rytmy, tłukąc zielsko wokół na miazgę. Powoli podniósł się i niepewnie wstał, gdy już przestał się cały trząść. Zataczał szerokie koło, by uniknąć ponownego spotkania z diabelskimi sidłami. - Nic wam nie jest?! - zakrzyknął słabo, idąc w kierunku strumienia. Powłóczył nogami i starał się uspokoić nierówny oddech. Przelotnie spojrzał w kierunku kobiet, ale nie zamierzał się do nich zbliżać. Wyglądało na to, że tylko on oberwał.
Szum strumienia obiecywał ukojenie. Lekko kręciło mu się w głowie, dlatego nie wchodził do wody, a przysiadł na jednym z większych głazów. Zdjął buty i skarpety. Spodnie, tak samo jak skórę, miał w strzępach. Sprana zieleń materiału ciemniała od krwi, więc nawet ich nie ściągał. Wypiorą się razem z nim. Ostrożnie zsunął się do wody, gwałtownie wypuszczając powietrze przez zaciśnięte zęby. Była lodowata, ale przynajmniej jej nurt zabierał ze sobą ból. Zaczął zmywać z siebie krew i zimny pot śmierdzący agresją i strachem. Co jakiś czas zerkał w kierunku rudowłosej, ale nie zdobył się na przywołujący gest.

_________________
Kwitnąca promenada Y8KrzVp
Powrót do góry Go down
Iskra
Godność : Eva M. Markovski
Wiek : 22 lata właśnie dziś.
Rasa : Człowiek z lustrzanym dziedzictwem? Zludziały Marionetkarz? Od pewnego czasu po prostu taktycznie omiń to pytanie.
Nie lubi : wina(y)
Wzrost / Waga : 1,65cm || 56kg
Znaki szczególne : piegowata skóra, ognistorude włosy, nienaturalnie jasnozielone oczy (zwykle nosi przyciemniające soczewki); tatuaż na prawej połowie pleców, blizny na lewym przedramieniu i brzuchu
Pod ręką : Z Lake: dwa kubki termiczne, szara taśma izolacyjna, ubrania na zmianę i środki medyczne w torbie; Animicus wśród wielu bransoletek, Czarodziejska Wstęga || Walentynkowy: skórzany plecaczek z pierdółkami + Wstęga
Zawód : Bogu ducha winna dziennikarka
Broń : Walther P99 Moriego: naładowany, nieodbezpieczony, na samym dnie torby, no brawo~
Stan cywilny : zgniła panna młoda
Iskra

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty10/4/2019, 21:59
Po ostatnich zdarzeniach bardzo sceptycznie podchodziła do błyskawicznego mówienia po imieniu, picia bruderszaftów na szczerym, mokrym polu, obalania murów, wychodzenia ze strefy komfortu i bratania się z każdym, kto tylko miał na to ochotę. Równocześnie, nie chciała też (jeszcze) robić sceny normalnemu, Bogu ducha winnemu człowiekowi,well, lustrzakowi, więc zmilczała szybką próbę (udaną z jego strony!) przejścia per ty.
– Eva – odrzekła, omiatając spojrzeniem brunetkę i jej psa. Prawie pomyślała, że zabieranie białej, puchatej kulki w taką poranną pogodę jest idiotyzmem, ale myśli błyskawicznie przeskoczyły ku osobie jej własnego, białego, puchatego Anceu, który prawdopodobnie nie wyglądał lepiej od zielonkawej, wysmarowanej błotem na łapach psiny.
Mon Dieu, udah słoneczny w tak... kwietniową pogodę? Jeszcze nie ma południa. Muszę się napić – wymruczała na wydechu. Bała się. Bała się spojrzeń, szeptów, podejrzeń. Gwałtownego odebrania jej odzyskanego spokoju jak wydarcia dziecka od piersi. – Choć gdybym była nią, chciałabym uwierzyć we wszystko, co nie jest latającym dzieciakiem ze skrzydłami i łukiem na bhokatowe strzały – parsknęła, na poły gorzko, na poły ponuro. Nawet nie wiedziała, że po tych kilku spotkaniach już zaczynała być takim samym jak Eliot Wels magicznym, zrzędliwym zgredem w niemagicznym świecie.
Nie wymyślili nic sensownego, a młoda dziewczyna już zaczynała wracać do żywych. Well. W tej chwili największym zmartwieniem Marionetkarki stało się więc, że brunetka leżała na zimnej trawie w rajstopach i spódniczce i jeśli jeszcze nie miała wilgotnych plam na zgrabnym tyłku, to stanie się to niebawem oraz że pies znów usiłował wleźć na nią brudnymi łapami. Chciała ją właśnie podnieść choćby do siadu, by ograniczyć kontakt z podłożem, gdy młoda wybałuszyła oczy, zadrżała, zesztywniała i poczęła szlochać. Cholera, weszło jej bardziej niż sądziliśmy. Iskra, niejaka ekspertka w zakresie traumatycznych przebudzeń, złych snów, bad tripów oraz ogólnych napadów paniki, gotowa była (jak nie ona!) pospieszyć z pomocą. Nie spodziewała się dwóch rzeczy: że wybudzeniowy bad trip Sennej Zjawy spowodowany jest bliską obecnością Cienia (czego nie wiedziała, tak jak na usprawiedliwienie nie miała jak zauważyć braku cienia u Cienia w tę ładną, ale przecież nie jaskrawosłonecznąpogodę) oraz że pomiędzy brunetką a nowo poznanym rudzielcem wyrośnie zakrzywiony parkan z pnączy będących chyba dziećmi Wierzby Bijącej.

Przycupnęła wcześniej obok Gawaina, instynktownie więc rzuciła się w tył, z dala od roślin. „Upadanie to też sztuka”, przypomniała sobie ostatni trening. Zamortyzowała ruch dłońmi – wynikiem była ziemia pod francuskim manicurem i uratowany przed nią płaszcz. Paznokcie nie Burberry, można umyć.
A jednak cierniste pędy nie ruszyły na nią. Z niezrozumiałego dla Evy powodu skupiły się na mężczyźnie, a przez głowę Marionetkarki przebiegały stada myśli: boi się mężczyzn? Rudy stał za blisko? A może, biorąc pod uwagę, że cała ich trójka do chuja pana jest magiczna, również Eva powinna się go bać, bo umyka jej coś ważnego? Albo nie powinna tu być? Nim paranoja zdołała opleść umysł kobiety, nasza pożal się, protagonistka, zobaczyła bezbrzeżny wyraz przerażenia na twarzy rudzielca. Nic dziwnego, skoro taką dostał zapłatę za próbę pomocy. Nic dziwnego, skoro został zaatakowany, znów. Z najmniej oczekiwanej strony.  Nic dziwnego, skoro łodygi wyginały się nad ich głowami jak szalone, jednak najbardziej szalony okazał się on, Gawain.
Była już gotowa doskoczyć do dziewuchy, by wyłączyć jej świadomość jeszcze na kilka chwil, nim nie opanują bałaganu, ale w parę sekund pojęła, że nikt tu nie jest agresorem. Pnącza skutecznie odgrodziły mężczyznę, stworzyły wpół otwartą klatkę i zatrzymały się, jak na ironię kwitnąc, a on nadal przedzierał się przez nie, wyrywał jak gdyby zgubił maczetę w najdzikszych otchłaniach Amazonii i pozostały mu jedynie własne ręce. Gdy ponownie upadł na ziemię, spory kawał od „zagrożenia”, sprawnie dźwignęła się z ziemi, ruszając w tamtą stronę. Wydawał się skołowany, jakby był w zupełnie innym miejscu. Zwolniła, w końcu zatrzymała się, jednak również w bezpiecznej odległości od żywego opłotka. Niepewna co dalej, rzuciła kontrolne spojrzenie na brunetkę. Pies z przerażeniem nie mniejszym od gawainowego kulił się gdzieś pod murkiem, ale w tej chwili jej nie obchodził. Sama dziewczyna powinna już się otrząsnąć... Powinna? Kim ty jesteś, by zdecydować kiedy czyj koszmar ma się kończyć?
Twój wciąż trwa, cokolwiek z tym zrobiłaś?
Brunetka drżała pod osłoną roślin, palce orały miękką glebę jak gdyby próbowała wydostać się na powierzchnię. Powierzchnię lustra wody, warstwę ziemi zasypującej grób, cienką granicę między świadomością a koszmarem... nieważne. Cierpiała, a Eva nie miała pojęcia jak jej pomóc.
Znaczy, owszem, miała. Ale pomysł nie wchodził w grę. (Gdyby wiedziała, że pies to Innocenoza, pewnie złapałaby go i nakapała łzami na właścicielkę. Taki sam klawy pomysł jak ten poprzedni.)
W tym samym czasie mężczyzna zdążył przejść, przeczołgać się, przeteleportować, a może zmaterializować co to za różnica i tak wszystko zrobiło się popieprzone w jaki sposób na brzeg rzeki i jak rasowy gołoklates, którego nic nie rusza, wołał ku nim „czy wszystko dobrze”.
Jakim cudem stracił sweter, nie miała pojęcia. Tak samo jakim sposobem poranił się tak bardzo o ostre, ale drobne i nieruchome obecnie ciernie. Czemu postanowił wleźć do lodowatej pewnie rzeki. I dlaczego przeprowadzał tam ablucje. Nie słyszał nigdy o sinicach?
Z drugiej strony, wcale się nie dziwiła, że nie podchodził do nich drugi raz.

Do brunetki podpełzł pies i tym razem mu na to pozwoliła. Podobno obecność zwierząt ma działanie terapeutyczne. Wiedziała o tym aż za dobrze i tym momencie rozejrzała się z niepokojem za Victorem. Oby szaleniec z łukiem nie dopadł i Anceu. Nadal nie mieli pojęcia czy trafienie niosło ze sobą jakieś skutki czy było tylko niesmacznym, primaaprilisowym żartem magicznego pętaka, a nie chciała tego sprawdzać w większej niż już musiała ilości. Przeniosła wzrok na moczącego się rudzielca i ruszyła w tamtym kierunku.
– Wyłaź pan, natychmiast – zakomenderowała nieznoszącym sprzeciwu głosem, podając mu dłoń, by sprawniej wrócił na kamień, na którym teraz i ona stała. Co też ci mężczyźni mają w głowie. Półnagi, poszarpany, zmywa wyimaginowaną krew w rzece. Heartbreak Ridge i memy za bardzo mu weszły.
Jeśli usłuchał i dał się wyciągnąć na suchy grunt, zdjęła płaszcz i po uważnym rozejrzeniu się dookoła – nie potrzebowała więcej problemów niż już ich naprodukowali – przetworzyła go w ogromną połać miękkiego, grubego ręcznika w ciemnym kolorze. Oczywiście przedniej jakości – wyobraźnię miała zdrową a gust nadal dobry. Postawny Gawain mógłby się nim owinąć ze dwa i pół raza.
Sama została w luźnym, atramentowym golfie, ale przez adrenalinę nie czuła wiosennego chłodku. Dodatkowo, twardym spojrzeniem powstrzymała go przed natychmiastowym zwrotem Wstążki.
Powrót do góry Go down
Rello
Wiek : Wizualnie ok. 20 lat
Wzrost / Waga : Revi 166 cm / 49 kg // Mello 182 cm / 70 kg
Pod ręką : Czarna torba na ramię a w niej: szkicownik, ołówki, długopis, portfel, telefon komórkowy, spakowany zestaw damskich ubrań. A poza tym magiczny dobytek
Rello

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty18/4/2019, 23:51
Strach... tylko on, choć nie posiadał fizycznej postaci, był w stanie skutecznie oderwać od rzeczywistości. Niewidzialna siła, która mąciła wzrok, zaś w mięśnie wbijała kły. Z kłów zaś lała się trucizna.
Kwiaty rosły, bujniejsze i większe niż było to w moim pierwotnym zamiarze. To był pierwszy raz, kiedy moja własna moc, zdawała się wymykać mi spod kontroli... Czy magia mogła żywić się emocjami? Mur z pnączy cierni oraz kwiatów stawał się coraz bardziej gęsty... i przez chwilę miałam wrażenie, że na mnie runie. Mimo iż za magicznej bariery dobiegały mnie krzyki mężczyzny, nie mogłam się skupić na sensie jego słów. W głowie nadal wibrowały słowa, wypowiadane przez mojego dawnego oprawcę. Z mocą metalu, uderzanego o metal. Nie sposób było się przez nie przebić, a przynajmniej tak sądziłam do czasu, aż coś nie krzyknęło mi wprost do ucha.
-Revi!
Zamrugałam kilkukrotnie, zaś łzy spłynęły z oczu, zwracając im ostrość widzenia. Biała puchata kulka umorusana, trawą i błotem, szarpała za połę mojej kurtki, desperacko chcąc zwrócić moją uwagę. Drżącymi dłońmi, pochwyciłam psa, mocno przytulając go do siebie. Schowałam twarz, w białym puchu. Poczułam jak ciepły i mokry język, przesunął się po moim nosie.
-Likal... wystraszyłam Cię, przepraszam... ja...
Ja przecież nie byłam tutaj sama... Ta myśl uderzyła we mnie, równie gwałtownie co różowa strzała. Strzała... Spojrzałam na swoją pierś, koszulkę oraz dekolt pokrywała warstwa wściekle różowego brokatu. Migotliwe drobiny, znalazły teraz siedlisko, również na futrze bestyjki.
-Oni chcieli Ci pomóc. Bałam się, gdy upadłaś...
Czy ja ich zaatakowałam? Jeszcze przed chwilą moja głowa zdawała się pusta, nie było w niej nic poza strachem. Teraz z kolei miałam wrażenie, iż zmieniła się w pralkę. Pralkę, do której wrzucono, zdecydowanie za dużo rzeczy. W dodatku, ustawiając program na najwyższe obroty.
Co by się nie działo... musiałam przyjąć odpowiedzialność za własne czyny. A świadomość, iż w taki sposób potraktowałam kogoś, kto przyszedł mi z pomocą... miałam wrażenie, iż ciernie z roślin, które stworzyłam, wbijały mi się teraz prosto w serce.
Gdy rudowłosa para znalazła się w zasięgu mojego wzroku, mocniej przytuliłam do siebie innocenzę, po czym powoli ruszyłam w ich kierunku.
Był Cieniem.... ale czy każdy Cień musi być... czy morderca to tutaj dobre określenie? Nie, przecież ja nigdy nie szufladkowałam w ten sposób istot żywych. Ale jeśli nie to, co stało się przed chwilą... Dałam się ponieść czemuś... na swój sposób pierwotnemu. Mimo dzielącego nas dystansu nie sposób było nie spostrzec krwawych zadrapań na jasnej skórze. To jak udawać, że nie widzi się plam atramentu na białej kartce. Zacisnęłam zęby, po czym mój wzrok uciekł ku nieznajomej.
Tchnienia wiatru poruszały rude kosmyki. Wyglądało to, jakby we włosach dziewczyny tańczyły płomienne iskierki. Ona również miała jasną cerę. Czy jej skóra była równie miękka, jak płatki róży... Lubiłam czuć ich aksamit pod opuszkami palców. Czy gdybym musnęła jej policzek, również poczułabym to przyjemne uczucie?
Nagle zatrzymałam się, stopa, obuta w wygodne skórzane botki, zawisła nad trawą, przez krótką chwilę. Postawienie kolejnego kroku, zdawało się teraz trudniejsze, gdyż przeszkodą, którą musiałam przekroczyć, były moje myśli. O czym ja przed chwilą myślałam ! I to w takiej chwili... Szok, tak to on musiał namącić mi w głowie.

Zatrzymałam się w odległości, która uznałam za bezpieczną. Miałam świadomość, tego, jak bardzo musiałam nadszarpnąć zaufanie, owej dwójki. Nie chciałam zmniejszać dzielącego nas dystansu, do czasu aż nie dostanę na to przyzwolenia.
-Przepraszam... Nie chciałam zrobić wam krzywdy. Widzę jednak, że i tak...
Pokornie spuściłam wzrok, oczekując reakcji na moje pojawienie się. Najbardziej prawdopodobnym wydawało mi się usłyszenie czegoś w stylu „Wynoś się wariatko”. Jednak nawet jeśli chciano by się mnie pozbyć, nie przyjdzie to tak łatwo. Czułam, że muszę się wytłumaczyć i spróbować naprawić szkody, które powstały za moją sprawą.
-Chcieliście mi pomóc... a ja zachowałam się w ten sposób. Nie chciałam nikogo zranić, chciałam obronić siebie.... bo...
Słowa uwięzły mi w gardle, lecz znalazłam w sobie siłę, aby skonfrontować spojrzenie z mężczyzną.
-To nic osobistego, ale ty jesteś... Cieniem, a ja źle zrozumiałam Twoje intencje. Wybacz. I pozwól sobie pomóc. Radzę sobie z leczenie ran... A jeśli nie ja to może pomóc też Likal.
Postawiłam bestyjkę na ziemi, ta zaś dziarsko potruchtała w stronę płomiennowłosej pary, zatrzymała się jednak przy mężczyźnie. Mokry psi nosek powęszył przez chwilę wokół mężczyzny.
-Cześć! Śmierdzisz lisem, ale to nic.
Po tej mało taktownej uwadze, futrzarstwa kulka przysiadła na ziemi, wyciszając się i najwyraźniej skupiając na produkcji leczniczych łez. Ja zaś dyskretnie spróbowałam zmniejszyć dzielący nas dystans.
-Czy Ty również ucierpiałaś przez moje kwiaty?
Zwróciłam się do dziewczyny i ponownie opanowało mnie dziwne wrażenie. Było coś takiego w jej postaci... coś, co przyciągało. Czy to możliwe byśmy już wcześniej się spotkały, a teraz pamięć dawała mi w ten sposób sygnały? Ale ja przecież nie zapominam... to mój dar i przekleństwo zarazem. Nie spotkałam jej... więc dlaczego jej obecność działała na mnie w ten sposób? Czemu znowu myślę o różach... płomieniach tańczących w kominku i zielonym spojrzeniu...
Powrót do góry Go down
Gawain
Godność : Gawain Keer
Wiek : Wygląda na około 30 lat.
Rasa : Cień
Lubi : Śliwkową nalewkę, fiolet
Nie lubi : Gotować, ślimaków, niespodzianek
Wzrost / Waga : 183 cm / 76 kg
Znaki szczególne : Czarne twardówki oczu, bursztynowe tęczówki, cienka blizna na brodzie od lewego kącika ust
Aktualny ubiór : Fabuła: Czarny golf, czarne proste spodnie, płaszcz, buty za kostkę //Misja: Mundur SCR
Pod ręką : klucz do domu Yako i mieszkania, pieniądze // Event:
Zawód : Najemnik do prac wszelakich, zielarz
Broń : Nóż ceramiczny, sztylet, kusza
Stan cywilny : Zajęty
Specjalne : Administrator, Strażnik toku fabuły
Gawain
SCR
PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty19/4/2019, 13:03
- Zapoznanie byłoby całkiem miłe, gdyby nie okoliczności - bursztyn zaśmiał się do Evy. To pospolite imię w Krainie było rzadko spotykane i tym bardziej mu się podobało. Nie łamało języka, choć i tak musiał wypowiadać je inaczej, bardziej twardo, ale pasowało jej. Zadziorne jak ona sama.
- Są jeszcze reakcje alergiczne, nietypowe objawy chorób, pasożyty... - wymieniał w żartach i nie pozwalając się zagiąć. Brokat dało się strzepać z ubrań, a ludzie woleli nawet najbardziej naciągane historyjki byleby odzyskać równowagę i móc spać w spokoju. Poczucie niepokoju towarzyszyłoby jej jeszcze przez kilka dni, ale w końcu wymyśliłaby odpowiedzi na pytania i wmówiła sobie, że to najprawdziwsza prawda. Gawain uśmiechnął się półgębkiem na komentarz towarzyszki - nie mógł się z nią nie zgodzić.

Szum wody nie zagłuszał odległych rozmów. Nie zagłuszał też myśli, które w końcu zaczęły się pojawiać, gdy poziom adrenaliny drastycznie opadł. Czy stracił swoją szansę? W końcu zachował się jak kompletny wariat, ale zawdzięczał życie wyuczonym reakcjom. Gdyby w Krainie Luster stał w miejscu, gapił się i zastanawiał, czy to co widzi chce się zaprzyjaźnić czy go zeżreć to nawet nie byłoby czego zbierać.
Dodatkowo Yako się o niego martwił. Demon nie wiedział co się dzieje, skąd u jego Cienia tyle emocji, strachu i bólu. Chyba zwrócił na siebie jego uwagę, bo przez chwilę z drugiej strony dochodziła do niego ciekawość, tęsknota i ogromne zaskoczenie Lisa.
Keer obrócił głowę na dźwięk nieznanych głosów. Piesek okazał się być mówiącym, inteligentnym stworzeniem. Bestią! Że też wcześniej się nie kapnął! Skołowana dziewczyna, Revi, tuliła ją do siebie, jakby miała zamiar wycisnąć z Likal jej słodkie oczęta.
- Zaraz! - wyprostował się, gdy Eva kazała mu wyjść. Gawaina irytowały sygnały przekazywane przez Blaszkę. Przeszkadzały niczym wbita drzazga, gdy próbował skupić się na Evie, która była blisko i na swój sposób troszczyła się o niego.
Przyłożył chłodną, mokrą dłoń do czoła. - Chciałbym chociaż zmyć krew. Ostatnie czego mi brakuje to ufajdana odzież, która nadaje się tylko do wyrzucenia, a tak chociaż to zszyję... - wytłumaczył zmęczonym głosem i  wskazał rękoma na spodnie. Nie moczył się cały, bo woda była naprawdę zimna. Ubranie przeprał tylko w miejscach, które wymagały tego najbardziej i z pomocą Evy wyszedł na brzeg. Miała miękkie dłonie, ale pewny uchwyt. Najprawdopodobniej cała była taka. Mięciutka na zewnątrz, ale uparta do granic możliwości. - Nie musisz... będzie mokry... - bąknął, gdy podała mu ręcznik. Potem znów będzie płaszczem, ale czy będzie suchy? Chyba nie. Spojrzał w zielone oczy i wiedział, że żadne wymigiwanie się nie wchodzi w grę. Słowa sprzeciwu uwięzły mu w gardle. - To prawie koc! - prychnął rozbawiony, po czym szeroko otworzył oczy. Wściekłość Yako uderzyła go i pozwoliła się na moment ocknąć. Jak to wyglądało? Półnagi stał przed jakąś kobietą, przez którą postanowił komuś głupio pomóc. Normalnie by tego nie zrobił! Zupełnie zwariował.
Bezwiednie dotknął Blaszki i spojrzał na nią, leżącą na jego wyciągniętej dłoni, by odkryć, że z jakiegoś powodu przestało mu zależeć na Lisie. Zresztą, chyba z wzajemnością, bo za chwilę nie czuł już nic. Połówka serca stała się tylko martwym kawałkiem metalu. Czyżby był znów wolny? Puścił przedmiot i pozwolił mu dalej wisieć na łańcuszku.
- Fałszywy alarm - odetchnął z ulgą - Przynajmniej ty jesteś cała - uśmiechnął się zadowolony i szczęśliwy, chociaż aż kusiła, żeby ją ratować i jej bronić. Bez dalszego ociągania zaczął się energicznie wycierać, jednocześnie rozmasowując mięśnie, by się zagrzać. Wkrótce był suchy i mógł zwrócić ręcznik. Ledwo przysiadł na kamieniu, by ubrać skarpetki i buty, gdy podeszła Revi z Likal na rękach.
Keer tylko krótko na nie spojrzał i zawiązywał sznurówki, jakby zrobiły mu coś złego. Usta i zęby zacisnął w obawie, że coś wypali, by potem żałować swojej impulsywności, której dał już dziś pokaz. Nie chciała robić krzywdy! Cóż, stało się! A on, jak ostatni dureń postanowił jej pomóc, wpakował się w krzaki i zupełnie spanikował! Już dawno nie było mu tak głupio jak dziś i nie oczekiwał zrozumienia ze strony Evy i Revi. Obie sprawiały wrażenie zaradnych, ale raczej nie miały takich doświadczeń jak on. Ta, bo dziś ja też zachowuję się, jakbym zapomniał o całym świecie! Co się ze mną dzieje... Pokręcił lekko głową.
- Przestań, to też moja wina. Mogłem się spodziewać, że ktoś omdlały z szoku może próbować się bronić. Powinienem być gotowy i tyle - syknął bardziej zły na siebie niż na Revi, której teraz patrzył już w oczy. Nadal była zlękniona i niepewna, czy może do nich podejść.
- Senna, co? - wyprostował się i oparł ręce na kolanach. - No nie stój tak. Nie jesteś w moim menu.
Skinięciem głowy i zapraszającym gestem dłoni zgodził się przyjąć pomoc i poczekał aż Innocenza do niego podejdzie. Wyciągnął dłoń i posłał Revi pytające spojrzenie. Futerko Likal wyglądało na mięciutkie - przynajmniej jego nieubłocona część. - Trochę się ich wokół mnie kręci - odparł na wzmiankę o lisach i zmarszczył brwi. Nadal coś mu nie pasowało. Ta złość... ale on potrafił się tylko złościć. Może nie złościł się na niego? Niech go diabli wezmą, bo lepiej znają się na demonach. - Jak widać wszystkie są rude i trochę uparte - błysnął zębami i obrócił się do Evy. Tylko pozornie była wiewiórą. Miała charakterek, twardo stąpała po ziemi i nie szczędziła komentarzy, które rozbawiały Cienia. - Ale ty nie śmierdzisz! - dodał i wzruszył ramionami. - Masz coś do lisów, mała? - nachylił się do Innocenzy, która właśnie kończyła leczyć rozcięcia, po czym delikatnie przyciągnął ją do siebie, by wytarmosić białe futerko. - Dzięki. Naprawdę - wygładził je i puścił Likal. Wstał, rozciągnął na nogach materiał spodni, by choć trochę się rozprostował i pomaszerował, by zebrać swoje rzeczy, włożyć porzucony golf i płaszcz.

_________________
Kwitnąca promenada Y8KrzVp
Powrót do góry Go down
Iskra
Godność : Eva M. Markovski
Wiek : 22 lata właśnie dziś.
Rasa : Człowiek z lustrzanym dziedzictwem? Zludziały Marionetkarz? Od pewnego czasu po prostu taktycznie omiń to pytanie.
Nie lubi : wina(y)
Wzrost / Waga : 1,65cm || 56kg
Znaki szczególne : piegowata skóra, ognistorude włosy, nienaturalnie jasnozielone oczy (zwykle nosi przyciemniające soczewki); tatuaż na prawej połowie pleców, blizny na lewym przedramieniu i brzuchu
Pod ręką : Z Lake: dwa kubki termiczne, szara taśma izolacyjna, ubrania na zmianę i środki medyczne w torbie; Animicus wśród wielu bransoletek, Czarodziejska Wstęga || Walentynkowy: skórzany plecaczek z pierdółkami + Wstęga
Zawód : Bogu ducha winna dziennikarka
Broń : Walther P99 Moriego: naładowany, nieodbezpieczony, na samym dnie torby, no brawo~
Stan cywilny : zgniła panna młoda
Iskra

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty3/5/2019, 00:04
Gdyby nie okoliczności, poszłaby dalej, nieco więc na wyrost padło z jego ust takie zdanie. Ruszyłaby w swoją stronę, wracając do mieszkania i do malowania kolejnego obrazu, by nie myśleć o zaginionych siostrze i ukocha-- nie brniemy w tamtą stronę, mózgu. Może powinna wrócić do gwałtownego, desperackiego wygrywania koncertów chopinowskich na pianinie. Wtedy nie myślała. To znaczy, dopóki sąsiedzi nie poczynali walić w sufit. Ruszyłaby w swoją stronę, obierając azymut na niepościelone łóżko i kieliszek (lub butelkę) likieru, a nie tkwiłaby pomiędzy Cieniem a Senną Zjawą, istotami, których dotąd nie widziała. No i gadającym psem. Nie zapominajmy o gadającym psie.
Stała nieco z boku tej rozmowy, nie do końca rozumiejąc, że to spotkanie dla owej nieznajomej dziewczyny mogło być śmiertelnie niebezpiecznie. Zajrzała w oczy rudzielca, gdy stwierdził, że brunetka „nie jest w jego menu”, oceniając. Wciąż zapominała, że Kraina Luster nie jest przyjemną, magiczną łąką za futrami w szafie. I niby ostatnio została brutalnie przywrócona do pionu, a jednak tak dawno nie była po Tamtej stronie – kilka miesięcy? – iż zapominała, że świat jest tam zupełnie inny. Z drugiej strony, wrodzona, chora ciekawość nie pozwoliła jej zostawić tematu samemu sobie.
– Co w takim razie jest w pańskim menu?  – spytała z przekory, brzmiąc jak gdyby był to przedni żart. Prawdę mówiąc, usiłowała rozluźnić atmosferę; miała już wystarczająco  dramy w życiu prywatnym, by dodatkowo ciągnąć ją podczas przypadkowych spotkań. Wciąż nie odbierała też kocoręcznika. Doceniała gołoklatesa, ale naprawdę nie było na tyle ciepło, by przechadzać się w stroju ratownika wodnego. – Sny o zamorskich wyprawach, o gotowaniu czy o spotkaniach kochanków? – Błysk w oku rudej stał się jeszcze śmielszy, jakby prowokował Gawaina. – A może po prostu nie gustujesz w ślicznych, młodych Sennych Zjawach?  – Uniosła jasną brew, równocześnie lekko jak motyl chwytając brunetkę za nadgarstek. – Spokojnie. Nie pozwoliłabym cię skrzywdzić.  – Uśmiechnęła się, choć nie była pewna czy to co mówiła jest zupełną prawdą. Każdy ma własne demony. Każdy pragnie uratować najpierw siebie, bo ma coś jeszcze do zrobienia, do dokończenia. – Choć to ty zamiotłaś nami podłogę. Trawę. Cokolwiek  – zrobiła minę, a uśmiech stał się psotny. Iskra nie wydawała się być zła, nawet jeśli wcześniej dosyć się wystraszyła. – A monsieur Gawain dodatkowo napędził komuś strachu  – wskazała podbródkiem połówkę Blaszki, obijającej się o jego pierś. Całe szczęście, że „fałszywy alarm”. – Przydatna rzecz  – przyznała. A i owszem. Nie była pewna, czy to zwyczajna, pospolita magiczna „używajka”, ale swojego czasu miała okazję położyć na Blaszce swoje łapki. Może gdyby ją wtedy wzięła... Lico rudej poszarzało, a dłoń nadal bezwiednie obejmująca rękę Revi zacisnęła się, równie mimowolnie, tak mocno, iż mogła sprawiać ból. I z pewnością to robiła. Druga dłoń Evy tak ciasno zwinęła się w pięść, że staranny, hybrydowy manicure począł żłobić bruzdy w skórze. Jeszcze nie drżała. Nabrała tylko haust powietrza i zamarkowała wszystko niemrawym uśmiechem, tak że jedynie brunetka mogła czuć napięte do granic możliwości ścięgna. Nadal nie uświadamiała sobie, iż prawie miażdży jej nadgarstek. Demony, ha.
Skupiła się na gadce–szmatce o lisach i na gadającym psie, płaczącym na Gawaina, w głowie kolejny raz usiłując dopchnąć niezamykającą się przecież od zawsze szufladę pełną esemesów, oczu jak jadeitów, suszonych goździków, miłosnych listów i leżącej na wierzchu srebrnej bransoletki, która w rzeczywistym świecie paliła ją właśnie żywym ogniem, jakby chcąc przepalić jej własny nadgarstek.
Gdyby posłyszała wtedy myśli rudego, zaprzeczyłaby gorąco. Oczywiście nie wyjaśniłaby powodu na głos, bo co mu do tego, ale zaprzeczałaby gorąco, gdyż faktycznie było zupełnie odwrotnie. Eva była twarda jak tytan i jak hartowana stal, ale wnętrze, pozamykane na trzy spusty, schowane wysoko, wysoko gdzieś w pokoju na szczycie wieży, pozostawało miękkie i bezbronne; pozostawało wciąż wypełnione poduszkami, którymi Duma poobkładał wszystkie jej kanciaste niepewności i kolczaste strachy. Dlatego miała mu za złe, że dał się zabić. Że ją poukładał i zostawił.
Puściła nadgarstek Revi jakby się sparzyła i cofnęła się gwałtownie, aż nad krawędź głazu. Niestety, wpół zatopiona w niewesołych myślach, nie słyszała dobrze błyskotliwego podrywu Gawaina, nie zaobserwowała też dokładnie procesu leczenia Innocenozy, choć w innych okolicznościach szalenie by ją to interesowało.
A później się zachwiała.
Powrót do góry Go down
Rello
Wiek : Wizualnie ok. 20 lat
Wzrost / Waga : Revi 166 cm / 49 kg // Mello 182 cm / 70 kg
Pod ręką : Czarna torba na ramię a w niej: szkicownik, ołówki, długopis, portfel, telefon komórkowy, spakowany zestaw damskich ubrań. A poza tym magiczny dobytek
Rello

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty4/5/2019, 01:20
Ten dzień z całą pewnością, będzie można wpisać w kategorię tych szalonych. W zasadzie, na przestrzeni jakiegoś miesiąca, jak nie dłużej, zdecydowanie wybijał się na czołówkę rankingu. Choć nadal daleko było mu do pamiętnego spotkania ze złodziejską kocicą, która porzuciła mnie w środku lasu. Albo z walką przeciw ożywionemu truchłu Camilli... która, bądź co bądź była moim pierwowzorem. Takie rzeczy, odciskają piętno na psychice... dlatego, poprzeczka szaleństwa widziała całkiem wysoko. Ale jak to mówią, dzień dopiero się zaczynał.

Ulga, gdyby była fizycznym bytem, teraz zapewne pocieszycielsko poklepałaby mnie po ramionach i popchnęła w kierunku dwójki rudzielców. Poczułam jej obecność, już z chwilą, gdy wypowiadane przez mężczyznę słowa, nie okazały się krzykiem. Pierwszy raz, czułam się, na swój sposób zażenowana przez to kim jestem. Miałam tylko nadzieję, że należę do mniejszości... ponieważ scenariusz, w którym co druga Senna Zjawa byłaby paranoiczką, sprawdzającą, czy każdy przechodzień ciągnie za sobą, ogon w postaci cienia.... cóż byłaby to smutna wizja. Na pytanie dotyczące rasy, skinęłam przytakująco głową.
Kolejnym powodem do zażenowania był fakt, iż odnalezienie się w towarzystwie, znacznie lepiej wychodziło mojej bestyjce, niż mi samej.
-Nie, nie mam nic do nich. No może poza tym, że śmierdzą, niektóre mocniej niż reszta. Ale tak to jest, jak trzeba dobrze oznaczyć swoje terytorium.
Potraktowana pieszczotą, w postaci głaskania, mała kulka radośnie zamerdała puchatym ogonkiem. Mimo iż Innocenza niewątpliwie była magicznym stworzeniem, to w tej kwestii niczym nie różniła się od domowych pupili. Kochała głaskanie, drapanie za uszami czy łaskotanie po brzuchu. Teraz to ostatnie, zafundowałoby jednak śmiałkom, darmową maseczkę błotną dla dłoni.
-Wcale nie wszystkie są rude, są też białe, sama widziałam białego z czarnymi łapami.
Gdy Cień, znalazł się w troskliwych łapkach mej podopiecznej, moja uwaga znów została przyciągnięta przez nieznajomą. Zmieszałam się ponownie, gdy ta wspomniała o preferencjach żywieniowych Cienia... przez chwilę zastanawiałam się, na ile dziewczyna jest świadoma tego w jak ostateczny sposób, mogą kończyć się spotkania przedstawicieli naszych ras... Wspomnienie o kochankach, też nie pomogło odzyskać spokoju ducha, gdyż przez głowę przegalopowało mi kilka naprawdę nieprzyzwoitych scen. Moje pierwsze próby, podróży po Krainie Snów miały najróżniejsze rezultaty... w tym wpadnięcie w sam środek snu o własnym haremie. Wzdrygnęłam się na wspomnienie, obrazów, których niedane mi będzie wymazać z pamięci.
Szybko jednak przestałam się czerwienić przez wspomnienia cudzych snów, a zaczęłam z powodu słowa „śliczna” które padło z ust dziewczyny. Komplementy to coś, co zwykle przynosi radość, rzecz jasna o ile czuć w nich autentyczność. Tym razem jednak to pojedyncze słowo, sprawiło mi radość nieporównywalną, do setek innych podobnych uwag. Motyle w brzuchu, chyba tak nazywano podobne uczucie? A jeśli tak, to dalsze słowa zielonookiej, sprawiły, iż w moim żołądku zamieszkało niemałe stado, tych skrzydlatych istot. Które, zaczęły swoje akrobacje, z chwilą, gdy palce dziewczyny delikatnie zamknęły się na moim nadgarstku. I była to tak miła chwila, która na moment przepłoszyła wszystkie myśli. Pozwalając mi skupić się na kontemplacji, miękkości i ciepła jej skóry. Uśmiechnęłam się nieśmiało, ze wszystkich sił starając się ukryć targające mną emocje. Mimo iż nie mogłam nazwać ich złymi... to chyba nie były też właściwe... niestety kiepska była ze mnie aktorka.
- Dziękuję. Całe szczęście okazało się to nieporozumieniem. Nie chciałabym byś, musiała się narażać.
Zaczesałam za ucho kilka luźnych pasm włosów. Pilnując się, by tym razem nie zacząć nawijać ich na palce. Chcąc na chwile uciec, od pięknej zieleni tęczówek mej rozmówczyni, przeniosłam wzrok w dół. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, iż upadek na ziemię, odbił piętno na mym wizerunku. W najgorszym stanie były rajstopy i spódniczka... żałowałem teraz, iż ubrania, jakie miałam ze sobą na zmianę, były męskie... co było zupełnym bezsensem, zważywszy na fakt, iż obroża, nadal tkwiła w pudełku pod łóżkiem. Mello nie miał zapuszczać się na wycieczki, jeszcze przez jakiś czas...
-Naprawdę przepraszam... Zwykle nie wykorzystuję tej mocy, w ten sposób. Na co dzień, po prostu.. lubię tworzyć coś pięknego i unikalnego.
Wolną dłoń uniosłam delikatnie, wnętrzem ku górze, jednocześnie podsuwając ją dziewczynie. Powietrze nad dłonią, przez chwilę zdało się falować. A po chwili w tym właśnie miejscu zaczął się materializować kwiat. Liście i łodyga, połyskiwały szafirową zielenią zaś, ogromny biały pąk przypominający lilię, ukazał swe fantazyjne wnętrze. Ułożenie płatków mogło przypominać różę, choć owy kwiat był od niej delikatniejszy. Zaś koniec każdego z płatków sprawiał wrażenie, jak gdyby został muśnięty pędzlem, zanurzanym co rusz w innej farbie.
Zaczekałam cierpliwie, mając cichą nadzieję, iż ognistowłosa, zabierze, kwiat z mojej dłoni.
-Ten nie ma kolców, niestety zniknie za jakiś czas... zawsze znikają.
Delikatna nuta rozczarowania była wyczuwalna w moim głosie. W końcu jednak podążyłam za gestem dziewczyny, wpatrując się w znajomy kształt, który pobłyskiwał na piersi Cienia.
Smutek, znów na moment wdarł się do mojej głowy. A to przez świadomość, iż moja własna blaszka stała się bezużyteczna... ponieważ już nigdy nie przekaże mi uczuć i trosk Aarona.
W tym samym czasie coś musiało dręczyć również zielonooką, ponieważ uścisk na jej nadgarstku, nagle wzmocnił się, a z czasem zaczął i boleć. Nim jednak zdarzyłam zwrócić jej uwagę, dziewczyna nagle odsunęła się.
-Wszystko w porząd-
Odwróciłam się za dziewczyną i urwałam w pół zdania, widząc, iż ta właśnie się potyka. Wówczas zareagowałam już, instynktownie rzucając się ku niej. Chciałam złapać ją za rękę lub w tali, po czym szarpnąć we własną stronę, by w ten sposób uchronić ją przed upadkiem.
Powrót do góry Go down
Gawain
Godność : Gawain Keer
Wiek : Wygląda na około 30 lat.
Rasa : Cień
Lubi : Śliwkową nalewkę, fiolet
Nie lubi : Gotować, ślimaków, niespodzianek
Wzrost / Waga : 183 cm / 76 kg
Znaki szczególne : Czarne twardówki oczu, bursztynowe tęczówki, cienka blizna na brodzie od lewego kącika ust
Aktualny ubiór : Fabuła: Czarny golf, czarne proste spodnie, płaszcz, buty za kostkę //Misja: Mundur SCR
Pod ręką : klucz do domu Yako i mieszkania, pieniądze // Event:
Zawód : Najemnik do prac wszelakich, zielarz
Broń : Nóż ceramiczny, sztylet, kusza
Stan cywilny : Zajęty
Specjalne : Administrator, Strażnik toku fabuły
Gawain
SCR
PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty4/5/2019, 22:48
Revi zluzowała. Niby to dobrze, ale czy nie ciut za szybko jak na Senną Zjawę? Nawet potwierdziła swą przynależność do tej rasy skinieniem głowy, choć Gawain sądził, że udawanie kogoś innego w dużym stresie nastręczyłoby jej nie lada trudności... tak jak jemu udawanie, że kolejne słowa małego pieska nic a nic go nie ruszyły.
Terytorium. Oznaczyć. Yako chciał wtedy tylko zabawy i pożywienia, a Cień okazał się być łatwym kąskiem. Potem rozpostarł przed nim piękną wizję, ale gdzie był teraz? Nawet Blaszkę zdjął. Więc tak to było. Był tylko zdobyczą.
- Większość w moim otoczeniu jest ruda, ale zdarzają się też inne. To taka lisia klątwa. Nie było jeszcze lisa w paski, lisa w łaty, ale prędzej czy później dopadną mnie na pewno - odparł ciężko po chwili zwłoki. Patrzył w paciorkowate oczka Innocenzy, która wyraźnie cieszyła się z pieszczoty. Była bardziej zadowolona niż ktokolwiek wcześniej. Prosta, ale tak szczera. Czyżby znów źle trafił niczym ślepy strzelec? Stoi taki z bananem na ryju, a potem, gdy odzyskuje wzrok, widzi co ustrzelił. Stos emocjonalnego łajna, ot co.
Poczuł na sobie spojrzenie Evy i krótko je odwzajemnił. Tak, to głupie uciekać swoimi dziwnymi oczyma w bok, bo spotkali się już w Bramie, ale nie był dziś u siebie. Ludzie nie lubili odmieńców poza sceną, ekranem telewizora lub pierwszymi stronami tabloidów. Dodatkowo temat zszedł na dietę. Z całą serdecznością rozumiał fascynację odmiennych od siebie istot jak i nienawidził poruszonego zagadnienia. Eva droczyła się z nim, ale emocje nie poddawały się logice. Mógłby wydać się jej nadto agresywny, gdyby nie spuszczał z niej wzroku. Za nic tego nie chciał! - A ty wolisz swoje frytki z ketchupem czy juchą? Oba czerwone, a ja zjadam te drugie, żebyś ty nie musiała. - Jego brew uniosła się w górę, tak samo jak kącik ust. - Nudy. I nie lubię nikomu odbierać obrazu ukochanej osoby. To tylko obrazy, które mógłbym zdobyć w inny sposób. - Wzruszył ramionami, bo akurat z doborem tematów pannica trafiła daleko od środka tarczy. Za to Revi aż się wzdrygnęła. - Czy to dlatego uciekłaś z Krainy Snów? - Keer zaśmiał się krótko i wstał. - Och, ależ jest śliczna - skłonił się lekko przed Senną, by na powrót zwrócić się do Evy -  i podejrzewam, że ten kto ją wyśnił, myślał dokładnie tak samo. Gdyby moje menu zawierało inne dania, możliwością byłoby nieopuszczenie przez Revi Krainy Snów. Dobrze, że to tylko kwestia gustu. - Mówił coraz niżej i ostrzej, z wyraźną satysfakcją. Prychnął rozbawiony na wzmiankę o obronie i zamiataniu. - Też uległaś złudzeniu niewinności? - zapytał Evę i opatulił się ogromnym ręcznikiem, by zaraz wyjaśnić z Revi parę spraw. - W każdym razie... w moim mniemaniu polowanie na Senne Zjawy to objaw choroby umysłu, życzenia śmierci lub zwykłej perwersji. Musiałabyś mnie postawić w sytuacji "albo ja, albo ty", żeby podobny pomysł wpadł mi do głowy. Chyba, że byłabyś jedną z tych, którym bliżej do najgorszej bestii niż rozumnej istoty. - Początkowo lekki ton, zakończył ciężkim jak gwóźdź do trumny stwierdzeniem.
Gawain obserwował Revi, kwiat formujący się we wnętrzu jej dłoni. Podszedł do niej i wskazał palcem na dziwaczną roślinę. - Więc to twoja sprawka! Wiesz, jak ciężki orzech do zgryzienia mi podrzuciłaś? Jak wielką roznieciłaś nadzieję? Myślałem, że odkryłem jakiś nowy gatunek, a kwiat znikł! Ledwie zdążyłem sporządzić notatki i rysunki! - Zaśmiał się z własnej głupoty, ale było w tym coś jadowitego. Pochylił się nad kwiatem i dotknął płatków. - Można by rzec, że stworzyłaś dla mnie sen na jawie. Punkt dla ciebie. - dodał jeszcze i spojrzał na dziewczynę z góry. Szybko przeniósł wzrok na Evę. - Kwiat wart każdej damy.
Nakrył Blaszkę dłonią. - Może. Trochę. - zasępił się na te słowa. - Jej przydatność zależy od zgrania właścicieli połówek. Nie znam nikogo, kto zjadłby w połowie zgniły owoc i uznał, że jest dobry. -  Ciekawe, czy Yako w ogóle poczułby różnicę, gdyby ktoś inny założył Blaszkę. Który z nich zgnił? Czy to ważne? To Demon trzymał owoc, a w drugiej dłoni nóż. Odcinał. Dziel i rządź - to powinna być jego dewiza.

Gdyby nie uporczywe naleganie Evy, żeby się ubrał, miałby okazję ją złapać. Spokojnie znalazł golf i płaszcz. Materiał był naciągnięty w paru miejscach, gdzieś puściła włóczka, ale, hej, czy to nie było teraz modne? Już przybrał uprzejmy i pogodny wyraz twarzy i odwrócił się z zamiarem powrotu do dalszego zabawiania Evy rozmową, gdy spostrzegł, że ta potyka się, a Revi do niej doskakuje. Nie był daleko, ale co z tego, skoro nie był pierwszy?
- Evo, jak się czujesz? Co się stało? - zapytał zaniepokojony, gdy już do nich dopadł. Niezależnie od tego, czy Eva upadła, czy nie, miał zamiar sprawdzić, czy niczego sobie nie naderwała, złamała lub obtarła. Nie było jednak mowy o obmacywaniu i jeśli rudowłosa w jakikolwiek sposób wyraziła sprzeciw, Gawain natychmiast zaprzestał badania palpacyjnego. Po drugiej stronie barykady znajdowała się Revi, którą Cień po prostu starał się od Evy odsunąć, by zrobić sobie miejsce. - Jeśli coś Cię boli, cokolwiek odbiega od normy, proszę mów śmiało - wyszeptał, by nie burzyć jej spokoju podniesionym głosem. Była blada, jakby zlękniona. Brokatu nie było, więc szło o coś innego. Tylko o co?

_________________
Kwitnąca promenada Y8KrzVp
Powrót do góry Go down
Iskra
Godność : Eva M. Markovski
Wiek : 22 lata właśnie dziś.
Rasa : Człowiek z lustrzanym dziedzictwem? Zludziały Marionetkarz? Od pewnego czasu po prostu taktycznie omiń to pytanie.
Nie lubi : wina(y)
Wzrost / Waga : 1,65cm || 56kg
Znaki szczególne : piegowata skóra, ognistorude włosy, nienaturalnie jasnozielone oczy (zwykle nosi przyciemniające soczewki); tatuaż na prawej połowie pleców, blizny na lewym przedramieniu i brzuchu
Pod ręką : Z Lake: dwa kubki termiczne, szara taśma izolacyjna, ubrania na zmianę i środki medyczne w torbie; Animicus wśród wielu bransoletek, Czarodziejska Wstęga || Walentynkowy: skórzany plecaczek z pierdółkami + Wstęga
Zawód : Bogu ducha winna dziennikarka
Broń : Walther P99 Moriego: naładowany, nieodbezpieczony, na samym dnie torby, no brawo~
Stan cywilny : zgniła panna młoda
Iskra

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty6/5/2019, 22:54
– Czy zmyliła mnie niewinność? Raczej zdolność używania mocy podczas bycia niemal nieprzytomnym. Ja tak nie potrafię, więc jedynie na co się tak nagle zdobyłam to unik.
Opowieści, których nie słyszał nikt inny zawsze ją fascynowały. Po części, bo całym jestestwem była już mimowolnie dziennikarką, zawsze szukającą historii do opisania, a po części, bo wbrew sobie, podświadomie, jednak chciała poznać ten dziwny, wypaczony świat magii, pełen kotów w monoklach i bezdennych kapeluszy. A prywatne przekonania monsieur Gawaina z pewnością nie zostały odnotowane w żadnych raportach czy zbiorach informacji, które mogłaby odszukać.
Bardzo, ale to bardzo chciała zapytać czy zjadanie Sennych Zjaw nie powinno być wśród Cieni traktowane jak u reszty istot powszechne jest zjadanie mięsa, jednak poziom tego pytania byłby porównywalny z zapytaniem gadającej Innocenozy czy smakowałaby Wietnamczykom.
Eva uświadomiła sobie, że poza suchymi faktami wie naprawdę niewiele. (To taki krytyczny etap z przechodzenia od  „wiedzieć, że” do „wiedzieć jak”.) Jej głównym celem było zbieranie informacji o Krainie Luster do opracowania końcoworocznego o kulturze Glassville... którego nie musiała oddawać, bo oblała rok, bo przestała pojawiać się na zajęciach.
Z tym większym zapałem zwróciła się więc ku wytworom brunetki. Jej kwiat był fantazyjny, nietuzinkowy. Tak jak ujął to Cień, był „snem na jawie”.
– Chciałabym go namalować – westchnęła, po czym za przykładem Gawaina dotknęła jednego z aksamitnych płatków. Wydawał się być materialny, choć przed chwilą dziewczyna stworzyła go z powietrza. Gdy tamta zachęcająco przysunęła w jej stronę dłoń, Iskra sięgnęła śmielej ku łodydze, długim palcem badając jej fakturę, delikatne jak puch włoski na powierzchni, napawając oko bogatą zielenią. Zerknęła na Senną – której imienia nadal nie znała, btw – czy na pewno ma pozwolenie, a następnie zerwała go z jej dłoni, jakkolwiek to brzmi. Był unikalny, bo powstał wyłącznie z wyobraźni, a Eva lubiła i doceniała takie moce. Być może to jej marionetkarski duch budził się w takich momentach, ale z pewnością było to o niebo skuteczniejsze od rzucania na prawo i lewo fireballami. Bóg jeden wiedział jak dobrze znała niszczycielską siłę intryg i manipulacji.
Zerknęła z zainteresowaniem na Cienia, notując, ze zadał sobie wystarczająco trudu, by zrobić notatki o zielu, które spotkał. Ona sama z pewnością zrobiłaby jedynie zdjęcie, gotowa napawać się małymi radościami dnia. Zresztą, nieznane rośliny nie miały dla niej wartości zielarskich.
– Nowy gatunek? – uniosła brew. – Może po prostu go pan nie zna, monsieur Gawain? - wyszczerzyła się.

A jednak ból stworzony przez wspomnienia był znacznie bardziej druzgocący. Na tyle, iż dopiero ramię dookoła talii, stabilizujące postawę rudej, pozwoliło jej zrozumieć, że prawie wpadła do rzeki, a uderzenie adrenaliny, które przed chwilą poczuła, spowodowane zostało nie majakami, a reakcją na rzeczywiste zagrożenie. Nie zdążyła brunetce podziękować – czy też przeprosić, jej nadgarstek nadal był blady od ucisku, krew dopiero poczęła  znów różowić aksamitną skórę – bo już w tej chwili znalazł się przy nich Cień, chwytając Iskrę za ręce.
– Nic się... wszystko w pohądku – ucięła, nie chcąc zagłębiać się w zawiłości swojego aktualnego zdrowia psychicznego. Delikatnie wyswobodziła się z uścisku Gawaina, łagodnie wstrzymując go dłońmi w tak uniwersalnym geście „stop”, pokazując, że wszystko gra. I buczy. We wnętrzu prawej dłoni widniały krwawe podbiegnięcia w kształcie czterech półksiężyców.
– Odsuńmy od khawędzi. Bo jeszcze ktoś naphawdę spadnie – poinstruowała, minimalnie odsuwając się także od Revi, by ta nie musiała jej już asekurować niczym jakiejś damsel in distress, którą przecież (prawie) nie była.
Powrót do góry Go down
Rello
Wiek : Wizualnie ok. 20 lat
Wzrost / Waga : Revi 166 cm / 49 kg // Mello 182 cm / 70 kg
Pod ręką : Czarna torba na ramię a w niej: szkicownik, ołówki, długopis, portfel, telefon komórkowy, spakowany zestaw damskich ubrań. A poza tym magiczny dobytek
Rello

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty15/5/2019, 11:38
Emocje wzbierały we mnie coraz bardziej, a ja nie byłam pewna czy to wynik nietypowego towarzystwa… czy może czegoś jeszcze. W całym tym zamieszaniu kilka myśli przyczepiło się do mnie uparcie, nie sposób było się ich pozbyć. Zaś czas na wyjaśnienie wątpliwości… też wydawał się niewłaściwy.
Byłam pewna co do jednego, nie tylko ja przeżywałam teraz podobne problemy. Gdyby emocje miały jakaś swoją widzialną aurę, to ich łuna otaczałby całą naszą trójkę. Może Strachy mogłyby dostrzec, tę dziwną mieszaninę. Zjadanie emocji mogło się wydawać równie „niezwykłe” co pożeranie snów. Lecz była różnica między samym snami a rozumnymi istotami, które je zamieszkiwały.
Słysząc słowa Cienia, uśmiechnęłam się niemrawo. Ten sam komplement, zrobił zupełnie inne wrażenie wypowiadany przez niego. A może chodziło o to, co powiedział potem? Wspomnienie Aarona oraz prawdy, której ta dwójka nie znała. Przez krótką chwilę miałam ochotę o tym opowiedzieć… ale nie jemu, lecz jej. Wystarczyłoby, żeby spytała… a ja powiedziałabym, więcej niż powinnam. Dlaczego? Nie miałam pojęcia… lecz było w tej dziewczynie coś, co sprawiało, iż chciałam poznać ją bliżej, a jednocześnie chciałam by i ona bliżej poznała mnie.
Czy słowa Cienia w jakiś sposób mnie uspokoiły? Niezupełnie… choć doceniałam jego intencje. Mimo wszystko poruszanie tematu zjadania zjaw, wzburzyło mną. Starałam się jednak nie dać tego po sobie poznać. Skoro rudowłosy, zapewniał o swym braku zainteresowania mną w roli posiłku… cóż starałam się dać temu wiarę. Co innego mi pozostawało? W końcu, gdyby faktycznie, chciał.. miał już idealną sposobność.
-Miejmy zatem nadzieję, że nie przyjdzie nam się w takiej sytuacji znaleźć. Chciałabym się jeszcze pocieszyć tymi nowymi światami.
Nie lubił mnie. Czułam to, mimo iż mężczyzna nie okazywał tej niechęci otwarcie, a mimo to czułam, że nadal ma mi za złe to, co się stało. Nie mogłam go za to winić. Zresztą, aktualnie, nadal bardziej zajmowała mnie postać zielonookiej. Z nieśmiałym uśmiechem na twarzy, przyglądałam się, temu, jak nieznajoma podziwia stworzony przeze mnie kwiat, po czym zabiera do z mojej dłoni. Do oględzin przyłączył się również Cień, co odebrałam z mniejszym entuzjazmem. Jednak tylko do chwili, gdy usłyszałam o wizji odkrycia nowego gatunku. Wówczas uśmiechnęłam się przepraszająco.
-Wybacz, zatem że rozbudziłam nadzieję. W sumie nie pomyślałam o tym…
Potem już wszystko potoczyło się szybko i za szybko się skończyło. Zamarłam, gdy rudowłosa, na moment wylądowała w moich objęciach. Poczułam przyjemne łaskotanie, gdy kosmyki płomiennych włosów otarły się o mój policzek. Czułam się też dziwnie zmieszana… ponieważ niepokój przenikał się z nagłym i irracjonalnym poczuciem szczęścia. Szczęścia, które nagle zostało mi wyrwane z rąk. I chyba to właśnie uderzyło we mnie najbardziej. Nie nagłe szczęście, lecz złość. Nikła i trudna do odgadnięcia, gdyby szukać jej objawów, lecz jednak. Byłam zła, mimo iż Cień chciał tylko pomóc i sprawdzić, czy nic nie stało się zielonookiej. Swoją drogą, czy nie był to ten sam „błąd”, jakim uznał swoje zachowanie w stosunku do mnie. Choć ja straciłam przytomność, zaś rudowłosa, wyglądała jakby, zaraz miała omdleć. Chociaż nie, przecież ta dwójka już się znała… a przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Jak dobrze ? To już inna kwestia.
Cofnęłam się o krok i przez ramię przyglądałam próbom rudzielca. Wykorzystałam tę chwilę, na dyskretne rozmasowanie obolałego nadgarstka. Znam takie spojrzenie, widywałam je często. Coś ją nękało i to bardziej niż chciała przyznać… W chwili takiej jak ta miałam ochotę bardziej niż zwykle zagłębić się w cudze wspomnienia. Po to, by odnaleźć przyczynę, bólu… po to, by jakoś ulżyć. Zdarzyło mi się to zrobić, lecz zmiana wspomnień była pewnego rodzaju gwałtem na moralności i rzeczywistości. Nawet jeśli w słusznej sprawie. No i dużo łatwiej było mi zagłębić się we wspomnienia obcych osób…
-Jeśli, chcesz usiąść i odpocząć, to mam tam koc, znajdzie się też coś do jedzenia i picia.
Ciszę, która nastała przerwało pluśnięcie, a po chwili radosny głosik innocenzy, która właśnie wygrzebywała się na brzeg rzeki.
-Za późno! Wrr dalej zimna. Ale jutro też sprawdzę!
Puchatość psiny odeszła w chwilowe zapomnienia. Do czasu aż bestyjka nie postanowiła otrzepać się z wody, fundując prysznic wszystkim wokół. Niby bestia, ale miała jednak coś z psa, na dodatek niekiedy złośliwego.
-Likal… przecież Cię prosiłam….
Westchnęłam ciężko, zerkając z góry na swą podopieczną. Miałam tylko nadzieję, że nie zapomniałam zabrać jej ręcznika. Tak właśnie kończyła się każda wizyta nad rzeką.
-Słyszę, też, że oboje interesujecie się sztuką. Też rysuję, chciałabym nauczyć się malować, ale jakoś nie mogę sobie poradzić z okiełznaniem pędzli. Mój ojc…. osoba, która mnie wyśniła, lubił malować, może kiedyś też uda mi się tego nauczyć. Swoją drogą, wasza dwójka się zna, prawda? Ja zapomniałam się przedstawić. Jestem Revi. A ta mokra i kudłata to Likal.
Powrót do góry Go down
Gawain
Godność : Gawain Keer
Wiek : Wygląda na około 30 lat.
Rasa : Cień
Lubi : Śliwkową nalewkę, fiolet
Nie lubi : Gotować, ślimaków, niespodzianek
Wzrost / Waga : 183 cm / 76 kg
Znaki szczególne : Czarne twardówki oczu, bursztynowe tęczówki, cienka blizna na brodzie od lewego kącika ust
Aktualny ubiór : Fabuła: Czarny golf, czarne proste spodnie, płaszcz, buty za kostkę //Misja: Mundur SCR
Pod ręką : klucz do domu Yako i mieszkania, pieniądze // Event:
Zawód : Najemnik do prac wszelakich, zielarz
Broń : Nóż ceramiczny, sztylet, kusza
Stan cywilny : Zajęty
Specjalne : Administrator, Strażnik toku fabuły
Gawain
SCR
PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty21/5/2019, 15:52
Brwi Gawaina powędrowały do góry w niemym zdziwieniu wywołanym niespodziewanym wyznaniem Evy. Do tej pory sądził, że jest człowiekiem - dlatego trzymali ją tyle w Bramie - a tu proszę, była swoja, jeśli dać jej wiarę. W końcu mogła odwiedzać rodzinę - mało to skrzydlatych pałętało się w miastach? A może była Marionetkarką lub sprytnie zmieniała wygląd?
- Mogła udawać... - szepnął do siebie.
Eva słuchała go z zapartym tchem i może poopowiadałby jeszcze trochę o swojej diecie, tak w ramach wyjątku, jednocześnie starając się zastraszyć Senną Zjawę, gdyby nie kwiat. Uwaga rudowłosej związała się już z jego kształtem, zapachem i barwą.
- Tak z ciekawości... ile po nich chodzisz? - zwrócił się do Revi. - Zdecydowana większość Sennych, którą znam, ma nie więcej niż parę lat lub w ogóle nie znają swojego dokładnego wieku. - Wrócił myślami do Otome i jej rysunków. Było między nimi pewne podobieństwo. Ta robi kwiatki, tamta robi z każdego mazaka zaczarowany ołówek. Pozazdrościł im mocy urzeczywistniania swoich wyobrażeń. Co z tego, że tylko na chwilę, skoro były namacalne?
Sam nie wiedział, co stworzyłby, gdyby mógł. Nie miał talentu, ale widać artystyczna dusza grała pierwsze skrzypce.
Obejrzał swój golf. Był pełen mniejszych lub większych dziur. Nie załata tego tak łatwo, bo sweter nie został uszyty, a zrobiony na drutach. Właśnie patrzył na swój merdający palec na wysokości lewej nerki, gdy Eva postanowiła, że to odpowiedni czas na kolejny przytyk. Spojrzał na nią i niepocieszony spiął brwi.
- Miałem sprawdzić w spisach i zielnikach, ale teraz nie ma to zbytniego sensu - odparł zawiedziony, lecz zaraz się rozchmurzył, gdy wpadł na świetny pomysł. - Za to teraz mogę wciskać kit o rzadkim kwiecie kolegom po fachu i obserwować ich zmagania - podzielił się swoją myślą, bo Eva wyglądała na osóbkę uwielbiającą psoty i kawały. Już nawet wybrał ofiarę, teraz pozostało wprowadzić plan w życie. Biedny Moe. Pewnie wróci załamany, zacznie przepraszać i opowiadać o braku danego surowca na składzie wszystkich zielarzy w Mieście Lalek.
Na przeprosiny Revi zdążył jedynie skinąć głową, ale przyjął je, bo przecież skąd miała wiedzieć, że napatoczy się ktoś taki jak on.

- Po prostu uważaj, dobrze? - Niechętnie wypuścił Evę i bacznie ją obserwował. Odsunął się za jej namową, po czym spojrzał w kierunku wskazanym przez Revi. - Faktycznie byłoby lepiej, żebyś się czegoś chociaż napiła - podsumował. - Czasem zapominam, że musicie to robić... - Nieświadomie pogładził kark dłonią i zaśmiał się, gdy Likal wpadła do wody. Chyba byli tu częstymi gośćmi.
- Nie powiedziałbym, że się nią interesuję, ale doceniam. I trochę zazdroszczę, bo rysownik ze mnie żaden. Natomiast mokra i kudłata darła się tak, że chyba cała polana zna twe imię. Gawain. - Przyłożył dłoń do piersi i skłonił się lekko, bo nie miał czego uściskać. W końcu to kobiety pierwsze wyciągały dłoń, a Cień był w sprawach wychowania tradycjonalistą. Spojrzał w zielone oczy Evy. Czy wyprowadzi Revi z błędu? Wszak swe imiona znali od niespełna godziny, a wcześniej tylko minęli się w Bramie. Jeśli się znali, to jedynie z widzenia.

_________________
Kwitnąca promenada Y8KrzVp
Powrót do góry Go down
Iskra
Godność : Eva M. Markovski
Wiek : 22 lata właśnie dziś.
Rasa : Człowiek z lustrzanym dziedzictwem? Zludziały Marionetkarz? Od pewnego czasu po prostu taktycznie omiń to pytanie.
Nie lubi : wina(y)
Wzrost / Waga : 1,65cm || 56kg
Znaki szczególne : piegowata skóra, ognistorude włosy, nienaturalnie jasnozielone oczy (zwykle nosi przyciemniające soczewki); tatuaż na prawej połowie pleców, blizny na lewym przedramieniu i brzuchu
Pod ręką : Z Lake: dwa kubki termiczne, szara taśma izolacyjna, ubrania na zmianę i środki medyczne w torbie; Animicus wśród wielu bransoletek, Czarodziejska Wstęga || Walentynkowy: skórzany plecaczek z pierdółkami + Wstęga
Zawód : Bogu ducha winna dziennikarka
Broń : Walther P99 Moriego: naładowany, nieodbezpieczony, na samym dnie torby, no brawo~
Stan cywilny : zgniła panna młoda
Iskra

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty25/6/2019, 01:16
Temat wieku Sennych Zjaw był równie ciekawy co ten dotyczący kulinariów Cieni. Ponownie Eva miała wrażenie, iż tonie... w toni. Toni niewiedzy, wiedzy, informacji przekazywanych niemal mimochodem, jakby były czymś zwyczajnym – bo dla tej dwójki z pewnością były. Niby tyle czytała, tyle dociekała, ale sporadyczne wizyty w Krainie Luster nie przygotują jej przecież na taki zalew nowości, ciekawostek. To była cała nowa cywilizacja. Kuriozum. Równie wielkie odkrycie jak gdyby NASA natrafiła w kosmosie na zamieszkaną planetę. I mniej więcej takie same problemy by ta planetka i ci mieszkający na niej obcy generowali: obronne, kulturowe, socjalne, poznawcze...
Zerwany kwiat wplotła we włosy, łodyżkę mocując za zausznikiem okularów. Trochę gniotło arystokratyczną skórę, ale kij, chciała zrobić przyjemność brunetce. Później najwyżej uwije wianek z rozkwitłych tu roślin; w sumie dawno nie robiła czegoś tak prostego i... wiejskiego. Pospolitego. Wreszcie. Poprawiła jaskrawe pukle i uśmiechnęła się psotnie do Gawaina:
– Jest pan w takim razie zielarzem? Albo uzdrowicielem? Czy po prostu botanikiem, osiadłym w Glassville? – Być może trochę za prędko zaczęła go wypytywać, kompletnego nieznajomego, ale pierwszy wspomniał o pracy, niejako zapraszając do dyskusji. – Kocham patrzeć, gdy każdy – niemal każdy! – pcha palce prosto w paszczę Meleficent, a później dziwi się wielce, że muchołówka zareagowała jak muchołówka i go dziabnęła! – Perlisty, naprawdę szczery śmiech potoczył się rzeką i między źdźbłami traw.

Całe szczęście Likal uratowała napiętą jak sparciała recepturka atmosferę. W mało przyjemny (dla innych niż Innocenoza, oczywiście), ale typowo psi sposób. I o ile charakter miała uroczy, tak Eva co rusz upewniała się, iż cieszy się, że nie musi zmywać z drewnianego parkietu śladów umorusanych, psich łapek, zaś futro podopiecznego myje się jego własnym językiem i nie wymaga anektowania któregokolwiek z ręczników. Nawet jeśli nadal musiała owe futro wyczesywać, by nie obłaziło po kanapach.
Na całe szczęście ich nagły prysznic składał się z rzecznej, a więc bieżącej wody, a nie rosy pomieszanej z błotem, czego by nie zniosła. Znaczy, zniosła; psa do najbliższej, głębokiej kałuży, żeby było po równo.
Strzepała piegowatymi dłońmi krople ze swetra i włosów, upewniając się, iż kwiat mocno się trzyma, przetarła szkła okularów o kaszmirowy rąbek, choć nie powinna. Rozmowa o sztuce wydawała się kusząca, ale ruda była wciąż zbyt wstrząśnięta, by wykrzesać z siebie choć odrobinę zwykłego entuzjazmu. Popatrywała tylko i śledziła tok rozmowy, starając się wyglądać naturalnie. Gdy na oko trzydziestoletni Cień odruchowo skłonił się podczas przedstawiania, była niemal pewna, iż nie jest botanikiem osiadłym w Glassville, nawet jeśli wcześniej próbował im to wcisnąć. W taki sposób nie porozumiewa się pokolenie Ikea. Kącik wąskich, wyjątkowo dziś nieuszminkowanych ust uniósł się w łagodnym półuśmiechu.
Choć nie przedstawiła się wtedy porządnie, nie ponawiała, bo przecież znał jej imię. Gdyby chciała dopełnić konwenansów, musiałaby podać mu dłoń, a obie nadal były zimne i wilgotne jak dwie zdechłe ryby. Tak się nie robi pierwszego wrażenia. Obróciła się natomiast do brunetki, Revi.
– Zasadniczo znamy się z dwóch trzyminutowych minięć w Karminowych Wrotach – uśmiechnęła się krzywo – ale widok kogoś z tej samej strony chodnika działa podobnie rodzinnie jak gdy dosłyszę francuski na ulicach Glassville, więc może to ten efekt. Poznaliśmy się lepiej, ratując ciebie - zmarszczyła nos w kolejnym uśmiechu. – A potem wspólnie uciekając. Jestem Eva.

Gdy schodziła z kamienia, przekraczając niewielką i płytką, a przecież sprawiającą (dla niej) wrażenie przepaści, przestrzeń między skałą a brzegiem, rosa obeschła już na źdźbłach, a kałuże na ścieżce mieniły się brudnawym blaskiem w świetle przedpołudniowego słońca. Trapery kląsnęły o miękką ziemię gdy zeskoczyła, wnętrze dłoni nadal paliło, a na szyję wypełzał jej rumieniec wstydu i zdenerwowania. Jedyne, o czym teraz marzyła to kubek (albo i doniczka) kawy po turecku z odrobiną gorzkiej czekolady i jakieś dobre ciastko. Ewentualnie butelka ajerkoniaku. Albo dwie.
Odegnała wizje podszyte niezbyt zdrowym tutaj hedonizmem i skupiła się na stawianiu kolejnych kroków tak, by nikt nie musiał jej ponownie ratować. Nic nie mogła poradzić, iż na dobre rady w dobrej wierze Gawaina uśmiechnęła się jedynie niemrawo, jakby przytakująco, nie mając siły i ochoty manifestować frustracji  i złości, które poczynała odczuwać. A może nie miała prawa czuć się poirytowana próbami opieki nad nią – przecież koniec końców była tylko zmutowanym Człowiekiem, przeklętym odrobiną magii w genotypie.
Odwlekała odpowiedź na zaproszenie Sennej Zjawy, Revi, dobrze wiedząc, że nie powinna znów zostawać sama i wiedząc jeszcze lepiej, iż nie ma ochoty udawać przed kolejnymi ludźmi (?; istotami? osobami? osobami – to brzmiało najbardziej poprawnie r a s o w o, hihihinie). Wystarczająco już uśmiechała się promiennie i gestykulowała żywiołowo przy sąsiadach, przed Agapitem trzymającym w objęciach nowo narodzonego syna. Odwróciła się ku towarzyszom, tej dziwnej parze, która nie powinna zasadniczo tak tutaj sobie swobodnie koegzystować i uśmiechnęła się blado:
– To miłeMiłe? Nienawidziła tego obklejonego obłudą i wionącego nudą przymiotnika, wyrażającego równie wiele co i określenie "fajnie", a jednak zastosowane na osobie brunetki nie wydawało się tak mdłe i nijakie jak powinno; miało raczej spokojny, niemal pogodny wydźwięk. – ale powinnam już wracać. – Nieomal nie potknęłaby się na zacnym "Zaczyna być późno".
Nie wiadomo czy ktokolwiek z nich spoglądał niedawno w kierunku wody, ale w tej właśnie chwili na powierzchni sterczącego na środku rzeki kamulca otworzyły się lodowato błękitne, zdecydowanie kocie oczyska i skała przemówiła ludzkim głosem, popatrując na ten dziwaczny trójkąt:
– Ja z kolei uważam, że zdecydowanie panienka nie powinna. Chyba, że butelka caberneta z lodówki prosiła przed wyjściem, by prędko wracała, bo już tęskni.
Ruda otworzyła szeroko swoje oczęta, niedolna by odpyskować.
– Proszę pobyć chwilę między ludźmi. Nawet jeśli trafiły się panience egzemplarze dosłownie z Trzeciego Świata.
Powrót do góry Go down
Rello
Wiek : Wizualnie ok. 20 lat
Wzrost / Waga : Revi 166 cm / 49 kg // Mello 182 cm / 70 kg
Pod ręką : Czarna torba na ramię a w niej: szkicownik, ołówki, długopis, portfel, telefon komórkowy, spakowany zestaw damskich ubrań. A poza tym magiczny dobytek
Rello

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty1/7/2019, 23:49
Wąchałam się czy faktycznie zdradzić ile mam lat. Było to dla mnie trochę krępujące. Ostatecznie jednak zabrakło mi śmiałości na odpowiedź w stylu „Dostatecznie długo, by wiedzieć, że to niegrzeczne pytać kobietę o wiek”. Dlatego z cieniem zmieszania błąkającym się po twarzy odpowiedziałam na pytanie po niedługiej chwili zwłoki.
-Niecałe cztery lata.
Śmiech Evy sprawił, że i na mojej twarzy mimowolnie zagościł uśmiech. Czy można o kimś powiedzieć, że ładnie się śmieje? Jak najbardziej, jest bowiem sporo osób, które niestety posiadają irytujący czy nieprzyjemny śmiech. Śmiech brzmiący jak coś zepsutego lub niepasującego… Dźwięki wydostające się z gardła rudowłosej były jednak tego zdecydowanym przeciwieństwem. Sprawiały, że miało się ochotę słuchać ich częściej i w intensywniejszych dawkach. A co za tym szło, chciało się też, sprawić by posiadaczka owego uroczego śmiechu była szczęśliwa. Bo fałszywa radość, nigdy nie przynosi spełnienia.

Nie wiedziałam czemu, lecz wieść o tym, iż zażyłość między tą dwójką jest w fazie nieco tylko wyższej niż startowa, przyniosła mi nienaturalną ulgę. Czemu myśl o tym, że są dobrymi znajomymi, czy nawet kimś więcej, była równie uporczywa co kamień, który dostał się do wnętrza buta, przypominając o swej obecności przy każdym kroku? Uznałam, jednak iż nie wymaga to ode mnie bardziej rozwiniętego komentarza, to też ograniczyłam się do skinięcia głową.
Likal nie zaważając na przebieg rozmowy, postanowiła oddalić się w kierunku naszego koca. A mi pozostawało mieć nadzieję, że położy się grzecznie na swoim ręczniku i nie skarze mnie na wstawianie kolejnego dodatkowego prania. Chociaż i tak mnie czekało, w końcu moja aktualna garderoba nie prezentowała się zbyt okazale. Z magicznymi bestiami wcale nie było tak łatwo, jak by się to mogło wydawać. Bo i owszem były znacznie mądrzejsze od zwykłych zwierząt, ale przez to były również bardziej uparte i miały swoje zdanie. Zatem zostawało mieć nadzieję, iż prośba zostanie pozytywnie rozpatrzona, bo do tego, iż została zrozumiana, nie było wątpliwości.
Poniesione straty materialne, i tak nie równały się z pozytywnymi aspektami obecności tej puchatej kulki w moim życiu.

Wieść o tym, iż Eva miała zamiar nas opuścić... sprawiła, że mój świat na moment z kwitnącej wiosny przerodził się w mroźną zimę. I nie chodziło tu o to, że mimo zapewnień ze strony Cienia, nie w smak było mi pozostać z nim sam na sam... Chciałam po prostu lepiej poznać tę dziewczynę... do której ciągle coś uporczywie mnie ciągnęło. Nie chciałam również, by i ona pozostawała sama z własnymi myślami. Teraz gdy te stały się dla niej uporczywe czy nawet bolesne. Nadal czułam na nadgarstku, wgłębienia pozostawione po jej paznokciach... Znałam podobne tiki, bo sama całkiem niedawno podobnie reagowałam na każdą myśl, dotyczącą utraty ojca... podobnie też działał na mnie strach. Z tym że moimi ofiarami częściej padały ubrania, których rąbki czy rękawy mięłam wówczas w palcach. Usta, też nie raz nosiły rany, po nerwowym przygryzaniu dolnej wargi.
Lekki przypływ paniki, spowodowany wizją odejścia Evy, sprawił, że już miałam złamać jedną ze swych niepisanych zasad... Chciałam wedrzeć się do wspomnień dziewczyny, tylko po to, by sprawdzić gdzie mieszka... Zapewne, gdyby już dotarła do mnie ta świadomość, poczułabym się nie tyle głupio co podle. Jednak niedane, było mi wcielić swych zamiarów w życie.. gdyż nagle znikąd odezwał się obcy głos. Zdezorientowana zaczęła rozglądać się po polanie w poszukiwaniu nowego przybysza. Lecz na pierwszy rzut oka, nie spostrzegłam nikogo... A bałam się, że to istota, która potraktowała mnie oraz Gawaina różowymi strzałami... które może i nie okazały się śmiercionośnym narzędziem, to z całą pewnością dostarczyły naszej dwójce, a nawet i trójce wielu niepotrzebnych nerwów.
Gdy w końcu mój wzrok napotkał ogromne błękitne kocie ślepia na tle szarego kamienia, aż rozchyliłam usta z wrażenia. A jedyne, na co się zdobyłam, przez dobrą chwilę było uniesienie dłoni i wskazanie w kierunku owych ślepi.
-Przyznam, że po tym wszystkim nie czuję się w pełni „normalnie”. Ale czy tylko ja widzę kocie oczy tam na skale? I czy ten ktoś wspomina o mówiących butelkach... Czy na tej łące miały się dziś odbywać jakieś zloty istot z Drugiej Strony... Cóż... przynajmniej jedna impreza, której nie przegapię...
Powrót do góry Go down
Gawain
Godność : Gawain Keer
Wiek : Wygląda na około 30 lat.
Rasa : Cień
Lubi : Śliwkową nalewkę, fiolet
Nie lubi : Gotować, ślimaków, niespodzianek
Wzrost / Waga : 183 cm / 76 kg
Znaki szczególne : Czarne twardówki oczu, bursztynowe tęczówki, cienka blizna na brodzie od lewego kącika ust
Aktualny ubiór : Fabuła: Czarny golf, czarne proste spodnie, płaszcz, buty za kostkę //Misja: Mundur SCR
Pod ręką : klucz do domu Yako i mieszkania, pieniądze // Event:
Zawód : Najemnik do prac wszelakich, zielarz
Broń : Nóż ceramiczny, sztylet, kusza
Stan cywilny : Zajęty
Specjalne : Administrator, Strażnik toku fabuły
Gawain
SCR
PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty8/7/2019, 09:34
Iskra rozbawienia przemknęła przez bursztyn. A może był to zaledwie odblask na dnie oka? Lepiej widoczny na twarzy Cienia był podziw dla drobnej istotki przed nim.
- Całkiem niezły wynik - przyznał i zamyślił się na moment. Los Sennych Zjaw osobiście mało go obchodził. Nie miał zamiaru wspierać ich małego buntu przeciwko naturalnemu porządkowi rzeczy. Z punktu widzenia Krainy Snów byli bandą uciekinierów. Snem tak wybujałym i samowolnym, że granice ulotnej rzeczywistości nie zdołały ich zatrzymać. - Jakiś czas temu spotkałem o wiele młodszą. Nawet nie wiedziała, kim są Cienie i miała trochę problemów z podróżowaniem przykazaną nam drogą. - Parsknął pod nosem na tę oczywistą niedorzeczność. - Myślę, że mogłybyście sobie pomóc... ale już dawno jej nie widziałem.
Czy Otome dalej rysowała, czy też gryzła piach? W zasadzie nawet nie miałaby czym gryźć, jeśli dopadłby ją któryś z jego pobratymców. Nie wiedzieć czemu, mocno zapadła mu w pamięć.
Zerknął na Evę i kwiat w jej włosach. - Jest ci w nim pięknie i choć niebawem zmarnieje, twoja uroda będzie trwać. - Mówił wodząc wzrokiem za splotami pocałowanych ogniem kosmyków. Brzoskwiniowe usta i zielone oczy hipnotyzowały i oto ulegał wrażeniu, że stoi przed nim leśna rusałka.
- Sądzę, że cyrulik będzie trafniejszym określeniem. Najbardziej interesuje mnie praktyczne zastosowanie roślin... i innych składników. Zależy co mi wpadnie w ręce. - Przymrużył powieki i postąpił mały krok na przód. Zawtórował jej, ale jego śmiech bardziej nosił znamiona naśladownictwa niż szczerej wesołości. Drapieżne spojrzenie Keera było zafiksowane na niej, ale o dziwo okazało się, że słucha na tyle aktywnie by ciągnąć rozmowę, nawet jeśli jego myśli powędrowały ku legendom o uciekających przed mężczyznami pannach. Zamień mnie w potok! Zamień mnie w drzewo! Podobne rozwiązania tylko odwlekłyby w czasie, to co nieuniknione. W końcu znalazłby remedium na nietypową przypadłość swojej wybranki. - Lepsza muchołówka niż głodniówka ropawa. Palce znajdowałyby się na końcu listy ich problemów. - Kącik jego ust uniósł się w ostrym i okrutnym grymasie.

- I po co się wycierać, skoro deszcz może nadejść z każdej strony? - Rzucił luźno do Likal, gdy zafundowała im mały prysznic. Złapał palcami sweter i potrzepał materiałem, żeby nie wcierać wody. Spojrzał na Evę, gdy ta powiedziała, że musi już wracać, ale w jego namowach i błaganiach ubiegł go czyiś głos... Obrócił się na pięcie, tylko po to, by stanąć oko w oko z... gadającym i zdecydowanie inteligentnym kamieniem? Zabrakło mu języka w gębie. Po serii wszelkich "eee" i "yyy" w końcu zdołał wyartykułować faktycznie istniejące słowa. - Dzień dobry! - sapnął zaskoczony. - Ymm... pani? Panie kamieniu? - dopowiedział i wskazał na niego dłonią. - Wybacz, ale trudno mi określić twoją... kamienistość. - Silił się na uprzejmości, ale nie chciał ignorować... stworzenia? Negowanie jego istnienia nawet nie przeszło mu przez myśl. Cholera wie, co to za jeden.
- Młodzież uwielbia pić na łąkach, bo nikt ich tam nie przyłapie. - Odpowiedział szybko na pytanie Rello, by znów zwrócić się do kamienia. - Zakładając oczywiście, że jesteś kamieniem, a nie Arlekinem. A nawet jeśli jesteś Arlekinem, który wybrał bycie kamieniem i jest ci z tym dobrze, to nic mi do tego - rozwodził się nad istotą bytu. Znał pokrętną logikę tych bestii. Stale żonglowały punktami widzenia i opiniami, robiły sieczkę z mózgu - od dawna podejrzewał, że to jedyny cel ich istnienia. - Powiedz lepiej, jak to jest być kamieniem, dobrze?

_________________
Kwitnąca promenada Y8KrzVp
Powrót do góry Go down
Iskra
Godność : Eva M. Markovski
Wiek : 22 lata właśnie dziś.
Rasa : Człowiek z lustrzanym dziedzictwem? Zludziały Marionetkarz? Od pewnego czasu po prostu taktycznie omiń to pytanie.
Nie lubi : wina(y)
Wzrost / Waga : 1,65cm || 56kg
Znaki szczególne : piegowata skóra, ognistorude włosy, nienaturalnie jasnozielone oczy (zwykle nosi przyciemniające soczewki); tatuaż na prawej połowie pleców, blizny na lewym przedramieniu i brzuchu
Pod ręką : Z Lake: dwa kubki termiczne, szara taśma izolacyjna, ubrania na zmianę i środki medyczne w torbie; Animicus wśród wielu bransoletek, Czarodziejska Wstęga || Walentynkowy: skórzany plecaczek z pierdółkami + Wstęga
Zawód : Bogu ducha winna dziennikarka
Broń : Walther P99 Moriego: naładowany, nieodbezpieczony, na samym dnie torby, no brawo~
Stan cywilny : zgniła panna młoda
Iskra

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty22/8/2019, 14:39
Wszyscy oniemieli. Cała ich trójka zamarła niczym w karykaturze zabawy „Baba Jaga patrzy” (a raczej „Simon mówi”, skoro poczynamy sobie na angielskich ziemiach), wydając przez moment dźwięki godne trzylatka, machając nieskoordynowanie rękami w kierunku kamienia posiadającego ślepia oraz – w przypadku Evy – stojąc jak kołek z otwartą buzią. Miała tę przewagę, iż wiedziała, że szeroko otwarte, niemrugające niemal wcale, kocie ślepia należą do Victora, w jaki sposób jednak ją wykorzystać, skoro była niemal tak samo wstrząśnięta jak pozostali.
Nie chodziło o fakt, iż nie pokazywał się obcym. Och, robił to często i gęsto, gdy tylko upewnił się – a był mistrzem wyczekiwania i planowania, w końcu był z niego ogromny, ale nadal kot – że osoba ma pojęcie o istnieniu Krainy za Lustrem lub on sam nie zostanie przyłapany na dręczeniu szarych Ludzi.
Ich biedni sąsiedzi.
Och, Victor był nadzwyczaj ostrożny. Chodziło raczej o sposoby, które wybierał, by zamanifestować swą obecność lub o prosty fakt, iż jego pojawienie się zwykle tylko komplikowało aktualną sytuację rudej. Tak jak teraz. Pozostała dwójka nie miała pojęcia, iż Anceu odnosił się do konkretnych rzeczywistości i zdarzeń, a to, iż postanowił okazać się kamieniem... cóż, to była jego wrodzona anceuowatość. Kobieta już chwilę temu przestała próbować doszukiwać się sensu i logiki w działaniach kocura, przyjmując, że ciągu przyczynowo–skutkowego dla normalnego mózgu tam po prostu nie ma. Może jakiś Kapelusznik zdołałby wyjaśnić jej zawiłe meandry anceuowatych myśli, ale jedyny Kapelusznik, którego (prawie) poznała to ten, którego ona i Victor okradli, więc chyba jednak nie.
Tak więc stała i gapiła się jak wól na malowane wrota, kompletnie wypierając, iż wytknięcie Gawainowi, iż cyrulik ziół używał w pierwszej kolejności do mycia włosów, a dopiero później do opatrywania ran było mało eleganckim sposobem, by uciąć nieswoje wrażenie, które rozpełzło się po jej ramionach wraz z nieoczekiwanym komplementem rudzielca. Zapomniała też, że miała dopytać jak bardzo niebezpieczna jest głodniówka ropawa i gdzie (nie) chodzić, by ją spotkać. I czy jest krewną rosiczki zwierciadlanej. Przez chwilę nawet myślała, by zasznurować usta i odmaszerować w przeciwnym kierunku, unikając pytań o alkohol, alienację i znajomość tego natrętnego dziwaka.
Po chwili westchnęła jedynie, dobrze wiedząc, iż ignorowanie Victora doprowadzi jedynie do eskalacji ekscentryzmu kocura. A także jego chęci bycia w centrum uwagi. W trakcie krótkiego rozważania za i przeciw Anceu zdążył już wdać się w dyskusję z Gawainem. Błękitne oczy przesunęły się nieco w lewo, jakby kamień niewidocznie obrócił głowę, i skierowały spojrzenie na mężczyznę.
— Moja kamienistość ma się dobrze, jak miewa się twoja cieniowatość? — zapytał konwersacyjnie, jak gdyby dowiadywał się o samopoczucie rudego. Czort wie, czy miało to jakieś głębsze znaczenie, skoro jej towarzysze nie wiedzieli, iż kamień nie jest kamieniem. — Bo człowieczeństwo panny Evy, muszę z przykrością stwierdzić, jest na wyczerpaniu .
Tutaj chyba już należało wkroczyć. Jeszcze chwila i poprosi dwójkę nieznajomych lud--  i s t o t, by zostali jej przyjaciółmi.
— Victorze, rozumiem, że się martwisz — wtrąciła się nim Gawain, czy Revi, mogli w jakikolwiek sposób zareagować na to wywlekanie jej osobistych problemów na światło słoneczne. Nie, żeby miały spłonąć niczym wampiry; to by było wskazane, merde! gdyby tylko dało się je w taki sposób rozwiązać. — Czy jakkolwiek nazwać to zachowanie, które powoli doprowadza mnie do uczucia osaczenia i narastającej irytacji i przyprawia o ból głowy, gdy wychodzę na zewnątrz.Czyli nie za często.
— Czyli nie za często — orzekł.
Otworzyła usta, ale nie dobył się z nich ani dźwięk. Kolejny raz.
Oczyska rozwarły się szerzej, jakby niewidoczna postać unosiła brwi.
— Pozwolisz więc, żebym choć niezobowiązująco pokonwersował z tym  młodym mężczyzną? Zadał mi pytanie, niegrzecznie byłoby pozostawić go bez odpowiedzi.
Iskra wzniosła oczy do nieba i machnęła dłonią w – znowu – mało eleganckim geście „no dalej”. Kocisko przymknęło leniwie oczy, jakby szykując się do drzemki lub długaśnej opowieści. Zaległa cisza. Długaśna.
Cisza z rodzaju ciszy przed burzą lub tej niezręcznej pauzy, gdy jesteś na pierwszej randce i nieoczekiwanie skończą się pospolite tematy rozmowy. I nie masz gruntu, by zahaczyć o coś nowego. Ruda stała nieco z przodu, twarzą do nie–kamienia, i nie śmiała odwrócić się do pozostałej dwójki, bo nie chciała – nie życzyła sobie – zobaczyć w ich oczach... czego? Czego?
Słońce poczynało grzać coraz odważniej, susząc płytkie kałuże, zamieniając wodę w gładką papkę błota. Kwiat za nausznikiem okularów gniótł ruda coraz bardziej, potęgując pragnienie – znów – ucieczki. Bardzo dużo ostatnio uciekała, głównie przed sobą. Czy Victor z premedytacją zaplanował tę przerwę? Czy może znów zgubił się we własnych, kilkusetletnich myślach? W miarę jak cichli, coraz śmielej mówiła przyroda: rzeka obijająca się o kamienie, szum wiatru, poruszający ich włosy, ciepło słonecznego światła na ramionach. Już niepotrzebne były kurtki. Wszystko płynęło. Wszystko krążyło. Tylko ona stała w miejscu, w którym została zostawiona.
— Proszę sobie wyobrazić — zaszemrał głos miękki jak czysty, cichy strumień — ciepło, które pada na skórę, które otula, potęguje się, mnoży, wnika w głąb tkanki i tam się zagnieżdża, grzejąc nawet w chwilach, gdy światło schowa się za nagłą chmurą. Ciepło, które można oddać innym, gdy złożą ufnie głowę i oprą na tobie pierś, które podąży i oświetli kogoś następnego, a ten zda je kolejnemu... — W powietrzu jakby dało się odczuć pulsowanie; szmer – wiatru i głosu kamienia – i ciepło aż przynaglały do przymknięcia oczu i wizualizacji. — I nas, kamieni, jest wiele wielów, i od zawsze toczymy ten krąg. Wytłumacz mi tedy, kto nie zostałby głazem leżącym na słońcu, gdyby miał po temu możliwość? — Pulsowanie, jak małe słońca wewnątrz każdej piersi, przybrało na sile, rozpościerając ciepło i jedność. — Chyba, że ktoś jest takim pojedynczym kamieniem, i jest daleko, daleko od innych, i nie potrafi tego przeżyć — Wszystko zgasło i zakończyło się nagle, niczym ucięte nożem. Lodowate oczyska przymknęły się leniwie.
Ruda wyrwała się z pływu opowieści, jakby smagnięta biczem. Po raz pierwszy od dawna to Anceu spłoszył się pod jej spojrzeniem, ale kobieta była już w połowie drogi na kamienny mostek, który dzielił ją od długiej drogi ku miastu.
Powrót do góry Go down
Rello
Wiek : Wizualnie ok. 20 lat
Wzrost / Waga : Revi 166 cm / 49 kg // Mello 182 cm / 70 kg
Pod ręką : Czarna torba na ramię a w niej: szkicownik, ołówki, długopis, portfel, telefon komórkowy, spakowany zestaw damskich ubrań. A poza tym magiczny dobytek
Rello

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty26/9/2019, 20:08
Nie wiem, w którym momencie przestałam analizować to, co dzieje się wokół mnie. Mogłam znieść wiele… lecz wszystko ma swoje granice. Znów stałam jak słup soli, przysłuchując się z boku wymianie zdań między nowymi znajomymi oraz istotą, która postanowiła skryć swą naturę pod płaszczem niewidzialności. Z początku przemknęło mi przez myśl, że może być to jakaś bestia. W końcu Likal nią była a z ludzką mową radziła sobie nadzwyczaj dobrze. Ba, była bardziej wygadana niż ja… W przypadku przyjaciela rudowłosej panny zaczęły mnie jednak dopadać inne wątpliwości. Bo przecież, mógł to być również dachowiec, który przybrał postać jakiegoś wielkiego kota. Miałam już okazję widzieć przedstawicielkę owej, rasy, która płynnie przemieniała się ze swej humanoidalnej postaci w kota, a zaraz potem w pumę.
Moja psina przysiadła obok mnie, po tym, jak udało się jej przytaszczyć w pyszczku swój ręcznik. Ja jednak nadal, niczym zaczarowana wsłuchiwałam się w prowadzone rozmowy. Gdy tematem dyskusji stała się sama Eva, bezwiednie przeniosłam na nią spojrzenie. A wówczas przypomniałam sobie o tym, że wewnętrzna analiza nie powinna teraz skupiać się na otoczeniu, lecz na tym, co działo się w mojej własnej głowie… Nigdy wcześniej, nie czułam się równie absurdalnie… Bo czy absurdalnym nie była chęć, złapania za rękę ledwo co poznanej dziewczyny i ucieczki, tylko we dwie. Gdzieś w jakieś spokojne miejsce, gdzieś gdzie nie musiałabym się, z nikim dzielić jej towarzystwem… Głupie, tak bardzo głupie…
Nie musieliśmy jednak czekać długo, by przekonać się o fakcie, iż los uważał dzisiejszy poziom absurdu za zdecydowanie zbyt niski. To też w trosce o nasz niedobór, tego czynnika, jakże potrzebnego do sprawnego funkcjonowania w życiu… postanowił się o nas zatroszczyć. I to nie byle jak.
Nagle po polanie rozniósł się dziwny huk, połączony z nagłym podmuchem powietrza. Z całą pewnością nie była to jednak eksplozja… Dziwnym trafem, zaraz po tym na kwiecistym kobiercu, zagościły dwie całkiem mi nieznane postaci. Otaczała je dziwna aura, sprawiająca, iż powietrze wokół zdawało się rozmazywać i falować. Podobne zjawisko można zauważyć nad rozgrzaną jezdnią, a w każdym razie takie właśnie było moje skojarzenie. Obaj przybysze okazali się mężczyznami. Dzieląca ich różnica wieku od razu rzucała się w oczy. Wysoki mężczyzna o jadowicie zielonych oczach i siwych zaczesanych do tyłu włosach oraz fantazyjnej bródce stał dumnie niczym ożywiony nagle posąg. W dłoni ściskał laskę, drugą rękę usadowił na ramieniu swojego towarzysza. Młodzian, na którego policzku widniała świeża jeszcze opuchlizna. Głowę miał zwieszoną, a minę naburmuszoną, niczym balon na chwilę przed pęknięciem. Ta postać nie bez powodu mogła sprawiać wrażenie znajomej… zaś wszelkie wątpliwości, na pewno rozwieją się z chwilą, gdy wzrok skieruje się nieco niżej. Przy pasie chłopak miał kołczan wypełniony, charakterystycznymi różowymi strzałami. Te mieniły się w słońcu, jakby ktoś obsypał je szczodrą porcją brokatu. Z tą różnicą, iż, na plecach szalonego łucznika nie dało się już dojrzeć żadnych skrzydeł.
-Nim, postanowią państwo podjąć, jakie kol wiek kroki, proszę jedynie o wysłuchanie mnie… o chwilę rozmowy. Proszę również, nie obawiać się postronnymi gapiami, nasze przybycie skrywa kurtyna magicznej iluzji. Nazywam się Magnus Mark Morget, to zaś na moje nieszczęście… Marik Morget, mój wnuk. Z przykrością muszę stwierdzić, że jest czarną owcą w naszej rodzinie… oraz przyczyną zaistniałego zamieszania.
Srebrnowłosy, zgromił spojrzeniem swego wnuka, którego jedyną odpowiedzią było wściekłe prychnięcie. Młodzieńcowi zapewne nie były w smak więzy, które krępowały jego dłonie, zaś bijąca od nich świetlista aura, raczej nie była zasługa naturalnej luminescencji.
Starszy mężczyzna wyraźnie czekał w jaki sposób, przyjęte zostaną jego słowa. Gdy jednak pozwolono mu, kontynuować swój wywód, od razu podoił dalsze próby dialogu. Magnus odchrząknął znacząco, po czym z kieszeni marynarki wyciągnął niewielki elegancki notes oraz pióro.
-Moja rodzina od pokoleń zajmuje się wytwarzaniem i patentowaniem, przedmiotów magicznych, eliksirów oraz zaklęć. Jesteśmy szanowaną i znaną firmą, na pewno słyszeli państwo o Kuźni Magii. Przejdźmy jednak do sedna sprawy. W wyniku ignorancji mojego wnuka, padli państwo ofiarą jednego z naszych produktów. Nie ma jednak powodów do obaw, gdyż efekt działania ekhm.... „ciosu miłości” jest tymczasowy i krótkotrwały. Zatem, kto z państwa został ubodzony przez różową strzałę? I do kogo zapałali państwo uczuciem? Wiem, że sprawa może i jest krępująca, muszę jednak poczynić odpowiednią dokumentację... Jeśli dobrze, wszystko obliczyłem, efekt strzały powinien minąć w ciągu najbliższego kwadransa. Nie są państwo jedynymi ofiarami, młodzieńczego idiotyzmu... nie chciałbym jednak, by ten wybryk odbił się na reputacji naszej firmy. Naprawdę zależy nam na naszych klientach. Biorąc pod uwagę, powagę oraz konsekwencje, jakie mogła wywołać zaistniała sprawa... ekhm.... pragnę zaoferować państwu odszkodowanie.
Obecny właściciel firmy Kuźnia Magii zanurzył dłoń w sakwie, którą krył w wewnętrznej stronie marynarki. Fakt, że ręka zniknęła aż po sam łokieć, dawał jasno do zrozumienia, iż była to słynna bezdenna sakwa. Po chwili, między palcami starca zabłysły srebrne łańcuszki, na których wisiały trzy identyczne medaliki. Srebrne serce otulone parą srebrnych skrzydeł.
-Ten niepozorny wisiorek, to jeden z naszych najnowszych produktów. Na obecną chwilę powstał jedynie tuzin tych cudeniek. Potrafią dosłownie uskrzydlić swego właściciela. Co więcej, są spersonalizowane, więc każdy jest wyjątkowy i wpisze się w gust swego nabywcy. Czy ktoś zechce, może przetestować? Amorakiusy mają stanowić wyraz naszych szczerych przeprosin. Mamy nadzieję, że nie będą Państwo mieć żalu wobec naszej firmy.. Co zaś się tyczy samego Marika, zapewniam, iż odpowie za swój czyn, zaś kara będzie adekwatna względem win.
Powrót do góry Go down
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Kwitnąca promenada   Kwitnąca promenada Empty
Powrót do góry Go down
 
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Spectrofobia: Po drugiej stronie Krzywego Zwierciadła :: Świat Ludzi :: Kwieciste Łąki-
Skocz do: