IndeksSzukajRejestracjaZaloguj

Share
Herbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka EmptyHerbaciana Rzeka Empty
 

 Herbaciana Rzeka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
Soph
Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii, tatuaż-mandala pod piersiami
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Soph
Anarchs/Pajęczyna
PisanieTemat: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty12/6/2019, 23:11
    Smukła, ale rozległa i kręta niczym osobowość Kapeluszników. Co w niej płynie? Herbata oczywiście! W zależności od dnia tygodnia inna. W poniedziałki malinowa; we wtorki truskawkowa; w środy jarzębinowa; w czwartek jabłkowa; w piątek gruszkowa; w sobotę cytrynowa; a w niedzielę różana.
    Otoczona jest kępami trawy – zwyczajnej oraz Żywej –  ale zawsze nienaturalnie zielonej oraz krzewami pełnymi młodych torebek herbaty. W zależności od miejsca jest mniej lub bardziej uczęszczana, ugłaskana czy ucywilizowana, choć obowiązuje jedna zasada: żadnych kąpieli! Jest wiele punktów, skąd można czerpać wodę z tej niezwykłej rzeki.
    Rzeka rozpoczyna się gdzieś w tej bardziej tajemniczej, zapomnianej części Herbacianych Łąk i uchodzi do Morza Łez w bardzo malowniczym porcie Lapis Lazuli.
Powrót do góry Go down
Iris
Godność : Iris
Wiek : Wizualnie 25 lat
Rasa : Baśniopisarz
Wzrost / Waga : 175/70
Znaki szczególne : Krzywo przycięte, brazowe włosy. Zielone oczy.
Aktualny ubiór : Koszula i spodnie podróżne należące do Vyrona. Skórzane, zniszczone buty. Zniszczony kapelusz z piórem.
Pod ręką : Zwój papieru, pędzel i czarny tusz. Torba z rzeczami.
Broń : Bat.
Stan zdrowia : Lepiej nie pytać.
Iris

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty21/6/2019, 20:23
Deszcz siąpił od rana, co jakiś czas zmieniając natężenie. Zraszał poruszające się tańcu wysokie źdźbła traw, zapewniał życiodajną wodę okolicznym drzewom. Przyroda odetchnęła, kiedy tylko pierwsze krople uderzyły o ziemię, obiecując upragniony deszcz.
Iris szła przed siebie, nawet nie patrząc na drogę, nie zastanawiając się gdzie się kieruje. Spojrzenie pozbawionych jakichkolwiek emocji było wbite w ziemię po której stąpała w kompletnie przemoczonych butach. Nie miała się gdzie schronić, pieniądze skończyły się przedwczoraj. Zaznawszy normalnego życia, nie mogła się przemóc by zacząć żebrać. Kiedyś może nie miałaby z tym problemu ale teraz...
Czuła burczenie w brzuchu. Była głodna, pochylała się lekko do przodu, zmęczona tułaczką. Deszcz moczył jej krótkie, nierówno przycięte włosy, bo kapelusz z przemoczonym do suchej nitki wielkim piórem trzymała w jednej dłoni. Drugą ściskała wisiorek, który zawiesiła na szyi. Wisiorek z kolorowym kamykiem i piórkami, teraz smętnie zwisającymi a jeszcze wczoraj puchatymi, pięknie wzorzystymi.
Pióra Alkisa. Nie mogła pojąć, że już go nie ma. Szukała go przez te kilka dni, ale dowiedziała się, że ostatni raz widziano go w Klinice. Popytała w okolicy i gdy okazało się, że miejscowi słyszeli skrzek dochodzący z okolicznego parku a potem zauważyli personel usypujący wielką górę ziemi... Połączyła fakty. Może zbyt pochopnie, ale przecież gdyby żył, odnalazłby ją.
Znowu dotknęłaby jego miękkich piór, może dałby się podrapać za śmiesznym uchem. Pośpiewaliby piosenki, porozmawiali chwilę nawet mimo tego, że ciężko było nawiązać z nim kontakt.
Alkisa już nie było. Nie było też jej dotychczasowego życia. Domu. Terrego. Miłości.
Szła lekko pociągając nogi, bo już naprawdę nie wiedziała co robić. Nie ma gdzie się podziać, powinna chować się po lasach? Przynajmniej tyle, że deszcz trochę obmyje jej twarz i włosy, zmyje kurz z jej ubrania. Wiedziała, że jest brudna - któżby nie był, po kilku nocach w dziwnych miejscach, w których lepiej było nie pokazywać się drugi raz. Biała jeszcze kilka dni temu koszula była teraz szarobura na mankietach i przy kołnierzu. Gorset pod którym ukryła bliznę, która przypominała jej o tragedii, był na wpół rozwiązany i poplamiony. Spodnie miała przetarte na kolanach, jedynie buty jeszcze jakoś wyglądały.
Nie była znaną szlachcianką, była po prostu kobietą która szlaja się po barach i hostelach. Raz nawet otrzymała niemoralną propozycję... Musiała uciekać ile sił w nogach, by napalony facet i jego dwóch kumpli nie postanowili siłą zmusić ją do kontaktu.
Głód jak na złość coraz mocniej dawał o sobie znać. Przystanęła i rozejrzała się po okolicy. Nie rozpoznawała tego miejsca, ale płynąca nieopodal rzeka miała ciekawy kolor. Czyży Baśniopisarka dotarła nad Herbacianą Rzekę?
Chcąc się o tym przekonać, skierowała swoje kroki ku brzegowi. Deszcz nie ustępował ale może jeśli napije się z rzeki herbaty, zagłuszy głód i będzie jej łatwiej iść dalej. Z resztą... Chyba mogła tu odpocząć. Okolica nie wyglądała na niebezpieczną.
Znalazła drzewo rosnące przy brzegu i tam się udała. Zdjęła z ramienia torbę i ułożyła ją pod koroną razem z kapeluszem, a sama udała się po herbatę.
Była zimna jak lód a nurt rzeki był wyjątkowo wartki. Kobieta uklękła nad krawędzią i zebrała w dłonie nieco napoju. Nie zwracając uwagi na smak, wypiła porcję, potem drugą, trzecią, czwartą... Piła łapczywie, zastępując herbatą posiłek.
Kiedy wreszcie burczenie ustąpiło, poczuła się straszliwie zmęczona i senna. Wróciła pod drzewo, usiadła pod im, opierając plecy o pień i pochyliła głowę, zamykając oczy. Zapadła w sen, który niestety nie przyniósł jej ukojenia a do złudzenia przypominał zawieszenie, które następuje przy wycieńczeniu organizmu.
Powrót do góry Go down
Vyron
Godność : Vyron Laraziron
Wiek : Wygląda na 30 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Lubi : Wystawne bale, turnieje, polowania, dworskie intrygi, pojedynki, bezwarunkowe posłuszeństwo, być w centrum uwagi
Nie lubi : Nieposłuszeństwa, braku szacunku, głupoty, osób niezorganizowanych, istot niższego stanu
Wzrost / Waga : 182 cm / 76 kg
Pod ręką : Sakiewka z pieniędzmi, sakiewka z kryształowym pyłem, pałasz, rewolwer czarnoprochowy typu Le Mat, sztylet w cholewie buta.
Zawód : Dręczyciel ludu pracującego i pasożyt społeczny
Broń : Pałasz, rewolwer typu Le Mat, sztylet w bucie
Stan cywilny : Wolny
Specjalne : Administrator, Mistrz Gry
Vyron

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty21/6/2019, 23:02
Po raz kolejny opuścił swoją rodową siedzibę wraz z pierwszymi promieniami słońca przesączającymi się pomiędzy lodowymi szczytami. Miał dziś sprawdzić co prezentuje sobą nowa kucharka, a mimo to obowiązki i wewnętrzny przymus okazały się silniejsze. Zabrał tylko  standardowy prowiant na trzy dni i wyruszył w drogę. Nie potrzebował aż tyle jedzenia, ale przez te wszystkie lata, nauczył się, że lepiej jest mieć więcej i nie potrzebować, niż mniej i potrzebować. Zapakował na konia koce, śpiwór, derę dla konia, worek z furażem, gitarę, kilkanaście suchych szczap, zapasowe ubrania i inne utensylia podróżnicze po czym pognał w kierunku Herbacianych Łąk.
Czasem miał wrażenie, że tak naprawdę, nie ma w Krainie Luster miejsca, które mógłby nazwać domem. Może i kiedyś takowe miejsce istniało, ale teraz już nie. Teraz, jak w starych balladach śpiewanych przez dziadka, pozostał mu tylko ostry pałasz, wierny koń i bezkres świata.
Około południa niebo zasnuły chmury, a z nieba koloru ołowiu zaczął padać chłodny deszcz. Budowa posuwała się na przód. Widać było już zarysy tego, co za jakiś czas stanie się cytadelą Nebelhof, ale to ciągle nie było to, czego oczekiwał. Postęp był jego zdaniem nieadekwatny do zainwestowanych środków. W prawdzie podziemna trasa transportowa już istniała i funkcjonowała, ale budowa zasadniczej struktury pochłaniała co raz więcej środków. Jedna piąta dochodów z całości ziem szła na budowę i magiczne wzmocnienia murów. Nawet on, pomimo posiadania sieci kopalń magicznych minerałów i trzymaniu w garści niemal stu procent przemysłu wydobywczego (złoto, srebro, platyna), odczuwał koszty tej budowy. Niemniej wiedział, że ta inwestycja za jakiś czas bardzo mu się opłaci.
Opuścił nieco głowę i uśmiechnął się pod nosem. Po rondzie kapelusza, który miał na głowie, spłynął maleńki wodospad, który rozbił się na łęku siodła na setki maleńkich kropelek.  
Herbaciana rzeka szumiała cicho, gdy uderzały o nią spadające z ciemnego nieba krople wody. Nie ponaglał konia do szybszego kroku, wiedząc, że jeśli zwierzę poślizgnie się na rozmoczonej glebie, może doznać poważnej kontuzji. Prawda jest taka, że mógł pomyśleć zawczasu i nakazać podkuć konia podkowami sztyftowymi, przeciwpoślizgowymi lub choćby takimi, w które w dowolnej chwili można wkręcić hacele. On jednak uznał, że nie będzie podkuwał swojego ogiera z obawy o to, że zerwanie podkowy, mogło grozić poważniejszym uszkodzeniem puszki kopytowej. Brał pod uwagę także to, że nawet najlepsze podkowy, zwłaszcza w trudnym terenie jakim były Kryształowe Pustkowia, utrzymują strzałkę ponad podłożem, przez co przenoszą obciążenia na ściany boczne kopyta i zmniejszają jej właściwości do amortyzacji uderzenia kopytem o podłoże. Cóż, jak za każdą decyzję, tak i za tę przychodziło teraz zapłacić.
Poklepał ogiera po szyi i skierował go w stronę jednego z okolicznych drzew. Typowym dla wszystkich obozujących w polu lub na trakcie pod drzewami zwyczajem, objechał drzewo dookoła w dość sporym oddaleniu. Poszukiwał śladów wkoło drzewa lub przetarć w koronie. Znamion, że drzewo używane jest przez ludzi lub zwierzęta za kryjówkę albo zwykłą bazę wypadową.
Nie znalazł niczego takiego, ale pod drzewem dostrzegł siedzącą dziewczynę.
Padający deszcz, mokra i śliska ziemia, brak łopoczącego płaszcza, zmęczenie, śliski od wody rząd koński, brak podków u konia, zryw do galopu groził upadkiem.
Mózg szybko przeanalizował sytuację.
Zeskoczył z konia i złapawszy go za uzdę, wolnym krokiem, podszedł w stronę dziewczyny. Z kieszeni spodni wyjął garść kryształów i rozrzucił je w koło. Użył mocy, i uformował  nad dziewczyną, koniem i sobą spore, kopulaste schronienie przypominające kształtem literę „C” z mniejszym „c” przypominającym piec z kominem, a znajdującym się pośrodku schronienia i skierowanym wylotem do jego środka .
Herbaciana Rzeka LxDuv9H
Samo wznoszenie schronienia z kryształu nie wydawało żadnego dźwięku. Konstrukcja otoczyła drzewo wspierając się na nim mniej więcej w połowie pnia. Zakrył koniowi chrapy i wprowadził go pod kopułę. Zdjął z juków worek z furażem i podpiąwszy go do ogłowia zaczął ogiera rozkulbaczać i czyścić. Gdy skończył, okrył zwierzę derą i zajął się przygotowywaniem noclegu dla siebie.
Tak cicho jak tylko mógł rozpalił ogień w kryształowym palenisku i umościł sobie posłanie w bezpiecznej odległości od dziewczyny.
Jeszcze nie nadeszła pora kolacji zatem wyjął gitarę i brzdąkając sobie zaczął cicho śpiewać piosenkę, którą przetłumaczył z języka Ludzi jego dziadek. Była to piosenka o wyprawie razem z koniem w sam raz na taką pogodę jak ta.
W międzyczasie ogień płonący w kominku wypełnił schronienie przyjemnym ciepłem.
Powrót do góry Go down
Iris
Godność : Iris
Wiek : Wizualnie 25 lat
Rasa : Baśniopisarz
Wzrost / Waga : 175/70
Znaki szczególne : Krzywo przycięte, brazowe włosy. Zielone oczy.
Aktualny ubiór : Koszula i spodnie podróżne należące do Vyrona. Skórzane, zniszczone buty. Zniszczony kapelusz z piórem.
Pod ręką : Zwój papieru, pędzel i czarny tusz. Torba z rzeczami.
Broń : Bat.
Stan zdrowia : Lepiej nie pytać.
Iris

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty21/6/2019, 23:58
Śniła o domu. O wielkim ogrodzie pełnym kwiatów w najróżniejszych kolorach, pełnym krzewów, krzywo przystrzyżonych, bo przecież żadne z domowników nie miało pojęcia o ogrodnictwie. Śniła o miękkiej trawie, śpiewie ptaków. O motylach, przysiadających na uginających się od nektaru roślinach. Słyszała szczek psów, nawoływanie Christophera.
Stała w środku ogrodu z pędzlem w dłoni. W drugiej miała paletę z farbami, a przed nią stała duża sztaluga. Rozpoczęty obraz przedstawiał duży, jasny budynek, oświetlony promieniami słońca. Wiatr poruszał leniwie jej długimi, tęczowymi włosami. Biała sukienka którą włożyła, nosiła już ślady farb, nieopatrznie rozmazanych na materiale. Ale ni przejmowała się takimi rzeczami. Była przecież szczęśliwa.
Śmiech dziecka nagle rozległ się gdzieś pomiędzy drzewami. Baśniopisarka wychyliła się zza obrazu by dojrzeć źródło dźwięku. Poczuła rozlewające się w jej sercu ciepło, kiedy jej oczom ukazał się obraz małej dziewczynki, uciekającej ze śmiechem i piskiem przed Terrym, trzymającym w dłoniach konewkę. Dookoła nich biegały szczeniaki, już nie takie małe. Rory, stateczny samiec, leżał obok niej i dostrzegła go dopiero teraz. Podniósł łeb i poruszył uszami, zaniepokojony dźwiękiem.
Iris schyliła się i pogłaskała seniora. Zwierzę zamerdało wdzięcznie ogonem i powróciło do drzemki. Kobieta zaśmiała się i ponownie spojrzała z rozczuleniem na scenę.
W końcu Christopher i mała, dobiegli do niej. Tuż przed sztalugą ojciec puścił konewkę i złapał dziewczynkę a następnie podrzucił w górę, ku jej radości. Śmiech zastąpił śpiew ptaków.
Chciała coś powiedzieć, ale z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk. wyciągnęła ku nim dłoń, żeby zwrócić na siebie uwagę. Terry łaskotał dziecko śmiejąc się głośno, w końcu jednak musiał przestać, bo mała z trudem łapała oddech.
- Tatusiu? A gdzie jest mama? - zapytała nagle pyzata istotka. Marionetkarz posłał dziecku uśmiech.
- Jak to gdzie głuptasku. - powiedział i zmierzwił jej czarną grzywkę - Jest w domu, przygotowuje obiad.
- A może chciałaby się z nami pobawić? - zapytała z nadzieją dziewczynka. Ojciec ponownie zaśmiał się i odwrócił w stronę domu, po czym zawołał głośno... używając imienia, które przecież Iris znała. Znała to imię. Tak często pojawiało się w dokumentach Christophera... Ostry podpis. Imię i nazwisko kobiety, która z nim pracowała.
Baśniopisarka spojrzała w stronę domu. Na horyzoncie pojawiła się elegancka kobieta, czarnowłosa w sięgającej kolan ołówkowej spódnicy i horrendalnie wysokich szpilkach. Mimo trawy, podeszła do nich kręcąc biodrami. A właściwie podpłynęła, bo Iris zauważyła, że lekko unosi się nad gruntem.
Zamarła. Ta kobieta... była nową partnerką Chrisa. Zbliżyła się do niego i złożyła na jego ustach pocałunek, brudząc go przy tym szminką.
- Mamusiu, pobawisz się z nami w ganianego? - zapytała dziewczynka.
- Nie mogę. Nie mam na tyle siły by biegać. - zaśmiała się wdzięcznie i spojrzała na Terrego z miłością w oczach - Twoi braciszkowie bardzo mi dziś dokuczają. - dodała i pogładziła pękaty brzuch.
Iris dopiero teraz zauważyła, że była w zaawansowanej ciąży! Najwidoczniej było blisko rozwiązania, bo brzuch miała przeogromny!
- No, biegnij sama. Uciekaj, zaraz zacznę gonić! - Marionetkarz pchnął lekko dziecko na co córka zerwała się do dzikiego pędu i już po chwili zniknęła w chaszczach.
Terry przyciągnął nową partnerkę do dzikiego, łapczywego pocałunku, przez co jej szminka całkowicie rozmazała się na ich ustach i szczękach. Mężczyzna warknął, rozochocony.
- Przestań, bo mała zobaczy. - zaśmiała się kobieta - A poza tym... wiesz, że już nie mogę. Za chwilę rozwiązanie.
- Uch, mam nadzieję, że za chwilę. - powiedział Chris i ponownie ją pocałował.
- Zaraz urodzę kolejną dwójkę, jeszcze ci mało? - zakpiła, ale chyba nie do końca nie miała ochoty na pieszczoty swojego partnera.
- No pewnie! Kiedy cię widzę... nie mogę się powstrzymać. Z resztą, przecież już mówiłem, marzy mi się gromadka dzieci. Trójka to dopiero początek. - wymruczał i pociągnął kobietę, by razem udali się w stronę domu.
Baśniopisarka patrzyła na nich, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Chciała krzyczeć, bo przecież ta lafirynda odebrała jej dom, odebrała jej Terrego! Ale... On był szczęśliwy. Miał co chciał. Piękną żonę, urocze dziecko a kolejne w drodze...
- Iris! - Chris krzyknął głośno na co tęczowowłosa poderwała głowę, z nadzieją, że ją rozpoznał, że ją zobaczył - Iris! Mówiłem ci, żebyś nie ciągnęła psów na ogony! - dodał, najwidoczniej kierując słowa do córki - Uch, dobrze, że Roryego już z nami nie ma, bo dałby ci popalić...



Otworzyła powoli oczy, sklejone deszczem. A może łzami? Ciężko powiedzieć. Była wyczerpana a sen dodatkowo zszargał jej nerwy. Odebrał jakąkolwiek nadzieję, bo wyglądało na to, że nawet we śnie nie zazna spokoju.
Nie ruszała się przez chwilę, nasłuchując, bo do jej uszu dobiegała muzyka. Nie czuła już chłodu, deszcz nie rozbijał się na jej ciele. Nie marzła.
Uniosła głowę i spojrzała przed siebie. Znajdowała się w jakimś... budynku. Szklane ściany otaczały ją i rozpalony przed nią ogień, oraz siedzącego za nim rogatego mężczyznę.
Śpiewał. Wsłuchała się w słowa i po chwili odkryła, że piosenka opowiada o wędrowcu który przemierza świat ze swoim wiernym koniem. Jakby na potwierdzenie, stojący nieopodal rumak targnął łbem.
Baśniopisarka wpatrzyła się w tańczące płomienie. Blask odbijał się w jej zielonych oczach, nadawał twarzy zdrowych kolorów. Brakowało tylko uśmiechu, który mógłby przegnać wszystkie smutki.
- Umarłam. - powiedziała cicho kobieta, nie spuszczając oka z ognia, który był cudownym źródłem ciepła - Nareszcie umarłam. Teraz odnajdę spokój. - dodała i ponownie zamknęła oczy.
Było jej ciepło, chwilowo brzuch zaprzestał wygrywania marszu w kiszkach. Było jej dobrze. Od bardzo dawna, poczuła się w końcu bezpieczna.
Po chwili otworzyła oczy i spojrzała na mężczyznę spod półprzymkniętych, wymęczonych powiek.
- Sądziłam, że po śmierci trafię do miejsca, gdzie będę mogła malować, będę otoczona malarzami. Ale śpiewacy to też artyści... - powiedziała cicho, półprzytomna - Ma pan piękny głos. Mógłby pan zagrać... - chciała wyciągnąć dłoń i wskazać na gitarę, ale kończyna wierzgnęła tylko niemrawo, zdradzając wyczerpanie - ...coś jeszcze? Skoro nie żyję, chcę wypocząć przy pana muzyce. Tak. Nareszcie umarłam. - odchyliła głowę w tył i uśmiechnęła się błogo, czekając na kolejną piosenkę, nie zdając sobie sprawy do kogo mówi. Nie wiedząc nawet, że nadal żyje a siedzący naprzeciw niej mężczyzna, jest znanym w okolicy Arystokratą. Znanym ze swojego okrucieństwa Lordem Larazironem.
Powrót do góry Go down
Vyron
Godność : Vyron Laraziron
Wiek : Wygląda na 30 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Lubi : Wystawne bale, turnieje, polowania, dworskie intrygi, pojedynki, bezwarunkowe posłuszeństwo, być w centrum uwagi
Nie lubi : Nieposłuszeństwa, braku szacunku, głupoty, osób niezorganizowanych, istot niższego stanu
Wzrost / Waga : 182 cm / 76 kg
Pod ręką : Sakiewka z pieniędzmi, sakiewka z kryształowym pyłem, pałasz, rewolwer czarnoprochowy typu Le Mat, sztylet w cholewie buta.
Zawód : Dręczyciel ludu pracującego i pasożyt społeczny
Broń : Pałasz, rewolwer typu Le Mat, sztylet w bucie
Stan cywilny : Wolny
Specjalne : Administrator, Mistrz Gry
Vyron

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty22/6/2019, 01:42
Ogień napełniał schronienie przyjemnym ciepłem. Jego ciche i radosne trzaskanie było czymś co podczas nocy spędzanych w polu zdecydowanie podnosiło morale. Wiedział, że za jakiś czas będzie musiał do niego dołożyć a następnie wyjść poszukać opału, ale odwlekał tę chwilę tak długo jak się tylko dało.
Może i był arystokratą. Może i nosił maskę stosowną do zajmowanej pozycji społecznej, ale ponad wszystko był żołnierzem. Atamanem Konnej Armii. Przez ostatnie sto, czy tam sto pięćdziesiąt lat, przywykł do życia pod gwiazdami. W przeciwieństwie do innych arystokratów nie miał wygórowanych potrzeb. Cieszyły go takie drobnostki jak odrobina ciepła dawanego przez płonący ogień, widok strzelających iskier, schronienie nad głową w deszczową noc, odrobina strawy w plecaku, gra na gitarze czy odrobina towarzystwa.
Przeniósł wzrok na dziewczynę.
Nie wyglądała na zabiedzoną ani wyniszczoną. Delikatne cienie pod oczyma, włosy obcięte byle jak w połączeniu z dość solidnym ubraniem pozwalały sądzić, że śpiąca należała do tej grupy osób, które całkiem niedawno los porządnie kopnął w dupę. Smutny uśmiech przepełzł po jego wargach.
- Co, myślałaś, że masz już wszystko? Szczęście, dom, rodzinę, że życie się ułożyło i od teraz wszystko będzie jak w bajce? Nic nie wskazywało na to, że zaraz dostaniesz soczystego kopa w dupę i wszystko, marzenia, pragnienia i całe szczęście pójdzie się jebać, prawda? Tak to już jest. – pomyślał, popatrzył w ogień i sięgnął po niewielki bukłak przy jukach, w którym była gorzałka. Odkorkował, wziął solidny łyk i „zakąsił rękawem”.
Alkohol uciszył dalsze smętne myśli, a dźwięki gitary przegnały je precz.
Ponownie popatrzył na dziewczynę w chwili gdy ta właśnie otworzyła oczy i przemówiła.
Słuchał jej słów i starał się odnaleźć w nich sens. Jakaż to tragedia jest tak ostateczna i niezmierzona by nieodwracalnie odebrać chęć do życia?
- Jeśli takie jest twoje życzenie. - powiedział sucho
Postanowił spełnić jej prośbę. Uderzył w struny i ponownie zaśpiewał piosenkę. Tym razem w jedynym znanym sobie obcym języku. Ta już nie był o koniu. Tym razem piosenka była o jakiejś Jenny , która nie chciała odejść.
- Ja z kolei wierzę, że kiedy moja droga dobiegnie końca, dane mi będzie odzyskać to co utraciłem. – powiedział w przestrzeń schronienia dość gorzko, ale jego twarz pozostała niezmienna. Pozostawała martwa i bez wyrazu, jakby miał na niej idealną maskę - Tymczasem wstań i przebierz się. To czego tu brak, to nieboszczka z katarem. – powiedział wstając i opierając gitarę o pień drzewa.
Wyjął z juków koc i zastępczy zestaw ubrań. Były męskie, szorstkie i pewnie trochę zbyt obszerne na dziewczynę, ale za to czyste i pachnące. Miały zapach czarnego pieprzu, kadzidła, skóry, szałwii i paczuli z nutami przyprawowymi i drzewnymi. Co innego miał zrobić? Przecież nie woził ze sobą damskich fatałaszków w popularnych rozmiarach a dziewczyna nie mogła cały czas leżeć na ziemi w mokrych ciuchach.
- Wybacz, ale nie odwrócę się do ciebie plecami. Nie chcę jednak byś czuła się skrępowana. – powiedział bez złośliwości trakcie zakładania na siebie lekko podeschłego płaszcza i kapelusza - Pójdę po opał, wygląda na to, że czeka nas tu chłodna noc.
Powiedziawszy to wyszedł w zapadającą noc przecinana strugami deszczu.
Wrócił jakiś czas później z naręczem wilgotnego drewna.
Nawet nie spojrzał na dziewczynę.
Nie widział czy ta się przebrała czy też nie.
- Pewnie jesteś głodna? – bardziej stwierdził niż zapytał - Za chwilę zjemy kolację.
Ukucnął przy palenisku i z wolna zaczął dokładać do niego mokre gałęzie i kawałki drewna.
Siwy dym ruszył kominem ku górze a ogień łapczywie zaczął obejmować drewno i wyciskać z niego nagromadzoną wodę.
Powrót do góry Go down
Iris
Godność : Iris
Wiek : Wizualnie 25 lat
Rasa : Baśniopisarz
Wzrost / Waga : 175/70
Znaki szczególne : Krzywo przycięte, brazowe włosy. Zielone oczy.
Aktualny ubiór : Koszula i spodnie podróżne należące do Vyrona. Skórzane, zniszczone buty. Zniszczony kapelusz z piórem.
Pod ręką : Zwój papieru, pędzel i czarny tusz. Torba z rzeczami.
Broń : Bat.
Stan zdrowia : Lepiej nie pytać.
Iris

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty22/6/2019, 02:24
Mężczyzna odezwał się głębokim, ciemnym głosem po czym zaczął nową pieśń, tym razem w dziwnym, nieznanym kobiecie języku. Nawet nie próbowała wychwycić obco brzmiących słów. Korzystała z chwili, w której mogła ukoić nerwy. Muzyka wypełniła szklane pomieszczenie kojącymi tonami. Iris dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo podoba jej się dźwięk gitary.
Mniej więcej w połowie piosenki spojrzała na niego badawczo. Najpierw skupiła się na dłoni szarpiącej struny, potem na drugiej, trzymającej gryf, nadającej instrumentowi tor gry. Akordy które łapał były czyste a melodia wpadała w ucho. Już po chwili dziewczyna mogła próbować nucić piosenkę, bez słów. Nie robiła tego jednak, bo wolała posłuchać jego.
Kim był? Miał rogi i dość twardy sposób bycia, tak wywnioskowała z jego słów i tonu głosu. Niemniej rozpalił ognisko i dotrzymał jej towarzystwa. A może po prostu takie miał zadanie - poprowadzić ją do Krainy Umarłych.
Gdy skończył grać, akurat patrzyła na jego twarz, podziwiając kolor oczu. Złapała się na kontemplowaniu intensywności barwy, już dawno nie widziała tak jadowitej zieleni. Może gdyby użyła czystego pigmentu, udałoby jej się odtworzyć ją. Może mogłaby namalować jego portret...
Jego stwierdzenie sprawiło, że Baśniopisarka spuściła wzrok. Poczuła się jak dziecko, które zadało niestosowne pytanie albo poruszyło drażliwy temat. Nie chciała drążyć, dlatego wycofała się i postanowiła nie odzywać niepytana. Było w nim coś władczego. Może przez te rogi? Najwidoczniej nawet w Krainie Umarłych rogaci są klasą rządzącą.
Przyglądała mu się kiedy wstał, odłożył gitarę i wyjął zawiniątko ze swoich bagaży. Nie odważyła się ruszyć, by nie stracić nagle ciepła które wydzielało ognisko, nie rozwiać widzenia jakie ukazało jej się po śmierci. Nie czuła bólu i chciała, by tak pozostało. Jedyne co faktycznie jej doskwierało, to mokre od dołu ubranie - siedziała na gołej ziemi, która powoli już stygła oddając ciepło nocy.
Odebrała ubrania ostrożnie. Po co to robił? Dlaczego okazywał litość, skoro tutaj już nic jej się nie stanie? Martwi nie potrzebują pomocy.
A jednak przyjęła zestaw i przycisnęła do piersi, jakby podarek był czymś naprawdę ważnym. Skłoniła się lekko, niepewnie w podzięce i odczekała aż ten wyjdzie poza dziwny budynek.
Miała chwilę by się rozejrzeć. W pobliżu stał koń, zadbany i dobrze odżywiony. Nie podchodziła, bo nie chciała drażnić zwierzęcia. Wstała na chwiejnych nogach i ostrożnie zaczęła się rozbierać, nasłuchując czujnie powrotu rogatego jegomościa.
Ubrania były męskie i za duże, ale przede wszystkim suche i czyste. Kiedy Iris założyła koszulę na gołą skórę i poczuła woń, odruchowo otuliła się ramionami, pozwalając sobie na chwilę nieuwagi. Wciągnęła nosem zapach, uśmiechając się błogo. Nie sądziła, że po śmierci będzie czuć zapachy.
Następne były spodnie - musiała je związać sznurkiem wyjętym z gorsetu, bo inaczej spadłyby przy pierwszej próbie ruchu. Skarpety śmiesznie wisiały na jej stopach, ale zostawiła je na nogach, wyciągając na chwilę ku dogasającym płomieniom.
Uśmiechnęła się promiennie, bo nagle poczuła się wyjątkowo dobrze. Nowe ubrania dały jej chociaż namiastkę czystości a płomienie ogrzewały zmarznięte ciało.
Po chwili wsunęła swoje buty, wsuwając nogawki spodni do środka, przez co dolna część ubioru wyglądała jak stylowe hajdawery. Spód koszuli związała w pasie, żeby luźny spód nie wpuszczał do środka chłodnego, nocnego powietrza. No i pod koszulą była naga, więc nie mogła ryzykować, że w razie podwinięcia się ubrania, wszystko wyjdzie jej na wierzch.
Kiedy była już ubrana, spojrzała w bok na odstawioną gitarę. Mężczyzna nie wracał, więc chwyciła z nabożną czcią instrument i ułożyła go sobie na wyprostowanych nogach tak, by absolutnie nie dotykał ziemi.
Gitara była piękna. Baśniopisarka dotknęła drewna, przejechała po nim palcami badając powierzchnię. Nie znała się na instrumentach, ale ten wzbudzał jej zachwyt.
Pociągnęła delikatnie za strunę, potem kolejną. Nie wiedziała jak chwycić gryf by wybijać dobre dźwięki, dlatego pozostawiła go w spokoju. Odnalazła za to dwie pasujące nuty i trącając z czułością stalowe linki, zaczęła nucić śpiewaną przed chwilą przez rogatego piosenkę, starając się jak najwierniej odtworzyć melodię, która jej się spodobała.
Nie zauważyła kiedy pojawił się w środku 'domku'. Kiedy się odezwał, drgnęła wystraszona i szybko odłożyła gitarę, uważając, by jej nie strącić. Na jej twarzy pojawił się rumieniec wstydu.
- Przepraszam. - bąknęła cicho, podkulając nogi. Cała pachniała mieszanką, którą były zasypane ubrania. Zapach był miłą odmianą po nocach w szemranych hotelach, w pościeli która w najlepszym razie pachniała tylko szczurzymi szczynami.
Patrzyła na niego gdy dokładał drewna i zastanawiała się, co będzie dalej. Gdzie powinna się udać, czy mężczyzna faktycznie poprowadzi ją w miejsce, gdzie odnajdzie spokój?
- Ja... Nie mam pieniędzy. - wydukała ostrożnie, patrząc w ziemię i skubiąc jeden z mankietów - Powinnam... ale nie mam czym zapłacić. Nie mam też ze sobą niczego cennego na wymianę. - zrobiło jej się wstyd i poczuła jak niechciane łzy napływają jej do oczu. Zamrugała szybko i udało się je odgonić, ale nie pozbyła się okropnego uczucia. Znowu była zdana na czyjąś łaskę. Jej historia zatoczyła koło, znowu stała się brudną, żebrzącą bezdomną.
Cóż za ironia losu.
Powrót do góry Go down
Vyron
Godność : Vyron Laraziron
Wiek : Wygląda na 30 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Lubi : Wystawne bale, turnieje, polowania, dworskie intrygi, pojedynki, bezwarunkowe posłuszeństwo, być w centrum uwagi
Nie lubi : Nieposłuszeństwa, braku szacunku, głupoty, osób niezorganizowanych, istot niższego stanu
Wzrost / Waga : 182 cm / 76 kg
Pod ręką : Sakiewka z pieniędzmi, sakiewka z kryształowym pyłem, pałasz, rewolwer czarnoprochowy typu Le Mat, sztylet w cholewie buta.
Zawód : Dręczyciel ludu pracującego i pasożyt społeczny
Broń : Pałasz, rewolwer typu Le Mat, sztylet w bucie
Stan cywilny : Wolny
Specjalne : Administrator, Mistrz Gry
Vyron

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty22/6/2019, 04:37
Zapewne zbierałby drewno dalej, ale dźwięk potrącanych strun, odbity i zwielokrotniony przez kryształową kopułę, oznaczał, że dziewczyna prawdopodobnie już się przebrała i z wolna zaczynała przyzwyczajać się do jego towarzystwa. A mówiąc dokładniej, do towarzystwa przedmiotów z nim związanych. Nawet nie przeszło mu przez głowę to, że dziewczyna mogłaby próbować cokolwiek ukraść. Byli na otwartym terenie, a ona była osłabiona. Nie uciekłaby zbyt daleko.
Spora kupa drewna na rękach zaczynała mu nieco ciążyć, a do tego deszcz zaczynał padać co raz bardziej. Zanosiło się na kolejną ulewę a może nawet jakąś gwałtowną burzę. Cóż, w takim wypadku drobne przyjemności towarzyszące wędrówce takie jak suche ubrania, ciepłe schronienie, ogień, strawa, towarzystwo czy muzyka zamieniają się w prawdziwe skarby.
Oszacował, że ilość uzbieranego drewna nie jest jeszcze wystarczająca na to, by przetrwać w komfortowych warunkach całą noc. Odłożył uzbierane drewno na kupkę i mając wolne ręce ruszył zbierać dalej. Znalazłszy kilka obłamanych gałęzi grubości męskiego przedramienia połamał je, zniósł na usypaną wcześniej stertę i całość podniósł ponownie.
Teraz mieli dość opału by móc rozkoszować się ciepłem ognia przez całą noc i kawałek poranka.
Zbliżając się do schronienia słyszał jak dziewczyna stara się odtworzyć graną przez niego piosenkę. Całkiem nieźle jej to wychodziło.
Przez chwilę słuchał jej gry, ale gdy woda z ronda kapelusza polała mu się za kołnierz wszedł do środka.
Położył drewno na ziemi po czym zdjął z siebie przemoczony płaszcz i kapelusz.
Powolnym krokiem podszedł do ognia.
Lubił to uczucie narastającego ciepła. Przez chwilę patrzył się na kryształowy komin. Lada chwila ciepło ognia rozejdzie się po kryształowych ścianach schronienia i w środku zapanuje przyjemna, domowa temperatura.
Uklęknął przy palenisku bo ziemia w tej okolicy była niemal całkiem sucha.
- Należała do mojego dziadka. – powiedział głosem totalnie pozbawionym emocji, wybierając odpowiednie kawałki drewna i dokładając je do ognia - Ma wprawdzie trzy i pół a może cztery tysiące lat, ale to dobry instrument.
Koń zaparskał cicho i podrzucił łbem. Torba po obroku odczepiła się i spadła z ogłowia. Arystokrata wstał podszedł do konia, poklepał go po szyi, przeczesał palcami kosmyk grzywy pomiędzy uszami i poprawił wzmocniony nachrapnik. Charakterystyczną cechą wszystkich kiełzn używanych przez Vyrona i jego ludzi, był brak wędzideł. Zbyt często widział przypadki koni cierpiących z powodu brutalnego użycia munsztuka czy z zębami pokruszonymi przez wędzidła.
- Pić ci się chce? – powiedział do konia związując derę pod jego brzuchem - To idź się napić.
Poruszył palcami a kryształowe ściany wydłużyły się tworząc szeroki korytarz w stronę płynącej rzeki. Koń widocznie przyzwyczajony do działania mocy swojego opiekuna, potrząsnął tylko łbem i unosząc ogon ruszył w stronę wodopoju.
Przez chwilę patrzył w ślad za koniem czy ten dobrze stawia kopyta, ale nie znalazł niczego co wskazywałby na jakąkolwiek kontuzję.
Wytrzepał i zwinął worek, w którym wcześniej był koński pokarm po czym powrócił do dziewczyny.
- Ładnie grałaś. Co ciekawe masz słuch absolutny, a to rzadkość. – powiedział wyjmując z juków zapas pokarmu w postaci dwóch bukłaków wody, chleba, sucharów, suszonego mięsa, suchej kiełbasy, opakowanej w natłuszczony papier marmolady, twardego żółtego sera oraz suszonych owoców i warzyw - Proszę, jedz.
Zaczął jeść pierwszy, żeby zachęcić dziewczynę i przełamać jej onieśmielenie.
Podniósł z ziemi jeden z odłamków kryształu, które wcześniej rozrzucił, a ten, leżąc na jego dłoni przekształcił się w nóż.
Piekielnie ostry majcher bez najmniejszego problemu odciął kawał kiełbasy i pajdę chleba. Po użyciu odłożył nóż koło chleba.
Już maił oprzeć się wygodnie o drzewo gdy dziewczyna odezwała się po raz kolejny. Tym razem odnośnie pieniędzy. Słysząc jej słowa odwrócił głowę i popatrzył jej prosto w oczy.
Jego twarz wydawała się być całkowicie pozbawiona emocji, ale w jadowicie zielonych oczach zdawały się płonąć maleńki iskierki rozbawienia.
- Nic nie szkodzi, ja mam – powiedział spokojnie, ale przez jego oblicze nie przemknął nawet cień uśmiechu - Chcesz trochę?
Nie czekał na odpowiedź, gdyż ta mogłaby być odmowna.
Wyjął z kieszeni na piersi (jedną z wielu) niewielką sakiewkę z dziesięcioma złotymi monetami (nie nosił drobnicy) i podał dziewczynie - Proszę, – nie zaśmiał się, nie cofnął ręki ani nie uczynił nic, co mogło wskazywać na to, że jego działanie to tylko wredny dowcip. Jeśli Iris nie wyciągnęła ręki po sakiewkę to położył jej ją na kolanach.
- Myślę, że tobie przydadzą się bardziej. – powiedział a jego usta po raz pierwszy wygięły się w lekkim uśmiechu. - A teraz jedz, bo  suchy prowiant stygnie.
Koń zarżał radośnie gdzieś znad rzeki i chwilę później powrócił popisując się niemal idealnym pasażem z wysokim unoszeniem kopyt. Widać było, że jest szczęśliwy.
Podszedł do siedzącego na ziemi Vyrona i pochyliwszy łeb zaczął go trącać chrapami. Mężczyzna westchnął, wziął suchara i podał ogierowi. Koń zjadł kawałek chleba po czym przeniósł łeb na drugą stronę i ponownie zaczął trącać mężczyznę.
- Nie wiedziałem, że mam ze sobą dwa konie, ale skoro tak, to proszę. – wyjął kolejnego suchara i podał wierzchowcowi, który zjadł go ze smakiem i ponownie przeniósł łeb na poprzednie miejsce udając, że jest trzecim koniem.
- No, to jak mam aż trzy konie, to za chwilę jednego przerobimy na pieczeń – powiedział zamykając oczy, a na jego ustach pojawił się miły, delikatny uśmiech.
Koń pochylił łeb nad głową mężczyzny i parsknął Vyronowi między rogi z taka siłą, że aż rozczochrał mu włosy. Zadowolony z siebie zarżał cicho po czym odszedł na swoje miejsce aby tam przez chwilę postać a później się położyć.
Arystokrata tymczasem oparł się o drzewo i spokojnie jadł swoją porcję strawy. Czyż życie nie jest piękne ?
Powrót do góry Go down
Iris
Godność : Iris
Wiek : Wizualnie 25 lat
Rasa : Baśniopisarz
Wzrost / Waga : 175/70
Znaki szczególne : Krzywo przycięte, brazowe włosy. Zielone oczy.
Aktualny ubiór : Koszula i spodnie podróżne należące do Vyrona. Skórzane, zniszczone buty. Zniszczony kapelusz z piórem.
Pod ręką : Zwój papieru, pędzel i czarny tusz. Torba z rzeczami.
Broń : Bat.
Stan zdrowia : Lepiej nie pytać.
Iris

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty22/6/2019, 18:36
Gdy powiedział jej, jak stara była jego gitara, spojrzała na nią zaskoczona i poczuła się głupio, bo bez pytania wzięła przedmiot, który na pewno miał dla niego ogromną wartość sentymentalną. Tym bardziej przeprosiny były tu na miejscu.
Nie była zbyt rozmowna, ale czy można się było temu dziwić? Jej świat zawalił się, ona nawet nie bardzo wiedziała, czy ta scena jest prawdziwa. Czy żyje, czy już umarła.
Obserwowała spod rzęs poczynania mężczyzny. Podszedł do konia i pozwolił mu wyjść, ot tak. Nie pojmowała jak można było tak zaufać otoczeniu i puścić zwierzę samopas. A co, jeśli koń nie wróci? Co, jeśli ktoś zrobi mu krzywdę albo go skradnie... Chociaż patrząc po zachowaniu wierzchowca, był przywiązany do swojego pana. Iris nie znała się na relacjach między zwierzęciem a istotą innego gatunku, dlatego ciężko było jej obrać jakieś stanowisko. Zawsze marzyła, by nauczyć się jeździć konno, ale jakoś nie było okazji. A teraz tym bardziej nie będzie.
W jego ruchach było tyle spokoju. Nie przejmował się otoczeniem, chłodem i odmiennymi od domowych warunkami. Uwolnił zwierzę i pozwolił mu odejść w stronę wody. To co zrobił w następnej kolejności zaparło kobiecie dech w piersi.
Otworzyła szeroko oczy, nie wierząc temu co ujrzała. Stworzył długi korytarz dla konia, by ten spokojnie dotarł do rzeki. Był zrobiony ze szkła a może... z kryształu? Ciężko było odróżnić.
- Niesamowite. - powiedziała cicho, patrząc na ściany i sklepienie domku, który najwidoczniej był dziełem mocy rogatego.
Kiedy usiadł przy drzewie, nieopodal niej, odruchowo przesunęła się, robiąc mu więcej miejsca. Właściwie chciałaby teraz mieć się do kogo przytulić, by po prostu zapomnieć o całym świecie, ale nie znała go i nie mogła sobie pozwolić na taką poufałość. Nawet jeśli dał jej ubrania i rozpalił ognisko.
- Dz-dziękuję. - bąknęła niepewnie i odruchowo dotknęła kosmyka krzywo przyciętych, brązowych włosów - Właściwie pierwszy raz miałam w dłoni instrument. - przyznała trochę śmielej - Nie znam się na muzyce. Potrafię malować. I żeglować, ale to chyba niewiele ma wspólnego ze sztuką. - ostatnie zdanie wypowiedziała cicho, bo brzmiało głupio. Niepotrzebnie chwaliła się umiejętnościami, pewnie i tak nie obchodzą go bardziej, niż zeszłoroczny śnieg.
Wspomnienie wzburzonego morza nagle pojawiło się w jej głowie i przysłoniło wszystkie przykre wydarzenia ostatnich dni. Ktoś mógłby pomyśleć, że jest wariatką, skoro sztorm działa na nią tak uspokajająco.
Spojrzała na niego niepewnie, kiedy ten wskazał jedzenie i sam zaczął jeść. Leżące jedzenie podziałało na nią jak aktywator, głośne burczenie wyrwało się z jej brzucha. Zawstydzona ścisnęła mocno trzewia, oblewając się rumieńcem i uciekając wzrokiem.
Siedział w oddaleniu a jednak był na tyle blisko, by poczuła się bezpieczniej. Jak dotąd nie próbował jej zabić, wręcz zaoferował pomoc. Tylko jak powinna się mu odpłacić?
Wyjął sakiewkę i położył na jej kolanach. Poczuła dreszcz, kiedy ciężar woreczka wskazał, że jest w nim niemało. Zmarszczyła brwi powstrzymując po raz kolejny płacz.
Chyba nie umarła. Martwi nie czują przecież głodu. Słyszała też, że Strachy, powstałe po śmierci, nie mają emocji. Nią zaś targały przeróżne emocje, od smutku po radość. Nie wiedziała, jak powinna się zachować.
I mimo, że nie umarła, poczuła się dobrze. Może tak właśnie miało być? Musiała sięgnąć dna, by ponownie wyciągnął ją z bagna jakiś nieznajomy? Obiecała sobie jednak, że nie może dopuścić do powtórki scenariusza. Nie może zakochać się w rogatym wybawicielu, bo jej serce należy do kogoś innego. Mimo odrzucenia.
Sięgnęła ostrożnie po jedzenie. Nie porwała go jak dzikus, mimo, że ślina napłynęła jej do ust. Była głodna, ale wypadało zachować maniery. Małymi kęsami zjadła to, co dostała, za każdym razem zerkając czujnie na swojego wybawcę. Nie wydawał się być specjalnie przejęty jej zabiegami, ale do samego końca starała się jeść w miarę elegancko. Co tylko potwierdzało, że nie zawsze była biedna.
Kiedy zbliżył się do nich koń, powróciwszy z wodopoju, spięła się lekko i podkuliła nogi, robiąc mu miejsce. Zwierzę zajęło się jednak swoim panem i śmiesznie dopominało się uwagi. A właściwie żebrało o jedzenie.
Obserwowała scenę z delikatnym uśmiechem. Poczuła jak ciepło rozlewa się po jej wnętrzu. Pełny brzuch, czyste ubrania i miła, niezobowiązująca rozmowa. Chyba tego jej było trzeba.
Kiedy koń parsknął między rogi mężczyzny, mierzwiąc mu ciemne włosy, nie wytrzymała i z jej ust wydobył się wdzięczny, melodyjny śmiech. Baśniopisarka odłożyła jedzenie i uniosła dłoń do ust, zakrywając je grzecznie ale jeszcze przez kilka sekund nie mogła powstrzymać śmiechu.
I gdy w końcu zdała sobie sprawę co zrobiła i jak nieładnie się zachowała, umilkła raptownie i spuściła pokornie głowę.
- Bardzo przepraszam... - powiedziała, świadoma, że nie powinna sobie pozwalać na ten wybuch. Jednocześnie w jej głowie zaświtał pomysł. Nie był najlepszy i jeśli faktycznie przejdzie do działania, będzie musiała zagryźć zęby. Odrzucić swoją moralność na rzecz manier.
Odczekała aż koń odejdzie i rogaty skończy jeść. Gdy to nastąpiło, przysunęła się lekko do niego, obserwując cały czas jego reakcje. Wreszcie wstała i przeszła przed niego, siadając na piętach. Na policzkach miała wyraźne rumiece a jej usta drżały, uciekała wzrokiem.
- Chyba wiem, jak powinnam się odwdzięczyć za pana dobroć. - powiedziała cicho i chwiejącymi się dłońmi, rozpięła górne guziki koszuli, pogłębiając dekolt. Jasna skóra zabarwiła się pomarańczowym blaskiem padającym od ognia. Kolejne rozpinała powoli, z każdym kolejnym zaczynała trząść się jeszcze bardziej. Nie z zimna, ze strachu.
Ale tak trzeba. W życiu nie ma nic za darmo. A przecież ona jednak nie umarła. Musi przestrzegać reguł.
Powrót do góry Go down
Vyron
Godność : Vyron Laraziron
Wiek : Wygląda na 30 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Lubi : Wystawne bale, turnieje, polowania, dworskie intrygi, pojedynki, bezwarunkowe posłuszeństwo, być w centrum uwagi
Nie lubi : Nieposłuszeństwa, braku szacunku, głupoty, osób niezorganizowanych, istot niższego stanu
Wzrost / Waga : 182 cm / 76 kg
Pod ręką : Sakiewka z pieniędzmi, sakiewka z kryształowym pyłem, pałasz, rewolwer czarnoprochowy typu Le Mat, sztylet w cholewie buta.
Zawód : Dręczyciel ludu pracującego i pasożyt społeczny
Broń : Pałasz, rewolwer typu Le Mat, sztylet w bucie
Stan cywilny : Wolny
Specjalne : Administrator, Mistrz Gry
Vyron

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty22/6/2019, 21:59
Usłyszawszy to, co powiedziała o sztuce, z wolna wstał i podszedł by dołoży nieco do ognia.
- Mylisz się. – stwierdził krótko pomiędzy wsuwaniem w żar kolejnych kawałków drewna - Sztuką jest każda umiejętność wymagająca talentu, zręczności lub specjalnych kwalifikacji. Prowadzenie okrętu po falach, w taki sposób by podległa ci załoga wróciła do domów cała i zdrowa, to sztuka tej samej klasy, jak stworzenie arcydzieła plastycznego czy muzycznego.
Powrócił na swoje miejsce i oprawszy się o drzewo rozkoszował się ciepłem ognia.
W brzuchy cicho zaburczało.
Nie tylko jemu kiszki z wolna zaczynały grać marsza. Opanował jednak uśmiech i zajął się jedzeniem swojej porcji. Starał się nie spoglądać na dziewczynę podczas jedzenia. Nie chciał, aby odczuwała dodatkowy dyskomfort. Już przyjęcie poczęstunku i pieniędzy od obcej osoby mogły ją spłoszyć.
Złośliwość niedoszłego ale przyszłego wałacha widocznie ją rozbawiła. Cóż, trzeba przyznać, że bydle miało pewne umiejętności komediowe. Przeczesał włosy i popatrzył na dziewczynę. Podobało mu się to, że ta ponura, niedoszła nieboszczka w końcu się zaśmiała.
- Rzadko słyszę szczery śmiech. Nie masz za co przepraszać. – powiedział patrząc na dziewczynę, a następnie biorąc w dłoń bukłak z wodą upił kilka łyków i kontynuował posiłek.
Gdy zjadł i rozkoszował się pwłnym brzuchem dziewczyna podniosła się ze swojego miejsca i ukucnęła przed nim.
Jej dalsze poczynania sprawiły, że nieznacznie uniósł w górę brew, a spodnie niemal od razu zdały się o kilka numerów zbyt ciasne.
Dziewczyna była ładna. Wstydziła się i drżała ze strachu. Gdyby tylko miała ciemniejsze włosy i niebieskie oczy …
Ugryzł się mocno w policzek od wewnętrznej strony. Ból i smak krwi w ustach nieco go otrzeźwiły. Choć żądza płonęła w nim, jak ogień w hutniczym piecu musiał się opanować.
- To nie jest metoda … – powiedział dotykając jej dłoni i zatrzymując to co zamierzała zrobić.
Myśli wyły jak stado potępieńców Zerżnij ją! Niech się do czegoś przyda skoro sama wyszła z inicjatywą! Zobacz jak się trzęsie … ! BIERZ JĄ KURWA! ale usta, zaprawione w sztuce dyplomacji nie słuchały.
Zacisnął nieco chwyt na dłoni dziewczyny i przyciągnął ją do siebie tak aby usiadł tuż koło niego. Gdy to zrobiła objął ją ramieniem.
- Płacz. – powiedział cichym spokojnym głosem a jego dłoń przesunęła się po jej włosach.
Gdyby tylko były ciemniejsze a oczy błękitne jak niezapominajki …
Sięgnął do kieszeni po chusteczkę, którą teraz trzymał w pogotowiu.
- Wylej to z siebie, a gdy wzejdzie słońce zaczniesz nowe życie. – powiedział obejmując ja i przytulając.
Nie śmierdziała aż tak bardzo jak przypuszczał. Cóż, może nie wszyscy mieszkańcy Krainy Luster to cuchnące robactwo…
Powrót do góry Go down
Iris
Godność : Iris
Wiek : Wizualnie 25 lat
Rasa : Baśniopisarz
Wzrost / Waga : 175/70
Znaki szczególne : Krzywo przycięte, brazowe włosy. Zielone oczy.
Aktualny ubiór : Koszula i spodnie podróżne należące do Vyrona. Skórzane, zniszczone buty. Zniszczony kapelusz z piórem.
Pod ręką : Zwój papieru, pędzel i czarny tusz. Torba z rzeczami.
Broń : Bat.
Stan zdrowia : Lepiej nie pytać.
Iris

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty22/6/2019, 22:44
Zamyśliła się, kiedy wypowiedział się na temat sztuki. Faktycznie, potrafiła żeglować. Już dawno tego nie robiła, ale znała morze jak własną kieszeń. Wiedziała, gzie lepiej się nie zapuszczać, gdzie są zdradzieckie mielizny i rafa. Znała porty, potrafiła oszacować gdzie najlepiej będzie dobić, by nie zdarto pieniędzy za cumowanie. Od biedy mogłaby nawet stanąć za sterem, uczył ją tego ojciec. Jak jednak poradziłaby sobie teraz, kiedy minęło już tak wiele lat od ostatniej wyprawy?
Spojrzała w ogień, żując swoją porcję jedzenia. Po dwóch dniach niejedzenia, ser i suchary wydały jej się być najlepszym delikatesem. Z resztą... nigdy nie miała delikatnego podniebienia. Ktoś, kto kompletnie nie potrafi gotować musi być twardy. Niejednokrotnie zjadała przygotowane przez siebie spalone pieczenie, zakalce czy wypijała beznadziejną herbatę. Nigdy nie narzekała.
Na jej śmiech zareagował uśmiechem. Kiedy się do niej odezwał, zarumieniła się i opuściła lekko zasłonę rzęs. Komplement był neutralny, ale był naprawdę miły. Nie sądziła, że jeszcze potrafi się tak śmiać.
Cała ta sytuacja sprawiła, że Iris poczuła się nieco pewniej. Na tyle, by usiąść przed nim i zacząć się rozbierać. W głowie miała mętlik, była zrozpaczona i jednocześnie spokojna. Burza myśli, istny sztorm w jej głowie sprawiał, że nie wiedziała gdzie podziać wzrok. Dodatkowo każdy rozpięty guzik odsłaniał coraz więcej, gęsia skórka na ciele zdradziła, że Baśniopisarka nie czuje się zbyt komfortowo.
Patrzył na nią, a ona na niego, z miną wystraszonego zwierzęcia, oczami wielkimi jak u łani. Błyszczały od łez, które tłumiła. Wypadało zapłacić. Tak. Tak wypadało.
Wyglądała z pewnością żałośnie. Trzęsła się jak osika, klęcząc przed nieznanym mężczyzną. Jeszcze kilka dni temu uciekała przed rozochoconymi mieszkańcami miasta, a teraz sama była gotowa oddać się mu pod kopułą z kryształu, w towarzystwie trzaskającego ognia i... konia.
Nie pomyślała o swojej bliźnie i tym, że chyba nie powinna współżyć. W tej chwili potrzeba odpłacenia była tak silna, bo była kwestią honoru niegdyś pewnej siebie, wesołej Baśniopisarki.
Kiedy wyciągnął dłoń, zamarła, trzymając guzik, który zapewne odsłoniłby jej piersi. Należało mu się, mógł zrobić z nią co chciał w ramach jej wdzięczności. On jednak położył swoją ciepłą dłoń na jej wątłej, drżącej i zatrzymał jej ruchy.
Spojrzała w jego oczy, zaskoczona tym co powiedział. Nie spodziewała się odmowy. Nie dlatego, że była tak przekonana o swoim uroku. Po prostu... on był prawdopodobnie Upiornym Arystokratą, tylko oni mają tak duże rogi. A szlachta zawsze oczekuje czegoś w zamian.
Jego chwyt nagle zmienił się, stał się mocniejszy i gdy ją pociągnął ku sobie, zdążyła jedynie wydać z siebie cichy jęk i zamknęła mocno oczy, nie wiedząc co się stanie. Ale on jedynie zmusił ją by usiadła obok. Objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Skuliła się, łapiąc za rozpiętą koszulę i przytrzymując ją, by nie odkryła jej ciała. Spojrzała zaskoczona w bok, na jego twarz gdy usłyszała jego cichy głos. Dotyk jaki poczuła na włosach był...
Łzy napłynęły jej do oczu wielką, niepowstrzymaną falą. Zadrżała, zagryzając zęby i już nic nie powstrzymało jej od płaczu, zwłaszcza, że on jej to poradził.
Nie zważając na nic, obróciła się do niego i wtuliła mocno, jakby chwytała się ostatniej deski ratunku, obejmując jego szeroką pierś, wsuwając dłonie za jego plecy. Zawyła, chowając twarz w jego koszuli.
Pachniał tak jak ona. Pieprzem, intensywnymi przyprawami. Czysto, męsko. W tym zapachu poczuła siłę charakteru.
Gdy nadeszła najgorsza fala płaczu, niemożliwa do powstrzymania, okraszona wyciem, litrami łez i dygotaniem, jej włosy wybuchły całą gamą kolorów. Zaczęły migotać, zmieniając barwy, jak macki. To samo działo się z jej oczami. Silne emocje wywołały niekontrolowane użycie mocy.
Moczyła mu koszulę ale nie czuła się z tym źle. Obejmowała go, bojąc się wypuścić. Był w tej chwili jedyną ostoją spokoju. Mężczyzną, który bezinteresownie postanowił jej pomóc. Nie zadawał głupich pytań, nie oceniał, nie prawił morałów.
Tęskniła za swoim Terrym, bo był bardzo podobny. Równie silny i stabilny jak rogaty. Pragnęła jego bliskości i zdawała sobie sprawę, że przytulanie obcego jest może niestosowne, ale właśnie tego potrzebowała.
Gdy wreszcie zmęczyła się płaczem, umilkła, pociągając nosem. Ale nie puszczała go. Ułożyła głowę na jego klatce piersiowej, szukając bicia serca. Potrzebowała spokoju, a on jej go w tej chwili zapewniał.
Moc uspokoiła się na tyle, by pozostać przy stabilnej, ciemnej brawie kasztanu. Oczy natomiast pozostawały tęczowe, mieszając kolory z wolna, jakby były małymi kociołkami. Łzy osiadły na jej długich rzęsach i uparcie nie chciały spłynąć, ale ona już nie płakała.
Siedziała przy nim, wtulona ufnie, przyciskając policzek do przemoczonej koszuli. Było jej ciepło. Było jej dobrze. Poczuła się senna.
Powrót do góry Go down
Vyron
Godność : Vyron Laraziron
Wiek : Wygląda na 30 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Lubi : Wystawne bale, turnieje, polowania, dworskie intrygi, pojedynki, bezwarunkowe posłuszeństwo, być w centrum uwagi
Nie lubi : Nieposłuszeństwa, braku szacunku, głupoty, osób niezorganizowanych, istot niższego stanu
Wzrost / Waga : 182 cm / 76 kg
Pod ręką : Sakiewka z pieniędzmi, sakiewka z kryształowym pyłem, pałasz, rewolwer czarnoprochowy typu Le Mat, sztylet w cholewie buta.
Zawód : Dręczyciel ludu pracującego i pasożyt społeczny
Broń : Pałasz, rewolwer typu Le Mat, sztylet w bucie
Stan cywilny : Wolny
Specjalne : Administrator, Mistrz Gry
Vyron

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty23/6/2019, 00:33
Początkowe podniecenie, stopniowo i nie bez wysiłku, udawało mu się opanować. Nieśmiałość, wymuszona uległość, strach i łzy w oczach działały na niego jak płachta na byka. Czy to możliwe, że wojaczka aż tak rozgościła się w jego sercu, że zaczynały go podniecać aspekty związane z ordynarnymi gwałtami? Nie umiał sobie odpowiedzieć na to pytanie. Zamiast tego, sięgnął po bukłak zimnej wody i upił kilka sporych łyków. Jak to mówią „szklanka zimnej wody zamiast”. Problem w tym, że to działa chyba wyłącznie na jakichś chuderlaków i ochlaptusów, u których erekcja to powód do ogłoszenia święta państwowego i złożenia w ofierze tuzina wołów.
Jemu bukłak zimnej wody nawet specjalnie nie rozjaśniał w głowie. Może zadziałałby lepiej, gdyby wsadzić do niego przyrodzenia albo wylać sobie cały prosto w portki? Wolał tego w tej chwili nie sprawdzać. Ważnym było, że podniecenie wywołane początkowym zachowaniem dziewczyny powoli mijało i było obecnie czymś w rodzaju viagry light. Nie stawiało, ale dobrze układało w spodniach.
Gdy wtuliła się w niego i zaczęła płakać przytulił ją mocniej. Nie odzywał się. W tym wypadku najlepszym lekarzem była cisza nocnej pory i szum padającego deszczu. Chusteczką trzymaną w drugiej ręce, co jakiś czas, ocierał jej łzy. Nie dopytywał o powody, ani co doprowadziło do tego, że znalazła się pod tym drzewem w chwili gdy zaczynała się burza. Ważnym było to, że potrzebowała kogoś do kogo można się przytulić i ramienia w które można się wypłakać.
Znał ten stan aż nazbyt dobrze. Z tą różnicą że on miał tylko kryształową figurę.
Ileż razy sam przychodził do niej aby poczuć się lepiej i jakoś znieść tę okropną samotność? Sam nie potrafił tego zliczyć. Jego świat zawalił się niemal w jednej chwili. W ciągu niecałej małej klepsydry stracił wszystko na czym mu zależało i co naprawdę kochał. Marzył o chwili, gdy w końcu odnajdzie oprawcę. Oczyma wyobraźni widział męki jakie ten będzie przeżywał kiedy już wpadnie w jego ręce. Wiedział dokładnie, że ów przebywa obecnie w Krainie Luster, znał jego prawdziwe nazwisko, ale nie potrafił go wytropić. Jeszcze nie…
Z zamyślenia wyrwała go feeria barw które rozlały się po włosach dziewczyny. Piękne i zmienne były czymś w rodzaju żywej tęczy. Dziewczyna prawdopodobnie była Baśniopisarką, gdyż to oni zazwyczaj mieli kolorowe włosy.
W dalszym ciągu siedział bez ruchu obejmując płaczącą i głaszcząc ją po byle jak obciętych włosach. Starał się włożyć w to coś więcej niż tylko mechaniczny ruch ręką. Bardzo chciał, by w każdym przesunięciu, płacząca mogła odczuć ciepło, kompasję, zrozumienie i wsparcie.
Popatrzył na ogień, który z wolna przygasał.
Na horyzoncie niebo przeciął zygzak błyskawicy.
- Zbliża się gwałtowna burza. Muszę iść po drewno. – powiedział spokojnym pełnym ciepła głosem, cały czas głaszcząc ją po głowie, ramionach i plecach.
Mówił jak ojciec do swojej córki.
Jak kochanek do wybranki.
Jak mąż do ukochanej żony.
- Nie martw się, ja zostanę przy tobie tak długo jak będziesz potrzebować.
Poczuła delikatne drgnięcie, a potem coś, jakby gorący piasek, przesypujący się między palcami połączony z drżeniem kamertonu. To było wyjątkowo dziwne, ale przyjemne uczucie. Chwilę później tuż obok nich stało dwóch Arystokratów, identycznych jak ten do którego się teraz tuliła, którzy popatrzyli na dziewczynę z dobrym, łagodnym i ciepłym uśmiechem, po czym jeden podszedł dołożyć do ognia i usunąć popiół z paleniska a drugi wyszedł w noc.
- Lepiej się czujesz? Zrobiło ci się trochę lżej na sercu? – zapytał cały czas trzymając ją w objęciach I delikatnie gładząc po włosach, plecach i ramionach.
Ten arystokrata, który zajmował się paleniskiem podniósł opróżniony bukłak, i poszedł napełnić go herbatą.
Powrót do góry Go down
Iris
Godność : Iris
Wiek : Wizualnie 25 lat
Rasa : Baśniopisarz
Wzrost / Waga : 175/70
Znaki szczególne : Krzywo przycięte, brazowe włosy. Zielone oczy.
Aktualny ubiór : Koszula i spodnie podróżne należące do Vyrona. Skórzane, zniszczone buty. Zniszczony kapelusz z piórem.
Pod ręką : Zwój papieru, pędzel i czarny tusz. Torba z rzeczami.
Broń : Bat.
Stan zdrowia : Lepiej nie pytać.
Iris

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty23/6/2019, 00:54
Jego obecność była w tej chwili lekarstwem. Gdy była sama, płakała inaczej. Wylewała żal, ale bała się, że ktoś ją usłyszy, oceni. Obecnie, kiedy nakazał jej płakać, okazując w ten sposób zrozumienie, pozwoliła sobie na wybuch emocji.
Przez cały ten czas po prostu głaskał ją po włosach i plecach. Uspokajający ruch, mający dodać otuchy podziałał, bo po jakimś czasie dygot po prostu ustał i płacz zamienił się w cichy szloch, by w końcu zniknąć na dobre.
Nie ruszała się, nie chciała go puszczać bo był jedyną, stabilną na ten moment istotą, której pragnęła się uczepić i skraść odrobinę spokoju. Tak, potrzebowała towarzystwa, ale milczącego, które da jej poczucie bezpieczeństwa.
Jego dłoń była ciepła, słyszała bicie serca, czuła zapach i razem z jego klatką piersiową, unosiła się gdy oddychał. Zmęczenie połączyło się z uczuciem sytości, dlatego poczuła się senna.
Cała ta scena przełamała chyba lody, bo kobieta poczuła się pewniej. Okazał jej współczucie i pozwolił się wypłakać, nie zasypując krępującymi pytaniami. Teraz już wiedziała, że nie zrobi jej krzywdy, bo gdyby chciał, już dawno by to zrobił.
- Nie idź... - wyszeptała, mocniej obejmując jego pierś. Przestraszyła się, że ją zostawi, że już nie wróci. Egoistyczna część Baśniopisarki podsunęła jej jeszcze jedną myśl: Jeśli on odejdzie, kto się tobą zajmie, Iris?
Była bezbronna i czuła się jak dziecko. Ostatni raz miała taki stan w ramionach swojego Chrisa... Jakże życie potrafi być brutalne.
Uspokoiła się słysząc jego zapewnienie. Ale jak chciał iść po drewno, skoro zostanie przy niej? Oderwała na chwilę policzek od jego koszuli, czując dziwne mrowienie. Kiedy nagle nieopodal pojawili się identyczni jak on, rogaci mężczyźni, zachłysnęła się własnym oddechem, gdy wciągnęła szybko powietrze.
W pierwszej chwili przestraszyła się, ale gdy zrozumiała, że tamci są tacy jak on, rozluźniła się, przyjmując, że pewnie użył mocy. Odprowadziła wzrokiem jednego, spojrzała na drugiego kiedy ten zaczął grzebać w ognisku. Aż wreszcie uniosła głowę ku górze i zawiesiła wzrok wielkich oczu na swoim wybawcy.
- Ale ty... Pan... Pan jest prawdziwy, prawda? - zapytała cicho, poprawiając się i jeszcze ciaśniej przylegając do jego ciepłego ciała - Chociaż... chyba powinnam powiedzieć "Lord". Tak się tytułuje Arystokratów. - wskazała niepewnie jego rogi - Tak, dziękuję. Za wszystko. - dodała i uśmiechnęła się lekko, bo płacz naprawdę jej pomógł - Ale czy moglibyśmy... jeszcze tak posiedzieć? Proszę...
Powrót do góry Go down
Vyron
Godność : Vyron Laraziron
Wiek : Wygląda na 30 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Lubi : Wystawne bale, turnieje, polowania, dworskie intrygi, pojedynki, bezwarunkowe posłuszeństwo, być w centrum uwagi
Nie lubi : Nieposłuszeństwa, braku szacunku, głupoty, osób niezorganizowanych, istot niższego stanu
Wzrost / Waga : 182 cm / 76 kg
Pod ręką : Sakiewka z pieniędzmi, sakiewka z kryształowym pyłem, pałasz, rewolwer czarnoprochowy typu Le Mat, sztylet w cholewie buta.
Zawód : Dręczyciel ludu pracującego i pasożyt społeczny
Broń : Pałasz, rewolwer typu Le Mat, sztylet w bucie
Stan cywilny : Wolny
Specjalne : Administrator, Mistrz Gry
Vyron

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty23/6/2019, 02:12
- Tak, ja jestem ten prawdziwy. – powiedział cichym i spokojnym głosem. Nie uśmiechał się ale też nie miał ponurej miny. Widać było, że nie raziło go specjalnie to, że dziewczyna zwraca się do niego „na ty” - W polu, kurtuazyjne tytuły nie mają znaczenia. Tu jestem tylko jednym z wielu żołnierzy.
Siedzieli i odpoczywali.
Ona po płaczu, a on po pocieszaniu. W oddali przewalały się burzowe chmury a szum padającego deszczu od czasu do czasu przecinał huk gromów.
W międzyczasie znad rzeki powrócił pierwszy rogaty z bukłakiem pełnym herbaty. Popatrzył na siedzących, skinął im głową, po czym podszedł do kryształowej ściany i stopił się z nią wzmacniając konstrukcję schronienia.
Niewiele później z naręczem drewna powrócił drugi „rogacz”. Ten był przemoczony do suchej nitki, ale cały czas wypełniał powierzone mu obowiązki. Lekko zatrząsnął się za to siedzący pod drzewem pierwowzór. Odłożywszy mokre drewno do przeschnięcia w niewielkim oddaleniu od paleniska, podniósł gitarę i postawił ją koło siedzącego mężczyzny. Także i on pokłonił się, ale zamiast stopić się ze ścianą, po prostu rozsypał w zielony proch.
- Oczywiście, że możemy posiedzieć – powiedział biorąc głębszy oddech i rozluźniając się nieco.
Wziął do ręki gitarę i zaczął delikatnie uderzać w struny. Chwilę później kryształowe schronienie wypełniła delikatna, spokojna i dość cicha muzyka . Viridian zamknął oczy, a jego palce pieściły struny wprawiając je w delikatne drżenie. Dźwięki sprawiły, że całe schronienie zdawało się lekko wibrować, przez co można było pomyśleć, że słuchając gry Rogatego, jest się dosłownie w środku muzyki.
Gdy przebrzmiał ostatni akord, mężczyzna otworzył oczy.
Postanowił zagrać w otwarte karty. Co ma być to będzie.
- To zabawne, wiesz? Od dawna nikt nie poprosił mnie o to, bym gdzieś został, albo z kimś posiedział. – powiedział a w jego głosie zadźwięczało coś jakby gorzki śmiech połączony z żalem - Jestem Vyron Gravven Sanoran Laraziron, Wielki Książę i Koregent Lodowych Gór, nazywany „Kryształowym Lordem” albo "Viridianem".
Powiedział głosem w którym nie było słychać pychy ani złośliwej satysfakcji. Ot, suche ogłoszenie faktu. Pozostawało czekać na to, jak dziewczyna zareaguje na to, że koło niej siedzi chyba najbardziej okrutny i bezwzględny arystokrata jakiego nosiła Kraina Luster.
Powrót do góry Go down
Iris
Godność : Iris
Wiek : Wizualnie 25 lat
Rasa : Baśniopisarz
Wzrost / Waga : 175/70
Znaki szczególne : Krzywo przycięte, brazowe włosy. Zielone oczy.
Aktualny ubiór : Koszula i spodnie podróżne należące do Vyrona. Skórzane, zniszczone buty. Zniszczony kapelusz z piórem.
Pod ręką : Zwój papieru, pędzel i czarny tusz. Torba z rzeczami.
Broń : Bat.
Stan zdrowia : Lepiej nie pytać.
Iris

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty23/6/2019, 02:44
Uśmiechnęła się do niego, kiedy zapewnił, że to on jest tym prawdziwym. Gdyby było inaczej, byłaby zwyczajnie zawiedziona. Pocieszanie miałoby wtedy zupełnie inny posmak, uznałaby, że rogaty zmusza się do tego wszystkiego.
Uspokojona tym faktem, przeniosła się do zwykłego siadu, dając mu trochę przestrzeni. Jednocześnie zdjęła jego rękę ze swoich ramion i po prostu objęła ją, jakby ta była poduszką. Smukłe palce śmiało wplotła w jego dużą, twardą dłoń. Z pewnością wiedział, czym jest miecz, czuła pod opuszkami twarde fragmenty wnętrza jego ręki.
Nie było w tym żadnego podtekstu, równie dobrze tak mogliby siedzieć starzy przyjaciele. W nim odnalazła wsparcie, jakiego ostatnimi czasy potrzebowała i była mu wdzięczna, że okazał zrozumienie. Nie tylko, bo nie bez znaczenia był też dach nad głową, ognisko, ubranie, jedzenie i to... że ją powstrzymał. Jej zaufanie wzrastało z każdą spędzoną z nim minutą.
Odetchnął głębiej a ona puściła go, pozwalając by sięgnął po gitarę. Obserwowała zaciekawiona kiedy łapał gryf i ustawiał dłoń. Zamrugała kiedy pierwsze dźwięki wypełniły schronienie, zagłuszając burzę, która postanowiła rozpętać się na dobre.
Oparła głowę na jego ramieniu, nie ograniczając mu jednak ruchów. Zamyśliła się przy cichym śpiewie instrumentu.
Jego kopie zniknęły w bardzo ciekawy sposób. Jedna stopiła się ze ścianą, dając świadectwo, że faktycznie była wytworem mocy, druga zaś rozsypała się w zielony proch. Połyskujący piasek, wyglądający zupełnie jak... kryształy.
Teraz zrozumiała. Schronienie nie było szklane, było kryształowe. Stworzył je od początku do końca za pomocą swoich mocy, tracąc energię na dzieło. Zaczęła zastanawiać się ile w tym spotkaniu było przypadku i ile szczęścia. Może los, który tak okrutnie sobie z niej zakpił, postanowił potraktować ją dzisiaj łagodniej?
Słuchała muzyki i chłonęła ciepło, spokój i zapach. Była senna ale w ten cudowny, błogi sposób. Wyobraziła sobie łóżko z puchową kołdrą, świeżą koszulkę nocną i siebie w pierzynach. Było tak cudownie!
Na ten moment był idealnym kompanem. Mimo gry, był cichy, na tyle małomówny by nie czuła się przy nim skrępowana. Dał się poznać jako osoba, która nie chce zrobić jej krzywdy, przynajmniej nie od razu. Czułość z jaką ją głaskał była tak prawdziwa... Baśniopisarka czuła się po prostu dobrze. Nareszcie.
Drgnęła kiedy się odezwał, bo muzyka uspokoiła ją na tyle, że zaczęła lekko przysypiać. Może nie powinna tego robić w obecności obcej osoby, ale przecież znalazł ją gdy spała.
Spojrzała na niego i kiedy powiedział o wspólnym siedzeniu, uśmiechnęła się do niego promiennie. Jakby zapomniała o bólu, smutku i wszystkich negatywnych emocjach. Jej uśmiech sięgnął oczu i mężczyzna mógł zobaczyć w tęczy tęczówek fikające koziołka, rozbawione iskierki.
I gdy nagle powiedział jej kim jest... Zamarła.
Uśmiech spełzł z jej ust powoli, kąciki opadały jakby w zwolnionym tempie. W oczach pojawił się strach. Strach? Nie. Przerażenie!
Ten mężczyzna... Słyszała o nim straszliwe opowieści. Już za młodu ojciec straszył ją opowiadaniami o okrutnym Kryształowym Lordzie, który traktował innych jak śmieci. Obnosił się ze swoim pochodzeniem, gardził plebsem którym były dla niego inne rasy... Był osobą przesiąkniętą złem i pogardą dla całego świata. Nie mając szacunku do nikogo i niczego, przemierzał Krainę Luster w poszukiwaniu zwady a kiedy już udało mu się sprowokować... W walce nie miał litości.
Powoli, jak w transie, odsunęła się od niego zwiększając dystans.
Przecież mógł ją zabić. Mógł zgwałcić, kiedy jeszcze spała. Mógł związać i zawieźć do miasta, by sprzedać na Targu Niewolników... Było tyle możliwości!
- A ja jestem... Iris. - powiedziała, za późno zdając sobie sprawę jak głupio, jak biednie to brzmi.
A jednak stworzył 'domek'. Rozpalił ognisko, dał jej swoje ubrania, nakarmił i okazał współczucie. Pozwolił się zbliżyć, objął i obdarzył poczuciem bezpieczeństwa.
Co miała o tym myśleć? Bała się go, pamiętała te wszystkie opowieści i jeszcze do niedawna, gdyby ktoś powiedział jej, że napotka na swojej drodze Viridiana, zmieniłaby kierunek wędrówki.
Zagryzła usta, pilnując by nie powiedzieć czegoś niestosownego. Pochyliła się nisko, w dziwnym, siedzącym pokłonie, ale w tej chwili było to jedyne, na co mogła sobie pozwolić w szybkim tempie.
- Proszę o wybaczenie, Wielki Książę. - powiedziała chwiejącym się od emocji głosem - Ja nie wiedziałam... Przepraszam! Nie powinnam tak się narzucać... - zaczęła gorączkowo tłumaczyć swoje zachowanie - I dziękuję! Za wszystko, ubrania, pieniądze, jedzenie... Ja... - urwała mocno zaciskając powieki i wstrzymując oddech - Ja nie wiem co powiedzieć. - przyznała wreszcie, ale nie podniosła się z pokłonu - Ale... byłeś, jesteś dla mnie taki dobry, Wielki Książe. - dodała, jakby usprawiedliwiała go przed samą sobą - Nie sądziłam... Nie wiedziałam... Uch, jestem taka głupia! - warknęła na samą siebie - Już siedzę cicho. Błagam o wybaczenie. - zamknęła jadaczkę i oczy, czekając na to, co nastąpi w następnej chwili.
Powrót do góry Go down
Vyron
Godność : Vyron Laraziron
Wiek : Wygląda na 30 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Lubi : Wystawne bale, turnieje, polowania, dworskie intrygi, pojedynki, bezwarunkowe posłuszeństwo, być w centrum uwagi
Nie lubi : Nieposłuszeństwa, braku szacunku, głupoty, osób niezorganizowanych, istot niższego stanu
Wzrost / Waga : 182 cm / 76 kg
Pod ręką : Sakiewka z pieniędzmi, sakiewka z kryształowym pyłem, pałasz, rewolwer czarnoprochowy typu Le Mat, sztylet w cholewie buta.
Zawód : Dręczyciel ludu pracującego i pasożyt społeczny
Broń : Pałasz, rewolwer typu Le Mat, sztylet w bucie
Stan cywilny : Wolny
Specjalne : Administrator, Mistrz Gry
Vyron

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty25/6/2019, 06:38
Wielkie krople deszczu zaczęły uderzać w dach schronienia a grzmot, leniwie i jakby od niechcenia, przetoczył się po nieboskłonie. Horyzont i niebo nad nimi raz po raz rozcinały i rozświetlały zygzaki błyskawic. Zapowiadała się paskudna, mokra i ciężka noc, ale im to nie przeszkadzało. Mieli żywność, ciepło, zapas opału, suche ubrania oraz, co najważniejsze, dach nad głową.
Mógł skłamać! Mógł powiedzieć, że nazywa się inaczej, że jest biednym żołnierzem w podróży, posłańcem, gońcem książęcym czy jakimś innym pomniejszym szlachetką. Mógł, ale tego nie zrobił. A teraz nadeszła pora na konsekwencje, albowiem wszystko co czynimy, niezależnie od rozmiaru danego czynu, ma stosowną odpłatę.
Przestraszyła się. Odsunęła. Czyżby jego pozycja nie pozwalała jej na to by zatrząść się z obrzydzenia?
Pokiwał lekko głową, a światło błyskawicy, która niczym ognisty nóż przecięła niebo, odbiło się od jego okutych srebrem rogów. Ostre groty na ich czubkach zalśniły złowrogo.
Nie był naiwny, spodziewał się takiego obrotu spraw.
Czy to pierwszy raz jak inni go unikają? Nie.
Czy miał czas do tego przywyknąć? Tak.
A czy przywykł? To pytanie niech pozostanie bez odpowiedzi. Pamiętajmy jednak, że gdzie walczą dwa wilki, tam wygrywa ten, którego karmi się najczęściej.
Wstał z miejsca i podszedł do paleniska gdzie przez chwilę gapił się w płomienie.
- Nie rozumiem – powiedział głosem pozbawionym emocji, cały czas pozostając odwrócony plecami do kobiety- Czy uczyniłem ci cokolwiek złego?
Odwrócił się w jej stronę, a jego oblicza nie mąciła nawet najmniejsza emocja. Nie było w nim ani gniewu ani dobrotliwego uśmiechu. Było tylko pytanie wymalowane w zielonych oczach.
- Czy to dlatego, że byłem dla ciebie dobry, zareagowałaś strachem? – zapytał opierając się plecami o kryształową ścianę - Czy gdybym był potworem, zachowałabyś się inaczej?
Pstryknął palcami a zielony kryształ stał się nagle mętny, pofalowany i ostry w zarysach. Ze ścian, przed chwilą gładkich jak lustro, a teraz rozwarstwiających się i popękanych, wyrosły paskudnie ostre ciernie, złowrogo połyskujące w świetle ognia. Przytulne schronienie błyskawicznie zamieniło się w miejsce godne miana sali mąk piekielnych.
Patrzył na siedzącą dziewczynę, a w jego oczach i okutych rogach odbijał się blask ognia. Oto on, Pan Mordu, Król Popiołów, Bezwzględny oprawca i generalnie całe zło tego świata.
- Czy teraz lepiej? Czy takie schronienie bardziej pasuje do potwora? - zapytał kręcąc głową na boki jakby załamany głupotą rozmówczyni.
Dotknął ręką ściany.
Kryształ rozjaśnił się, ściany na powrót stały się gładkie i jednolite, a kolce wygięły się ku górze i zaczęły rosnąć splatając się ze sobą pod różnymi kątami. Chwilę później niedawne miejsce mąk piekielnych zamieniło się w rajska altanę pełną kryształowych winorośli bogato porośniętych listowiem, posplatanych pnączy i pięknych delikatnych kwiatów o przeźroczystych płatkach. Gdyby świeciło słońce, które byłoby w stanie wydobyć całe piękno zawiłych zdobień, miejsce to, mogłoby zostać uznane za prawdziwy cud Krainy Luster.
- Każdy ma potwora takiego, jakiego sobie sam wymaluje. – powiedział uśmiechając się smutno - Mam nadzieję, że to rozumiesz.
Usiadł na ziemi naprzeciwko dziewczyny.
Nie chciał jej zmuszać do kontaktu.
- Powiedziałem ci … Iris …, że w polu kurtuazyjne tytuły nie mają dla mnie znaczenia. – popatrzył jej prosto w oczy - Powiedz mi więcej o żeglarstwie. Masz w tej dziedzinie doświadczenie? Jak je zdobyłaś ?
Kolejna błyskawica przecięła niebo.
Powrót do góry Go down
Iris
Godność : Iris
Wiek : Wizualnie 25 lat
Rasa : Baśniopisarz
Wzrost / Waga : 175/70
Znaki szczególne : Krzywo przycięte, brazowe włosy. Zielone oczy.
Aktualny ubiór : Koszula i spodnie podróżne należące do Vyrona. Skórzane, zniszczone buty. Zniszczony kapelusz z piórem.
Pod ręką : Zwój papieru, pędzel i czarny tusz. Torba z rzeczami.
Broń : Bat.
Stan zdrowia : Lepiej nie pytać.
Iris

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty25/6/2019, 20:20
Gdy usłyszała ruch, otworzyła oczy i spojrzała za nim, przysuwając się na powrót do drzewa, w jej mniemaniu bezpiecznego miejsca. Tam gdzie ją znalazł. Patrzyła na niego gdy mówił i zrobiło jej się straszliwie źle z tym co powiedziała ona. Nie znała go, nie powinna oceniać. Nie powinna tak reagować... Zwłaszcza, że okazał jej dobroć. To wszystko co dla niej zrobił przecież było jak dotąd bezinteresowne. Była gotowa zapłacić, odmówił i w jej oczach był lepszym od wielu których napotkała ostatnimi dniami.
Jeszcze przed chwilą siedzieli razem, wtuleni i wymieniali kilka słów na raz. Było tak cudownie, dał jej poczucie bezpieczeństwa i ciepło którego...
Którego nie dał jej Terry.
Myśl uderzyła ją, niczym siarczysty policzek. Tak, chciała jedynie odrobiny zrozumienia, miłości, akceptacji. Zmieniła się, miała bliznę która zostanie jej koszmarną pamiątką ale... Przecież nadal mogła być sobą. Gdyby tylko Christopherowi chciało się spojrzeć dalej niż poza czubek własnego nosa.
- Nie... - wyszeptała, kręcąc głową a jej ciemne włosy rozsypały się po dwóch stronach twarzy, bijąc lekko policzki. Bała się go, poczuła jak jej ciało zaczyna dygotać.
Chyba mnie bałaby się krzyku, bezpośredniego wybuchu. Mogłaby wtedy jakoś zareagować, nie musiałaby nic mówić, jedynie wytrzymać. A gdy tak mówił, spokojnie, nie wiedziała co ma począć.
Zamknęła oczy na moment, gdy mówił o swojej dobroci. Nie mógł nie poruszyć tego tematu. Gdy je na nowo otworzyła, sztorm zaklęty w jej tęczówkach głębokim błękitem, rozbijał się o fale. W jej oczach wody mieszały się ze sobą, kotłowały i długo nie dało się utrzymać w ryzach łez. Popłynęły strugą po policzkach. Ze strachu i dlatego, że było jej zwyczajnie przykro, że zachowała się tak krzywdząco.
Widząc kolce które nagle wyrosły ze ścian, nie zdołała powstrzymać krótkiego krzyku. W porę go zdusiła i spojrzała na niego, oczekując... litości? Chyba aż tak nie chciała umierać. Nie z jego ręki, nie z ręki kogoś, kto wcześniej podarował jej namiastkę prawdziwego uczucia, nawet jeśli faktycznie była to litość.
- W miastach... Mówią o tobie straszne rzeczy. - wydusiła w końcu, łykając własne łzy - Gdy byłam dzieckiem, starsi straszyli mnie tobą. Mówili, bym nie oddalała się od domu, bo Kryształowy Lord porwie mnie i zatopi w krysztale. Uwięzi na wieki, w zawieszeniu między życiem a śmiercią... - jej ramiona zaczęły drżeć - Pokazywali portrety, mówili, że gdy masz zły humor jesteś w stanie wymordować połowę wioski, a gdy wpadniesz w szał... - pokręciła szybko głową, nie kończąc - Ojciec raz zabrał mnie na paradę. Wskazał grupę Arystokratów. Wskazał ciebie. Byłam przerażona, bo jako dziecko nie potrafiłam zrozumieć, że miecz nie służy do bezkarnego mordowania. Oczami wyobraźni widziałam ciebie skąpanego we krwi, kiedy przejeżdżałeś konno obok mnie i ojca, z... pogardą w oczach. A potem... A potem gdy dorosłam, gdy zaczęliśmy wypływać w morze, słyszałam tyle plotek... - umilkła z twarzą wykrzywioną rozpaczą, po czym niczym ranne zwierzę, przesunęła się ku niemu, co samo w sobie mogło się wydać dziwne - Dziwisz się, że się ciebie boję? Że wszyscy się boją i mają cię za potwora? A któż by nie miał, słysząc, że Książę Utkany z Kryształu zamordował własną rodzinę. - zamrugała, strącając łzy z rzęs ale wzburzone fale nadal barwiły jej oczy, po czym zbliżyła się jeszcze bardziej - Nie wiem, ile w tym prawdy. Nie mam prawa cię oceniać, bo sama także uczyniłam straszne rzeczy. Ale...proszę, zrozum moją reakcję. Nie chciałam cię urazić. - opanowała drżenie i uspokoiła się na tyle, by spojrzeć mu w oczy ze spokojem, który wcześniej on zapewnił jej. W międzyczasie mężczyzna sprawił, że kolce zamieniły się w przepiękne latorośle i kwiaty. Westchnęła widząc ich piękno.
- Niemniej... Jako jedyny okazałeś mi serce, Kryształowy Lordzie. - odezwała się po chwili, prawie szeptem i zbliżyła na wyciągnięcie dłoni - Może i jesteś potworem, ale jeśli tak... To cały świat pełen jest gorszych.
W dalszym ciągu się go bała. Ale nie mogła w tej chwili odrzucić dziwnej potrzeby bliskości. Może dlatego, że był oazą spokoju, mimo ruchu kryształu i słów. Imponował jej tym, że był stanowczy, ale nie brutalny. Może te wszystkie plotki są jedynie kłamstwem?
I nagle uśmiechnęła się do niego, szczerze, łagodnie, chociaż trochę niepewnie.
- Nie wszystko, co mówią, jest prawdą. - powiedziała i wyciągnęła dłoń. Jeśli pozwolił się dotknąć, sięgnęła ku jego dłoni i musnęła palcami jej wierzch, delikatnie, wodząc po kostkach.
- Nie jesteś wcale lodowaty jak kryształ, którym się otaczasz. - przekrzywiła głowę a jej ciemne włosy przesypały się lekko na jeden bok - Co jeszcze jest kłamstwem... - dodała pod nosem, bardziej kierując słowa do siebie, niż do niego.
Wyglądało na to, że awantura była zażegnana, przynajmniej na chwilę. W jej oczach był straszliwym Lordem, ale okazał jej łaskę, więc nie mogła tak po prostu uciec. Dodatkowo, cały czas był spokojny i miły.
Spojrzała na jego rogi i ich okucia. Na jej policzkach pojawił się lekki rumieniec. Humor i nastawienie kobiety zmieniały się jak w kalejdoskopie, ale akurat to, było jeszcze cechą z lat bardzo dawnych.
- Zawsze podziwiałam wasze rogi. - przyznała w końcu - Mimo straszenia, w okresie buntu uciekałam z domu i podglądałam dzieci Upiornych Arystokratów w ich szkołach. Zazdrościłam, że mają i mogą wszystko tylko dlatego, że mają rogi. - zaśmiała się do swoich wspomnień - Raz nawet kupiłam opaskę na włosy i przyczepiłam do niej poroże jelenia z pokoju mojego taty. - uniosła dłoń do ust by ukryć rozbawienie - Wkradłam się na zajęcia. Chciałam być jak wy. - spojrzała mu w oczy - Szkoda, że w czasie zabawy jeden róg po prostu mi odpadł. Gdy dzieci zauważyły co się stało, wpadły w panikę ale dorośli... Cóż, wiedzieli co się stało.[/color] - posmutniała znowu i skubnęła mankiet koszuli - Mój ojciec... Bardzo się gniewał. Zakazał mi wychodzenia z domu. Zwyzywał od głupich, bo przecież nie potrafił zrozumieć, że w moim umyśle posiadanie rogów gwarantowało łatwiejsze życie. Na koniec stwierdził, że wszelkie poroże czy zwierzęce elementy są zwyczajnie obrzydliwe. - pokręciła głową z niedowierzaniem, uśmiechając się pod nosem - To zabawne, bo potem przez całą noc dupczył Dachowca, którym zastąpił miejsce mojej matki. - powiedziała grobowym tonem - Często nie mogłam przez nich spać.
Westchnęła do wspomnień po czym uniosła głowę i bez pytania, podniosła się by poprawić swoją pozycję i na powrót usiąść obok niego.
Teraz, gdy wylała żale i mu się wygadała (chcąc, nie chcąc, musiał jej wysłuchać) było jej lżej. Nawet strach gdzieś minął, bo jeszcze przed nikim się tak nie otworzyła. Nawet Terry nie znał jej wszystkich przygód z dzieciństwa.
Kiedy zadał jej pytanie, zamyśliła się i odruchowo położyła głowę na jego ramieniu. Jeśli postanowił się odsunąć, przeprosiła cicho.
- Urodziłam się na statku, w czasie sztormu. - powiedziała patrząc na sklepienie kryształowego schronienia - Tak powiedział mi ojciec. Niestety moja mama nie przeżyła, ale podobno była cudowną kobietą. Artystką. - uśmiechnęła się do ciepłych myśli - Od najmłodszych lat żeglowałam, najpierw jako córka kapitana, potem sama próbowałam swoich sił przy sterze. Ciężko powiedzieć, że mam duże doświadczenie, bo zawsze gdzieś za mną stał ojciec. No i było to dawno, bo później poznał swoją nową żonę. Jak wiadomo, Koty nie lubią pływać, więc byliśmy zmuszeni osiąść. - zrobiła krótką pauzę - Kiedy odeszłam na swoje, zaciągałam się na przeróżne statki, ale nigdy jako kapitan. - przyznała i spojrzała na niego - [color=#00cccc]Potem znalazłam miłość. Miało być cudnie, spodziewaliśmy się dziecka. A potem puff... - zrobiła gest dłońmi, który mógł oznaczać wybuch - Tylko księżniczki kończą z happy endem. A teraz jestem tutaj. Jest mi ciepło, obcy mężczyzna postanowił mnie odziać i podarował jedzenie. Może nie uwierzysz, ale czuję się teraz jak taka księżniczka. Może i dla mnie jest gdzieś przygotowany jakiś delikatny happy end? - uśmiechnęła się po czym nagle zagryzła usta i odwróciła wzrok - Co ja plotę...
Powrót do góry Go down
Vyron
Godność : Vyron Laraziron
Wiek : Wygląda na 30 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Lubi : Wystawne bale, turnieje, polowania, dworskie intrygi, pojedynki, bezwarunkowe posłuszeństwo, być w centrum uwagi
Nie lubi : Nieposłuszeństwa, braku szacunku, głupoty, osób niezorganizowanych, istot niższego stanu
Wzrost / Waga : 182 cm / 76 kg
Pod ręką : Sakiewka z pieniędzmi, sakiewka z kryształowym pyłem, pałasz, rewolwer czarnoprochowy typu Le Mat, sztylet w cholewie buta.
Zawód : Dręczyciel ludu pracującego i pasożyt społeczny
Broń : Pałasz, rewolwer typu Le Mat, sztylet w bucie
Stan cywilny : Wolny
Specjalne : Administrator, Mistrz Gry
Vyron

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty1/7/2019, 00:05
Słysząc słowa dziewczyny o tym, jak opisywali i postrzegali go inni, pokiwał tylko głową ze zrozumieniem.
- Wiesz, co? Chciałbym być lubiany, a może nawet podziwiany, tak jak Aeron Vaele zwany Bękartem. Chciałbym, żeby ludzie miast uciekać, kulić się i łkać, wiwatowali na moją cześć … – powiedział opierając głowę o ścianę schronienia i spoglądając w zachmurzone niebo. Groty na rogach z chrzęstem przesunęły się po krysztale pozostawiając na nim rysy. Położył ręce na podciągniętych i zgiętych w kolanach, nogach po czym wznowił wypowiedź - ale prawda jest tak, że ten stan rzeczy, mi odpowiada. Wolę, by postrzegano mnie jako potwora w skórze Upiornego Arystokraty.
W jego głosie było słychać jakąś wewnętrzną gorycz, jakiś ukryty ból i żal. Czy faktycznie wolał los postrachu, od bycia ulubieńcem ludu? Nie, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć.
Bycie okrutnym i złym dawało czas, jakiego zwykle nie mieli ci dobrzy.
- Bycie durniem, to przywilej niższych warstw społecznych. – dodał z westchnieniem - Szkoda, że tak ciężko jest im myśleć i spoglądać z innego punktu niż miejsce, w którym mają dupę. Patrząc z ich punktu widzenia, wymordowanie rodziny może przynieść wymierne korzyści w postaci majątku, ziemi itd. Ale gdyby którykolwiek z tych durniów potrafił myśleć jak Upiorny, szybko zrozumiałby, że wymordowanie własnego rodu nie przynosi absolutnie żadnych korzyści. Mało tego, osłabia jego pozycję. – westchnął kolejny raz kręcąc głową na boki - Tak samo z zatapianiem w krysztale. „Bezduszny potwór” zamyka mężczyzn, kobiety i dzieci w kryształowych grobowcach. Trwają tak zatrzymani w czasie jak owady w bursztynie. Czekają tam w nieskończoność zawieszeni pomiędzy życiem a śmiercią aż ich uwolni. Owszem, trwają. Owszem, czekają – powiedział a przez jego twarz przemknął wyraz wewnętrznego bólu a oczy na mgnienie oka wypełniło coś, co mogło wydawać się nadmiarem wilgoci - Ale nie zawsze zdążę…
Zamilkł na chwilę i wstał dołożyć do ognia.
Musiał się uspokoić. Emocje mogą kosztować życie.
Mimo siedzenia w bezruchu, jego mięśnie nie zastały się, co znaczyło że jest w dobrej kondycji. Wsuwał do ognia kolejne patyki, a ten łapczywie je połykał.
Gdy skończył usiadł ponownie koło dziewczyny.
- Mój Wuj był kapitanem. – powiedział chłodno - Gdy wchodził na pokład swojego okrętu zwanego „Sibr”, wydawał mi się bohaterem i herosem na miarę legend. Wiele razy oglądałem z wieży, jak jego szary żagiel znika za horyzontem. Gdy wracał zawsze poza niezliczonymi opowieściami o ludziach ze skośnymi oczyma, przywoził coś ciekawego. Raz było to dziwne lustro, innym razem szabla o rękojeści w kształcie głowy ptaka drapieżnego albo pudełko z ciemnego drewna obite masą perłową pełne dziwnych owoców. Niestety, pewnego dnia wypłynął … i już nie wrócił.
Westchnął, wstał i poszedł przewiesić płaszcz i kapelusz na drugą stronę.
Gdy wrócił, jego twarz znowu miała wyraz obojętności.
- Widzisz, mam zamiar wybudować flotę, aby któregoś dnia, popłynąć na zachód i dowiedzieć się, co stało się z moim Wujem. – spojrzał na dziewczynę, a w jego oczach było coś dziwnego. To była wola walki, zdecydowanie i żelazny upór. To było wyzwanie ogłaszające, że choćby świat miał się skończyć a morza wyparować, to on, Vyron Graaven Sanoran Laraziron dotrze na zachód. Choćby miał tam iść po martwych ciałach, to dotrze, i dowie się wszystkiego. - Powiedz mi Iris, chciałabyś znów wrócić do życia na pokładzie? Chciałabyś zostać kapitanem mojej floty ?
Błysk w oczach zniknął równie szybko jak się pojawiał.
Rogaty potrafił tłumić nawet najmocniejsze emocji.
Wysłuchawszy tego, co Iris mówił o upiornych, wyjął z kieszeni kawałek przeźroczystego kryształu i przez chwilę formował go, starając się ukryć finalne działo przed wzrokiem dziewczyny.
- Rogów co prawda nie masz i takowe ci nie wyrosną, ale taż nie wszystkie księżniczki je mają. – powiedział po czym założył na jej głowę wykonana z przezroczystego kryształu ozdobę - Ale chyba każda księżniczka ma swój diadem, czy jak tam się to nazywa.
Po raz pierwszy uśmiechnął się do niej szczerze.
Właśnie zaczynał rozumieć, że przedstawiciele niższego stanu również mają swoje problemy, sympatie i antypatie. Na dodatek Iris też nie lubiła dachowców.
Powrót do góry Go down
Iris
Godność : Iris
Wiek : Wizualnie 25 lat
Rasa : Baśniopisarz
Wzrost / Waga : 175/70
Znaki szczególne : Krzywo przycięte, brazowe włosy. Zielone oczy.
Aktualny ubiór : Koszula i spodnie podróżne należące do Vyrona. Skórzane, zniszczone buty. Zniszczony kapelusz z piórem.
Pod ręką : Zwój papieru, pędzel i czarny tusz. Torba z rzeczami.
Broń : Bat.
Stan zdrowia : Lepiej nie pytać.
Iris

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty2/7/2019, 10:26
Przyjrzała mu się dokładnie, kiedy powiedział o popularności. Miała go za straszliwego, bezlitosnego Arystokratę, Kryształowego Księcia który nie waha się, żeby wyjąć broń i zabić lub zatopić w krysztale. Tymczasem okazało się, że nie dość, że tej rogaty mężczyzna ma serce, to jeszcze nie jest ono zimne jak lód. Słuchała go uważnie i z każdą jego wypowiedzią, przestawała się go bać.
- Podzwiany jak Vaele zwany Bękartem? - zapytała zainteresowana, chociaż nie znała osoby o której mówił Vyron - Przecież... Upiorna Arystokracja bardzo konserwatywnie podchodzi do czystości krwi czy czystości rasowej. Jakże więc chciałbyś być jak on? - zamrugała swoimi oczami ale zaraz później otrzymała odpowiedź na postawę bruneta. Spojrzała na ognisko i zamyśliła się.
Faktycznie, czasami łatwiej było ukryć problemy pod maską chlodnej powierzchowności. Trzymać wszystkich na dystans, żeby potem nie cierpieć, kiedy ktoś ugodzi prosto w serce. Ona kiedyś o tym pamiętała, potem pojawił się Terry i dała się podejść... Miłość jest głupia.
Słysząc jego dalszą wypowiedź, uśmiechnęła się lekko. Przez słowa mężczyzny przemawiał żal. Była ciekawa ilu osobom pozwolił się do siebie zbliżyć, ilu wpuścił dalej, niż na wyciągnięcie miecza.
Jeszcze przed chwilą tak po prostu ją przytulał - czy było w tym uczucie, chęć pocieszenia, czy zwykła wygoda bo było chłodno, a może pokazówka? Wiele może się kryć w prostym geście, niemniej ona była mu wdzięczna.
- Brzmisz jak typowy szlachcic. - powiedziała na jego komentarz o durnocie i niższych klasach po czym posłała mu uśmiech na znak, że nie powiedziała tego w formie przygany - Faktycznie, dookoła pełno jest idiotów, ale może właśnie tak jest prościej? Nie wyróżniać się, wmieszać w tłum, żeby nikt nie zaczepił, nie dopytywał i nie drążył. - wyjaśniła - Czasem to dobry sposób by się ukryć. Durnia nie traktuje się poważnie. Dureń usypia czujność, bo cóż może zrobić? Cokolwiek by to nie było, będzie głupie.
I znowu odszedł do ognia. W jego ostatnich słowach było tyle... bólu. Teraz to ona zapbragnęła go przytulić. Postanowiła przełamać się i mimo tlącego się jeszcze gdzieś pod skórą strachu, kiedy usiadł obok, objęła go mocno.
- Pomogłeś mi przytulasem, to teraz ja postaram się zrobić to samo. - powiedziała trochę naiwnie, ale któż by ją teraz z tego rozliczał. Po chwili puściła go.
Wysłuchała opowieści o wuju z zainteresowaniem, ale była za młoda, żeby kojarzyć o kogo może chodzić. W zasadzie nie zagłębiała się nigdy w legendy, może też dlatego nie znała nazwy okrętu, nie słyszała nigdy o szarym żaglu. Niemniej nie zadawała pytań bo historia zakończyła się szybko i smutno.
Opuściła głowę a on znowu wstał. Czyżby to był jego sposób na zagłuszenie emocji? Łapanie się wszystkich prac dookoła... A to dodał drewna do ognia, a to przewiesił płaszcz. Kiedy wrócił, posłała mu już pewniejszy uśmiech.
- Nie jesteś jak inni. - powiedziała nagle - Masz w sobie dobro. Może nie powinnam cię oceniać, bo w swoim życiu wydałam już kilka błędnych osądów, ale... tak sądzę, że jesteś dobrą istotą, Lordzie Laraziron. - skłoniła się lekko, z uznaniem ale bez strachliwej sztywności.
Gdy nagle zapytał o powrót na pokład i poniekąd zaproponował jej pozostanie kapitanem jego floty, jej oczy rozbłysły. Zmieniły kolor na silnie ubarwioną tęczę, we włosach zamigotały wszystkie znane światu kolory. Sama perspektywa żeglowania, pozostawienia problemów i świata za sobą... Fale uderzające o drewno statku albo lepiej! Chmury przesuwające się pod nim!
Sięgnęła po jego dłonie nie myśląc wiele i ścisneła je mocno a jej lico rozpromieniło się zdrowym rumieńcem i ekscytacją. Wyglądała jak dziecko, któremu ktoś zrobił najpiękniejszy na świecie prezent.
- Tak! - pisnęła cicho - Znaczy się, to zaszczyt! Tak, to ogromny zaszczyt, Lordzie! Dam z siebie wszystko! - ścisnęła jego ręce jeszcze mocniej.
Jego ostatnie słowa wprawiły ją w osłupienie. Otworzyła szerzej oczy słuchając i już miała coś powiedzieć, kiedy on włożył na jej głowę...diadem? Sięgnęła dłonią i nie zdejmując go, musnęła dłońmi przedmiot. Poczuła pod palcami chłód kryształu a w jej oczach, które przybrały kolor lazurowego morza, pojawiły się łzy.
- Dziękuję, Vyronie. - powiedziała cicho, tłumiąc szloch, zwracając się do szlachcica pierwszy raz od dłuższego czasu po imieniu - Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. To... wszystko.
Powrót do góry Go down
Vyron
Godność : Vyron Laraziron
Wiek : Wygląda na 30 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Lubi : Wystawne bale, turnieje, polowania, dworskie intrygi, pojedynki, bezwarunkowe posłuszeństwo, być w centrum uwagi
Nie lubi : Nieposłuszeństwa, braku szacunku, głupoty, osób niezorganizowanych, istot niższego stanu
Wzrost / Waga : 182 cm / 76 kg
Pod ręką : Sakiewka z pieniędzmi, sakiewka z kryształowym pyłem, pałasz, rewolwer czarnoprochowy typu Le Mat, sztylet w cholewie buta.
Zawód : Dręczyciel ludu pracującego i pasożyt społeczny
Broń : Pałasz, rewolwer typu Le Mat, sztylet w bucie
Stan cywilny : Wolny
Specjalne : Administrator, Mistrz Gry
Vyron

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty3/7/2019, 07:32
Nie odpowiedział na pytanie o Bękarta.
Nie dlatego, że uznał je za przejaw chamstwa dziewczyny, ale dlatego, że właściwie nie wiedział co ma na nie odpowiedzieć. „Być podziwiany jak Bękart”, cholera, to faktycznie brzmiało jak oksymoron. Szlachta gardziła i omijała z dala Aerona Vaele, tak jak gardzi się parszywym psem, czy omija obsrane hajdawery leżące na środku korytarza. Mówiąc krótko, nie był uznawany za równego. Jednakże prości mieszkańcy Krainy Luster wydawali się go lubić i szanować. Uchodził za sprawiedliwego, umiał rozmawiać z gorszymi od siebie, nie krzywił się na ich widok i ignorował przejawy ichniej głupoty. Choć ciężko było to przyznać, to Bękart, właśnie w tej kwestii, był lepszy od niego.
Wzruszył tylko ramionami jakby mówił „nie wiem” i przez chwilę milczał.
- Otaczający nas świat jest pełny kolorów. Jedna są jaskrawe a inne nieco blade. – zaczął, pozornie nie nawiązując do tematu - Wyobraź sobie, że lecisz wysoko w powietrzu. Widzisz miasto, a w nim, spacerujących po ulicach mieszkańców. Są fuksowi Baśniopisarze, szkarłatni Upiorni, zieloni Szklani, lazurowi Lunatycy, gówniani Dachowcy … przepraszam … brązowi Dachowcy, oraz wielokolorowa reszta. Wyobraź sobie, że durnie mają kolor szary. Immanentną cechą istot myślących, jest unikanie problemów i ułatwianie sobie życia, prawda? W związku z tym, każdy, kto tylko może, aby ułatwić sobie życie uciekałby w bycie durniem. Każda z tych kolorowych istot, przybrałaby szary płaszcz, pod którym by się skryła i wmieszała w tłum równie szarych postaci. Pamiętaj tylko, że znacznie łatwiej durniowi grać mądrego, niż mądremu grać kretyna. – przerwał na chwilę by popatrzeć na wodę spływającą po kopule - Przez tę chwilę, gdy milczałem i gapiłem się jak spływa woda, całe miasto stało się szare. Jak myślisz Iris, czy bycie durniem, to w tym wypadku, dobra droga do ukrycia się? – uśmiechnął się do dziewczyny. Miał nadzieję, że da jej to pretekst do przemyśleń. On na własnej skórze przekonał się, że tak nie jest. Im więcej szarego, tym bardziej podejrzliwym trzeba być. Nigdy nie można lekceważyć durnia, idioty czy innej niedojdy, choćby ze względu na to, że gdy nie będziemy na nią lub niego patrzyć, możemy skończyć z nożem w plecach. Ponadto, granie durnia wymaga nie tylko umiejętności, ale też inteligencji. Z tego właśnie powodu, zawsze należy uważać co i przy kim się mówi.
Znalezienie się w jej objęciach spowodowało, że nieco się spiął.
To była mimowolna reakcja kogoś, kto nie jest przyzwyczajony, lub odzwyczaił się od tego, że okazuje mu się ciepło.
- Każdy ma w sobie dobro i zło. – powiedział patrząc dziewczynie w oczy - Widzisz Iris, dobro i zło to dwa wilki, które bezustannie toczą w nas walkę. Kłapią paszczami, błyskają kłami i rozszarpują się na sztuki. Ten bój trwa bezustannie, ale zawsze wygrywa ten wilk, którego częściej i lepiej karmimy. – opuścił wzrok i przez chwilę patrzył na ziemię - Ja sam nie wiem, który z wilków wygrywa w mojej duszy, ale jeśli sądzisz, że nie jestem uosobieniem zła, za jakie początkowo mnie miałaś, gotów jestem w to uwierzyć.
Widząc radość dziewczyny uśmiechnął się. To był pełen ciepła i radości uśmiech.
Może jednak nie był aż takim potworem, za jakiego go uważano?
A może udawał sam przed sobą?
- Teraz, gdy mam już Panią Kapitan, z prawdziwego zdarzenia, mogę zacząć myśleć o rozbudowie floty. Mam nadzieję, że będzie ci się miło pływało na okręcie flagowym. Uposażenie kapitańskie, czyli mówiąc po wojskowemu wysokość żołdu, omówimy w najbliższych dniach, gdy już się rozgościsz w swoich kwaterach. Jeśli chodzi o okręt flagowy, to „Bajkał” jest uzbrojoną w 124 działa, trzymasztową fregatą z dwoma rozkładanymi masztami bocznymi. To dość ciekawy wynalazek, którego raczej jeszcze nie widziałaś. Na klasycznym ożaglowaniu może osiągnąć 16 węzłów, ale po rozłożeniu „skrzydeł” prędkość wzrasta do 22 węzłów, co czyni go jednym z najszybszych okrętów, które kiedykolwiek zbudowano. /jeśli chodzi o wymiary, to ma prawie 80 metrów długości i 19 szerokości. Załogę stanowi 960 marynarzy. Na chwilę obecną, z tego co mi wiadomo, „Bajkał” jest najpotężniejszym okrętem w Krainie Luster. – mówiąc to uśmiechnął się z czymś w rodzaju dumy wymalowanym na twarzy.
Budowa tego potwora, wg. planów pozostawionych przez Wuja kosztowała fortunę, ale można powiedzieć, że się opłacało. Koniec końców, taki olbrzym potrafił zasiać strach w sercach nawet największych wilków morskich, o piratach nie wspominając. Jego ustawione na czterech pokładach armaty były tak potężne, że aby salwa burtowa nie przewróciła okrętu, wyposażono go w specjalnej konstrukcji miecze, które w czasie trwania spokojnego rejsu, można było chować do specjalnych, uszczelnionych skrzyń mieczowych.
- Czy teraz jesteś gotowa by rozpocząć nowe życie? – zapytał uśmiechając się do Iris.
Koniec końców nie była już obcym plebsem. Była Kapitanem jego floty.
Zaczął grać kolejną melodię , która idealnie wpasowywała się w klimat obozowiska pod gwiazdami, padającego deszczu i płonącego ognia. I tym razem zamknął oczy oddając się muzyce.
Powrót do góry Go down
Iris
Godność : Iris
Wiek : Wizualnie 25 lat
Rasa : Baśniopisarz
Wzrost / Waga : 175/70
Znaki szczególne : Krzywo przycięte, brazowe włosy. Zielone oczy.
Aktualny ubiór : Koszula i spodnie podróżne należące do Vyrona. Skórzane, zniszczone buty. Zniszczony kapelusz z piórem.
Pod ręką : Zwój papieru, pędzel i czarny tusz. Torba z rzeczami.
Broń : Bat.
Stan zdrowia : Lepiej nie pytać.
Iris

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty3/7/2019, 21:55
Rozmowa z Vyronem uspokajała ją. Pewnie mogłaby rozmawiać z nim całą noc, ale znużenie w końcu dawało o sobie znać. Patrzyła na niego kiedy mówił, skupiała wzrok na ruchach jego ust, małych zmarszczkach który tworzyły się kiedy mówił. Przyglądała się dyskretnie oczom, ruchom powieki, rzęsom, brwiom które nadawały mu charakteru.
Miał 'dziką' i jednocześnie delikatną urodę. Był w jej oczach jak sokół, piękny i z pozoru kruchy. Szybki drapieżnik, gotów spaść na swoją ofiarę niemal z nieba, drzeć dziobem i szarpać pazurami.
Jego obecność była naprawdę prezentem od losu. Nie wiedziała komu powinna dziękować za ten przypadek... Ale czy ich spotkanie było przypadkiem? Przecież to on zdecydował by zatrzymać się przy drzewie. On rozpalił ognisko i zadbał o dach nad głową. Mógł przecież wybrać inne miejsce.
Spochmurniała, kiedy zaczął mówić o kolorach i głupocie. Nie odzywała się ani słowem, trawiąc to co powiedział. Bo miał rację, istoty przybierały przeróżne kolory. Jej własne jawiły się jej teraz wyjątkowo ponuro. Kiedyś pełna życia, tryskająca energią... Wszędzie było jej pełno. Pamiętała czasy, kiedy żeglowała na pełnym morzu, potem te lata kiedy wędrowała po Krainie Luster i łapała się prac dorywczych. Pamiętała kiedy pierwszy raz chwyciła za bat.
Gdzie teraz był jej bat? Nie zabrała go ze sobą... Zapomniała. Gdzie się podział jej pazur? Kiedyś nie mogła się rozstać z bronią. Obecnie tylko kapelusz z piórem przypominał jej o tym, kim była. Wesołą, roześmianą córką morza, Baśniopisarką przed którą nie było granic.
Pokiwała głową, nie otwierając ust. Czasami czuła się szara. Czy to był objaw tego, że była durniem? Zawsze miała się za inteligentną osobę.
Uśmiechnęła się słysząc porównanie dobra i zła do wilków. Ona raczej widziała to inaczej, dla niej na charakter istoty składała się cała paleta barw. Ale czy mogła rozumować inaczej, skoro jest artystką? W jej życiu barwy mieszały się, tworząc przeróżne odcienie. Porównanie do farb było zwyczajnie prostsze do wyobrażenia sobie dla kogoś, kto miał z nimi styczność na co dzień.
Czy kiedykolwiek będzie jeszcze zdolna sięgnąć po pędzel?
- Wiesz... - odezwała się cicho - Jeszcze nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak ty, Vyronie. - powiedziała szczerze - Masz w sobie tyle sprzeczności. Toczysz walkę, sam ze sobą o czym świadczą twoje słowa i czyny. Jednocześnie masz w sobie spokój, którego wielu pragnie, nie raz całe życie. Wiem, Upiorni Arystokraci żyją po kilkaset lat, są długowieczni, ale powiedz... Zawsze taki byłeś? - spojrzała w jego zielone oczy - Jeśli to za dużo, nie odpowiadaj, po prostu chciałabym cię zrozumieć. Nigdy nie będę miała rogów, ale może uda mi się stać chociaż po części tak zdyscyplinowaną jak ty. Tak, bo tak to nazwę. Zdyscyplinowaniem. - sięgnęła i dotknęła jego ręki, przejechała po niej - Masz twarde dłonie wojownika, żelazny charakter kogoś, kogo życie strasznie doświadczyło... i jednocześnie wrażliwość i gorące serce, które pozwalają tak pięknie grać i śpiewać, mówić o rzeczach ważnych i błahych. - zrobiła na chwilę pauzę - Nie wiem, czego się bałam. Plotki wyryły mi zupełnie inny obraz ciebie. Ale już się nie boję. - uśmiechnęła się z wdzięcznością a w jej oczach pojawił się błysk - Podziwiam cię.
Gdy mówił o statku, oczy jej błyszczały z ekscytacji. Trochę zmartwił ją opis okrętu, bo takim jeszcze nigdy nie płynęła, ale może właśnie dlatego powinna się zgodzić? Zostawić za sobą przeszłość, ból i rozpocząć nową przygodę z dala od miejsc które źle jej się kojarzą. Poprowadzić załogę na koniec świata, na zachód, za udającym się na spoczynek słońcem. Pomóc Arystokracie odnaleźć wuja, spełnić jego marzenie i przy okazji swoje.
- Czy znajdzie się miejsce i czas, żebym najpierw wykonała rejs próbny? - zapytała zamyślona - Dawno tego nie robiłam... Dodatkowo, jak powiedziałeś, zapewne nie znam tej konstrukcji. Chciałabym najpierw sprawdzić wszystko za w czasu, żeby później nie było niemiłych niespodzianek. - dodała a w jej głosie zabrzmiała większa pewność siebie - No i przydałoby się najpierw poznać chociaż część załogi. Z doświadczenia wiem, że jak się stawia świeżego Kapitana przed zgraną ekipą... No, nie jest dobrze. - uśmiechnęła się promiennie, nie wdając się w szczegóły i zaraz na jej twarzy wymalowało się zakłopotanie - Wiem, proszę o zbyt wiele na raz... Po prostu... - sapnęła cicho - Nie mogę się doczekać! - podciągnęła nogi i objęła je, kładąc policzek na kolanach. W jej uśmiech wdarło się rozmarzenie. Oczami wyobraźni widziała siebie na pokładzie, w pięknym mundurze, z kapeluszem oczywiście!
Muzyka ponownie ukoiła jej nerwy i sprawiła, że dziewczyna poczuła się senna. Przymknęła oczy, nadal pozostając w diademie.
Może i los księżniczki nie był jej pisany. Ale o stokroć bardziej podobała jej się perspektywa losu Kapitana Floty Kryształowego Księcia.
Powrót do góry Go down
Vyron
Godność : Vyron Laraziron
Wiek : Wygląda na 30 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Lubi : Wystawne bale, turnieje, polowania, dworskie intrygi, pojedynki, bezwarunkowe posłuszeństwo, być w centrum uwagi
Nie lubi : Nieposłuszeństwa, braku szacunku, głupoty, osób niezorganizowanych, istot niższego stanu
Wzrost / Waga : 182 cm / 76 kg
Pod ręką : Sakiewka z pieniędzmi, sakiewka z kryształowym pyłem, pałasz, rewolwer czarnoprochowy typu Le Mat, sztylet w cholewie buta.
Zawód : Dręczyciel ludu pracującego i pasożyt społeczny
Broń : Pałasz, rewolwer typu Le Mat, sztylet w bucie
Stan cywilny : Wolny
Specjalne : Administrator, Mistrz Gry
Vyron

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty4/7/2019, 15:37
Deszcz na chwilę zelżał. Wcześniej spadał z ciężkich, spowijających nocne niebo chmur tak, jakby za punkt honoru przyjął zmoczenie każdego milimetra ziemi. I przyznać trzeba, że niemal mu się to udało, bowiem tuż za ścianami schronienia, pojawiły się już kałuże, napełniane nieustannie przez strugi spływającej ze szczytu kopuły wody.
- Nie, nie zawsze ... – powiedział krótko i cicho, po czym opuścił głowę. Jego słowa były tak ciche, że delikatny szum kropiącego deszczu niemal go zagłuszył.
Choć bardzo pragnął, to nie umiał o tym mówić. Bo jak i co miał powiedzieć prosty żołnierz, skoro nawet wielkim artystom i znanym poetom brakuje słów na to, by opisać majestat śmierci i następującą po niej samotność?
Nie potrafił znaleźć słów i nie umiał się żalić. Przez ponad 500 lat nie nauczył się tego, i choć bardzo pragnął, to jedna noc tego nie zmieni.
Nie potrafił się otworzyć.
Nie potrafił powiedzieć, że była ongiś osoba, dla której był gotów porzucić swoją władzę, pozycję i tytuły, dla której był gotów był wyrwać sobie rogi i żyć daleko, daleko stąd. Nie mogło mu przejść przez gardło, że była taka osoba, którą ślepo kochał i kocha dalej, chociaż jej już nie ma. Nawet dzisiejsze spotkanie, spowodowane było tym, że cały czas żył przeszłością i odwiedzał stare, pełne wspomnień miejsca. To pod tym drzewem dowiedział się wszystkiego …
Nie potrafił powiedzieć Iris, że w jednej z wież Himmelhofu, tuż obok jego sypialni, za ciężkimi, okutymi, zamkniętymi na wiele zamków drzwiami, jest pewien pokój o kolorowych ścianach, z których uśmiechają się kotki, pieski i inne zwierzątka. W pokoju tym stoją dwa fotele, stolik, regał z książkami i kołyska pełna pluszowych zabawek i grzechotek. Nie umiał się przyznać do tego, że czasem, gdy ból zaczyna rozdzierać mu serce, idzie do tamtego pokoju ze swoim najcenniejszym skarbem w dłoni, i tuląc go do siebie, płacze, starając się choćby odrobinę oczyścić serce z żalu.
- … ale to teraz nie ma znaczenia. – powiedział ponurym głosem i ponownie wstał - Przepraszam na chwilę.
Powiedziawszy to wyszedł ze schronienia na zewnątrz.
Nie padało już tak bardzo zatem nie założył ani płaszcza ani kapelusza.
Odszedł kawałek, dla zachowania przyzwoitości tak, że widoczny był tylko jego kształt, po czym stanął w lekkim rozkroku trzymając obie ręce z przodu. Musiał jednak stanąć w jakimś dziwnym miejscu, gdzie deszcz padał wyjątkowo intensywnie, bo co chwilę przecierał twarz jedną ręką.
Gdy skończył, podszedł do ściany i umył ręce w jednej z płynących stróżek. Następnie nabrał nieco wody w dłonie i obmył twarz.
Tego było mu potrzeba.
Wrócił pod dach schronienia i podszedł do ognia.
- Nie masz powodów by mnie podziwiać, ale mimo to dziękuję. Miło mi to słyszeć zważywszy na fakt, że nie zrobiłem nic ponad to, co zrobiłby każdy. Jestem magnatem, zatem dbam o swoją fortunę, kontakty i istoty żyjące na moich ziemiach. Jestem żołnierzem, więc walczę tam gdzie trzeba i wygrywam tam gdzie walczę. Jestem podróżnikiem, więc uznaję i honoruję zasady panujące podczas wędrówki. – powiedział dołożywszy drew i patrząc przez chwilę jak te zaczyna pochłaniać ogień - Załogą się nie przejmuj. Będziesz miała tyle czasu ile będziesz potrzebowała. Jeśli zaś chodzi o próbny rejs … – powiedział siadając obok dziewczyny - to masz do dyspozycji całe morze, ale zanim to zrobisz, czeka cię jeszcze kilka spraw. Po pierwsze, wizyta u medyka, który zaleci ci odpowiednią dietę pozwalającą na odzyskanie sił, po drugie musimy zadbać o to byś miała się w co ubrać, koniec końców każda kobieta lubi ładnie wyglądać – uśmiechnął się lekko - po trzecie będziesz musiała urządzić sobie miejsce, w którym zamieszkasz. Może być to jedna z komnat na zamku, jeden z domów wewnątrz Himmelhofu, albo pokój w koszarach. Sama wybierzesz, gdzie czujesz się lepiej.
Deszcz znowu lunął.
A zatem zmniejszenie się natężenia opadów było tylko chwilowe. Znaczy się znak z nieba. Dobre i to.
- Po czwarte, przyda nam się rano krótkie odświeżenie w postaci ciepłego prysznica. – powiedziawszy to dotknął dłonią ściany schronienia. Dach zapadł się nieco tworząc dwie spore niecki w niewielkim oddaleniu od paleniska, w taki sposób, że gorące powietrze i dym unosząc się w górę podgrzewały gromadzącą się dość szybko wodę.
Popatrzył dziewczynie w oczy.
- Po piąte, nie odpowiedziałaś na moje pytanie odnośnie tego, czy jesteś gotowa zacząć nowe życie. - jego jadowicie zielone oczy wpatrywały się w nią z oczekiwaniem - To jak, Pani Kapitan, jest Pani gotowa?



Powrót do góry Go down
Iris
Godność : Iris
Wiek : Wizualnie 25 lat
Rasa : Baśniopisarz
Wzrost / Waga : 175/70
Znaki szczególne : Krzywo przycięte, brazowe włosy. Zielone oczy.
Aktualny ubiór : Koszula i spodnie podróżne należące do Vyrona. Skórzane, zniszczone buty. Zniszczony kapelusz z piórem.
Pod ręką : Zwój papieru, pędzel i czarny tusz. Torba z rzeczami.
Broń : Bat.
Stan zdrowia : Lepiej nie pytać.
Iris

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty10/7/2019, 23:04
Nie potrafiła czytać w myślach i właśnie w tej chwili żałowała, że potrafi jedynie doprowadzić do płaczu lub do wybuchu niekontrolowanej wesołości. Przyglądała mu się badawczo, próbując zapamiętać mimikę twarzy, blask ognia odbijający się w jego zielonych oczach. Zawsze analizowała twarze i jako artystka starała się wychwycić jak najlepiej grę świateł.
Chciałaby poznać go bliżej, usłyszeć jego historię. Pozwolić mu zapłakać, jak on pozwolił jej. To takie dziwne? Prosta, równoważna wymiana... Przekonała się, że Arystokraci jednak potrafią być empatyczni.
Wyszedł a ona poczuła się niezręcznie. Nie powinna tak śmiało pogrywać. Nie powinna pchać się z buciorami w jego życie, wywlekać bolesnych wspomnień na wierzch... A może po prostu w obliczu własnej tragedii, instynktownie szukała kogoś sobie podobnego?
Właściwie sama wybrała los tułacza. Christopher nigdy nie wygoniłby jej z domu. Zapewne znalazłby jej lokum, jest przecież bardzo honorowy.
Poczuła ukłucie kiedy o nim pomyślała ale smutek zmieszał się ze złością. Myślała, że znalazła szczęście, że już zawsze będą razem a tu proszę - zabawił się nią i kiedy nie dała mu dziecka, porzucił ją jak zużytą Lalkę. Cudowny Marionetkarz.
Wrócił ale ona zapatrzyła się w ogień. Płomienie tańczyły wesoło z trzaskiem, pożerając dołożone drewno, głaszcząc je ognistymi językami w dziwacznej pieszczocie by następnie stopić pod pocałunkami. Uśmiechnęła się delikatnie, obserwując to zjawisko.
- Jesteś pewien... że zrobiłby to każdy? - zapytała nie patrząc na niego, wpatrując się w ogień - Dla ciebie to igraszka, Vyronie. Podarować chleb, ciepłe okrycie. I nie można cię za to winić, czymże w morzu bogactw jest jeden bochenek czy jeden koc? - spojrzała na niego i uśmiechnęła się delikatnie, niezłośliwie - Dotąd na mojej drodze spotkałam tylko dwie osoby, które wyciągnęły do mnie rękę. Jedną kiedyć był mój narzeczony, który następnie po utracie dziecka postanowił mnie porzucić. Drugą jesteś ty. - wyznała - Może nie potrafię wyrazić mojej wdzięczności. Może w całej swojej naiwności jednak jestem trochę nieufna, bo boję się powtórnego odrzucenia. Ale wiedz, że bardzo ci dziękuję. Bo dla mnie ta kopuła... - wskazała na sklepienie - Jedzenie którym się podzieliłeś, czyste ubrania i w końcu propozycja pracy... - zagryzła wargi, bo zaczęły lekko drżeć - To dla mnie wiele.
Wysłuchała go gdy mówił o statku i wszystkim co z tym związane. Nie mogła się już doczekać kiedy stanie na jego pokładzie, kiedy chwyci za ster i poczuje słoną bryzę na twarzy. Perspektywa zamieszkania na jego włościach była naprawdę cudowna. Może wreszcie znajdzie sobie jakiś mały kącik? I może nawet Vyron pozwoli jej malow… Nie. Do tego prędko nie wróci.
- A co jeśli.. - spuściła głowę rumieniąc się mocno - …co jeśli twoi ludzie mnie nie polubią?
Nagle dopadły ją wątpliwości. Czy jest na tyle dobra, by dowodzić jego flotą? Obawiała się go zawieść. Jego, Arystokratę w złej sławie, bo nawet jeśli już przekonała się, że nie taki diabeł straszny, tak nie wiadomo co zrobi Vyron kiedy zostanie zdenerwowany.
Nie mogła się nadziwić jego mocy, ale nie odezwała się kiedy kryształ nad ich głowami poruszył się i wybrzuszył, zapadając do środka.
Kiedy na nią spojrzał, ujrzała znowu płomienie tańczące w jego zielonych oczach. Cienie pięknie barwiły mu twarz, dodając jej dzikości. Ale nie tej złowieszczej, tej... ekscytującej.
Jej lico rozpromieniło się, usta rozciągnęły w szerokim uśmiechu ukazującym zęby. W oczach pojawiły się iskierki a ręce ściśnięte w pięści uniosła do brody, co było jawnym obrazem podekscytowania.
- Tak! - prawie pisnęła z radości - Jestem gotowa!
Prawdę mówiąc była gotowa rzucić się mu w ramiona ze szczęścia, ale pamiętając o tym jak się spiął... pozostała na swoim miejscu, ledwo mogąc usiedzieć bez wiercenia się.
Powrót do góry Go down
Vyron
Godność : Vyron Laraziron
Wiek : Wygląda na 30 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Lubi : Wystawne bale, turnieje, polowania, dworskie intrygi, pojedynki, bezwarunkowe posłuszeństwo, być w centrum uwagi
Nie lubi : Nieposłuszeństwa, braku szacunku, głupoty, osób niezorganizowanych, istot niższego stanu
Wzrost / Waga : 182 cm / 76 kg
Pod ręką : Sakiewka z pieniędzmi, sakiewka z kryształowym pyłem, pałasz, rewolwer czarnoprochowy typu Le Mat, sztylet w cholewie buta.
Zawód : Dręczyciel ludu pracującego i pasożyt społeczny
Broń : Pałasz, rewolwer typu Le Mat, sztylet w bucie
Stan cywilny : Wolny
Specjalne : Administrator, Mistrz Gry
Vyron

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty14/7/2019, 21:25
Deszcz nieco zelżał. Nie lało już jak z cebra, ale do całkowitego rozpogodzenia była jeszcze daleka droga. Słysząc słowa dziewczyny o morzu bogactw uśmiechnął się lekko.
- Z twojego punktu widzenia to igraszka, z mojego inwestycja. – powiedział uśmiechając się - Widzisz, chleb czy ciepłe i suche okrycie to w tym wypadku środki inwestycyjne, posiadające w ściśle określonym czasie, ściśle określoną wartość. Inwestując je, w odpowiednim momencie, jesteś w stanie zmaksymalizować ich wartość względną (wartość bezwzględna pozostaje be zmian), tym samym uzyskując znaczący profit, rozumiesz? – zapytał patrząc jej w oczy - W tym miejscu musze zaznaczyć jedną rzecz. Pamiętaj, że jestem zły, okrutny, piję krew niewinnych, a pozostałe ofiary, z uśmiechem godnym szaleńca, zamykam w kryształowych trumnach. Ponadto jestem personifikacją lęków chłopstwa, drobnomieszczaństwa, ludu pracującego oraz tej pomniejszej i większej szlachty. Słowem, kawał ze mnie chuja. Wykreślamy zatem czynnik tak zwanego „dobrego serca”. Zatem, skoro jestem zły, nie mogę nic czynić ze względu na to, że ci współczułem czy tez zrobiło mi się ciebie żal. Nic z tych rzeczy. Ofiarowując ci pomoc zainwestowałem swoje środki, które dla ciebie, w tamtej chwili, miały większą wartość względną niż dla mnie. Dość powiedzieć, że działałem z rozmysłem i premedytacją. Czyniąc to, akceptowałem tak zwane ryzyko inwestycyjne, ale skrycie liczyłem na to, że poczynione przeze mnie działania przyniosą określony profit. Koniec końców, za odrobinę strawy, ciepłe ciuchy i tymczasowe schronienie, z którego sam korzystam, udało mi się nająć kapitana floty, która dopiero powstanie. – powiedział śmiejąc się - Widzisz, gdy już ta flota będzie gotowa, wyśle się ją wraz z ładunkiem klejnotów, platyny, złota i srebra do miejsca zbytu, w którym sprzeda to co posiada i zakupi chleby oraz ubrania. W ten sposób, dzisiejsza inwestycja przyniesie mi w najbliższej przyszłości znaczące przychody. Pamiętaj, że ja nigdy nie czynię nic z tak zwanego „dobrego serca”.
Roześmiał się głośno i szczerze, a jego śmiech miał w sobie coś z kryształu.
Przez chwilę patrzył się na dziewczynę.
Gdy usłyszał że ta jest gotowa zacząć nowe życie podniósł się z ziemi i podszedł do konia. Delikatnie przesunął dłonią pomiędzy uszami zwierzęcia.
Koń zachrapał cicho, zestrzygł uszami i podniósł się z ziemi. Upiorny jeszcze przez chwilę głaskał zwierzę po szyi po czym odwrócił się do Iris.
- Jak cię nie polubią to przeciągniesz ich pod kilem – popatrzył jej w oczy uśmiechając się łobuzersko - Ewentualnie … weź no się tak skrzyw …no wiesz … tak jakbyś dowiedziała się, że … już wiem! Że majtek trzepał gruchę do beczki rumu …. – Uśmiechając się dalej, wyjął z kieszeni kilka kryształów w różnych kolorach, po czym uformował z nich dość sporego, kryształowego ptaka z barwnym irokezem i rozpostartymi skrzydłami. Podszedł i posadził ptaka na ramieniu Iris - I teraz, mając dalej ten sam wyraz twarzy i nieodłączną przedstawicielkę awifauny na ramieniu, wołasz coś w stylu: „AGGGRRRHHH! Do kroćset fur beczek! Do lin, pierdziwory i dybidzbany! Rozwinąć żagle, albo was rzucę rekinom na pożarcie! AGGGRRRHHHH!”. Tylko najpierw sprawdź, czy nie jesteście w porcie, bo tedy całe wrażenie diabli wezmą, w końcu w porcie trudno o głodne rekiny. – roześmiał się, podniósł siodło i zaczął sposobić konia do jazdy. Gdy zwierzę było już gotowe do drogi, podszedł do swojego płaszcza i kapelusza.
Ubrał się niemal jednym ruchem. Widać było, że nie pierwszy raz przychodzi mu tak obozować i zwijać obóz w zorganizowanym pośpiechu. Już ubrany podszedł do Iris i wyciągnął rękę by pomóc jej wstać.
- Nie ma na co czekać. Deszcz przestał prawie padać, a przed nami jeszcze kawałek drogi. Czas zacząć łapać marzenia. – zacmokał, a koń podszedł do nich parskając cicho. Wybił się z ziemi i wskoczył na siodło wykorzystując jako punkt podparcia dłoń, którą położył na łęku siodła. Sztuczka tyleż prosta co bardzo efektowna.
Odpiął płaszcz podróżny i powiesił go sobie na ramieniu.
- Wsiadaj! – powiedział wyciągając rękę i pomagając jej wsiąść. Ruchem ręki zarzucił płaszcz podróżny tak, że zasłaniał plecy Iris i kończył się na jego ramionach. Wyglądało to tak, jakby dwie osoby założyły jeden płaszcz - Ruszamy do Pani nowego domu Pani Kapitan.
Dał koniowi ostrogę.
Zwierzę wypadło ze schronienia kierując się w stronę domu. Vyron zatrzymał je jakieś piętnaście metrów od dotychczasowego schronienia i uniósł dłoń w górę.
Kopuła, pod którą jeszcze przed chwilą się kryli się przed deszczem, zamieniła się w kryształowy pył. Pył ten zawirował w powietrzu i niczym gigantyczny wąż ruszył w stronę swego pana. Koń, widać przyzwyczajony do tego co się działo, nawet nie drgnął. Pyłowy wąż pokornie wpełzł do sakwy która wisiał przy końskim boku.
Widząc, że po obozowisku nie zostało nic poza paleniskiem, odwrócił konia i ruszyli w kierunku domu.

ZT x2
Powrót do góry Go down
Tyk
Godność : Lord Protektor, Arcyksiążę Agasharr I Rosarium
Wiek : 20 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Wzrost / Waga : 178/75
Aktualny ubiór : W temacie
Pod ręką : Alphard (Rubeol), Forets (Tenebrae), Divard
Zawód : Lord Protektor Krainy Luster
Specjalne : Główny Administrator (na wakacjach)
Tyk
SCR
PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty28/7/2019, 00:10
Księżyc
Koszmarna Inwazja
Ranga: A
Liczba osób wymagana do pokonania Koszmaru: 1
Herbaciana Rzeka P9i1OOz

Nad Herbacianą Rzeką pojawiła się kula, która swym wyglądem, w szczególności barwą, przypominała nieco księżyc widywany nocą na niebie, lecz była od niego znacznie mniejsza i znajdowała się znacznie bliżej ziemi, choć nie dość blisko, by bez skrzydeł dało się jej dosięgnąć.
Czymkolwiek jest, bądź było to dziwne zjawisko szybko okrzyknięte zostało przez miejscowych "koszmarem", bo choć z daleka wydawało się spokojne, niegroźne, to gdy tylko się zbliżyło dało się zrozumieć dziwność srebrnego obiektu.
Jeżeli ktoś zbliżył się do rzeki, nad którą unosił się Księżyc - bo tak kulę powszechnie w okolicy nazywano, jakby dla oswojenia jej przerażającej natury i próby umniejszenia grozy z nią powiązanej, ujrzał ziemię pokrytą czerwienią. Nie ciemną barwą krwi leżącą na polach bitew wśród poległych i nie kwiecistą czerwienią tulipanów rosnących spokojnie na łące, a czerwienią zupełnie inną, bledszą przypominającą barwę, którą niekiedy księżyc przybiera w pełni, lecz to nie jest kolor księżyca, a śniegu leżącego wszędzie na terenie owładniętym koszmarem i wciąż sypiącego z nieba.
Śniegu niezwykle zagadkowego, bo choć we wszystkim prawdziwy przypomina to nie jest zimny, zdawać by się mogło, że w ogóle nie posiada temperatury, a ściśnięty w dłoni miast topnieć, po prostu znika.
To jednak nie krwawy puch pokrywający ziemię zwraca największą uwagę głupców, którzy wkroczyli na teren dziwactw, lecz widmowe postacie, wśród których rozpoznać da się dziś znamienite rody Upiornej Arystokracji walczący w jakichś wyjątkowo archaicznych pancerzach z Cieniami, które zajęły drugą stronę rzeki. Znawcy historii mogliby dostrzec w tych widzeniach prawdziwe wydarzenia, lecz nie byliby zdolni przyjrzeć im się dokładnie.
Bitwa ta jakby mgłą była widoczna jest w oddali, lecz gdy tylko się zbliżysz znika. Widoczne są dalsze oddziały, starcia oddalone o kilkanaście metrów, lecz nie sposób ujrzeć tego, co jest tuż przy nas. Miecze w tej widmowej bitwy ścierają się bezgłośnie, wchodząc na teren Koszmaru nie słychać walki, a jedynie spokojną melodię, przypominającą nieco kołysankę. Nie ma słów, a mimo to w głowach tych, którzy ją słyszą pojawiają się nachalnie myśli układające się w te o to zdania: Kłamstwo jest zgubą, wystrzegaj się go, lecz nie zapomnij.
Ci, którzy byli na tyle głupi by wybrać się nad Herbacianą Rzekę wspominali o przedziwnych strażnikach, otoczonych srebrzystą poświatą bytach, którzy potrafili odpowiedzieć na każdy ich atak dokładnie tym samym. Nikt jednak nie był na tyle odważny by zostawać na dłużej, szkarłat śniegu, widmowe wojska, księżycowi strażnicy - to było zbyt wiele dla głupców, którzy dotąd przybyli zmierzyć się z Księżycem.

Uwaga! Strażnik pojawia się dopiero po przyjściu gracza, w poście MG!
Powrót do góry Go down
Drossel
Godność : Lady Ophelia Rosemary von Avgrunnen
Wiek : Wygląda na naście | ponad 200
Rasa : Upiorna Arystokracja
Lubi : Władzę, pieniądze i alchemię.
Nie lubi : Gdy ktoś odmawia jej powyższych.
Wzrost / Waga : 166 | 51
Znaki szczególne : Długie srebrne włosy, zapach jaśminu lub białego bzu oraz białe szaty.
Aktualny ubiór : Białe szaty.
Pod ręką : Rapier z posrebrzaną rękojeścią
Zawód : Intrygantka.
Stan cywilny : Wdowa
Drossel

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty1/8/2019, 23:26
____Życiowe niespodzianki przez ponad dwa wieki zżyły się z Upiorną Arystokratką do takiego stopnia, że któregoś dnia w jej oczach stały się niegodne miana niespodzianek. Ophelia była gotowa na każdą ewentualność, nawet śmierć, choć ta była ostatnia na liście wszystkich planów awaryjnych od A do Z, wliczając w to również spontaniczne działania. Niewiele było w stanie ją zaskoczyć, a nawet jeśli coś znalazło się w tym wąskim gronie rzeczy wywołujących u niej zdziwienie, to kobieta skrzętnie to ukrywała pod maską chłodnej obojętności.
____Wieść o koszmarze straszącym nad Herbacianą Rzeką wcale jej nie przeraziła, a wręcz przeciwnie; czuła dziecinną ekscytację, podobną do tej, gdy spotkała jej Ivora. Swoją drogą, mężczyzna uparł się, by towarzyszyć Ophelii w walce z anomalią niepokojącą mieszkańców Krainy Luster, pomimo jej zapewnień, że świetnie poradzi sobie z nią sama. Przez całą drogę niewiele mówiła, jakby chciała oczyścić umysł przed czekającą ją walką. Nie potrzebowała całej armii, by odnieść zwycięstwo; chociaż ta filigranowa postać skrywała w sobie duże pokłady fizycznej siły, doskonale zdawała sobie sprawę, że to spryt jest drogą do sukcesu, a tego pani Avgrunnen nie brakowało.
____Krajobraz zaczął się zmieniać; spokojna srebrzysta noc ustąpiła miejsca wszechobecnej czerwieni, a stukot końskich kopyt zamienił się w skrzypienie śniegu. Zaraz po drugiej stronie rzeki zamajaczyły cienie toczące ze sobą bitwę. Arystokratka przez dłuższą chwilę obserwowała krwawy obraz przed sobą z beznamiętnością wymalowaną na jej twarzy, jednak na moment otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Czyżby coś wydało jej się znajome? W tej samej chwili klacz zarżała i uniosła przednie nogi, omal nie zrzucając arystokratki ze swojego grzbietu.
Dalej nie pojedziemy. Konie się boją — oświadczyła ze spokojem zeskakując z białego wierzchowca. — Kłamstwo jest zgubą, wystrzegaj się go, lecz nie zapomnij.
Powtórzyła słowa, które znikąd pojawiły się w jej głowie, kładąc dłoń na posrebrzanej rękojeści rapiera, podczas gdy kierowała się w stronę fałszywego księżyca; bez pośpiechu, mając oczy dookoła głowy.
Powrót do góry Go down
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Herbaciana Rzeka   Herbaciana Rzeka Empty
Powrót do góry Go down
 
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Spectrofobia: Po drugiej stronie Krzywego Zwierciadła :: Kraina Luster :: Herbaciane Łąki-
Skocz do: