Otchłań

Go down

Pisanie autorstwa Tyk on Pon 17 Cze 2019, 19:56


Otchłań jaka jest każdy widzi, lecz pamiętaj, by nie spoglądać za długo w Otchłań, bo wtedy Otchłań zacznie spoglądać w Ciebie.




To tylko zrządzenie losu, lecz niezbyt szczęśliwe dla piratów atakujących bramę, że w czasie ich szturmu do domu wracał Lord Protektor Krainy Luster, a wraz z nim cała flota przewożąca jego oddziały, które zabrał ze sobą do Różanej Wieży.
Co więcej nawet nie będą mieć okazji do plunięcia w twarz samemu magnatowi Rosarium, gdyż ten - podróżujący w środku floty - nawet nie dotrze do bramy nim wszystko nie będzie już wyjaśnione. Jeden okręt jakim dysponowali piraci nie stanowił większego zagrożenia nawet dla płynących na samym przedzie jednostek.
Na razie jednak obie strony pozostawały w nieświadomości. Może lada chwila na flagowym okręcie, na którym przebywał sam Arcyksiążę, zjawi się posłaniec z przodu floty i powie o zauważonej pirackiej jednostce i śladach walki przy bramie. Może nawet jakaś przypadkowa kobieta będzie akurat na pokładzie i odbierze te wieści, a potem zrobi z nimi co należy.

Agasharr żył jednak na razie w błogiej niewiedzy leżąc na łóżku w monarszej kajucie i trzymając na brzuchu książkę, którą jeszcze chwilę temu z uwagą czytał. W końcu jednak znużenie powtarzaniem tych samych zdań nieustannie od prawie godziny, zwyciężyło i przymknął oczy, odchylając nieznacznie głowę do tyłu, na tyle na ile pozwalało mu zdecydowanie zbyt wiele poduszek, które nadgorliwa służba przyniosła do jego łóżka.

To była jego chwila odpoczynku, w której mógł zapomnieć o przeklętych piratach, którzy ośmielali się niszczyć okręty jego i jego wspólników, pozostałych inwestorów Kompanii. Powrót do spokojnych ogrodów Różanego Pałacu, a szczególnie zapuchaconego Lisiego Zakątka był czymś, czego będąc od kilkunastu dni w Otchłani Rosarium oczekiwał bardziej niż bezwarunkowej kapitulacji MORII. Zresztą, takie nędzne robactwo jak MORIA nie dotrzymuje danego słowa, a pozorna kapitulacja byłaby tylko próbą oszustwa.

Tak przynajmniej sądził Rosarium, który przecież nie znał osobiście szefostwa tej parszywej organizacji, która psuła mu plany i która była czymś obcym, czymś czego nie do końca był w stanie zrozumieć i przez to musiał spędzać wiele czasu, by móc z nią skutecznie walczyć. Trudno jednak nie przyznać, iż miejscami nie bywała całkiem bezużyteczna... tylko trzeba było ją do tego odpowiednio skłonić. To jednak bywało męczące.
Tyk
Tyk
SCR

Godność : Lord Protektor, Arcyksiążę Agasharr I Rosarium
Wiek : 20 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Wzrost / Waga : 178/75
Aktualny ubiór : .
Pod ręką : Alphard (Rubeol), Forets (Tenebrae)
Zawód : Lord Protektor Krainy Luster
Bestie : Alphard (Rubeol), Forets (Tenebrae)
Stan zdrowia : Doskonały

Specjalne : Główny Administrator (na wakacjach)
Liczba postów : 80
Dołączył : 18/07/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Soph on Sro 10 Lip 2019, 17:43

Gdy idealnie wyważony Latający Okręt wpadł w turbulencje – był idealnie wyważony, osobiście dostarczyła Arcyksięciu pierwsze plany budowy, tym samym ponad dwa lata temu pieczętując współpracę z nim – młoda oficer zatoczyła się na wyłożoną boazerią ścianę statku. Choć nikt nie kojarzył z twarzy owej postawnej blondynki insygnia na popielatym damskim mundurze nie pozostawiały wątpliwości usytuowany ją na górze łańcucha pokar--- dowodzenia, wobec czego mogła złapać za ramię pierwszą z brzegu osobę i warknąć melduj! (Jakie to dogodne, iż oficer Remilia musiała pilnie zostać w Różanej Wieży.)
— Nie wiemy co się dzieje, psze pani! — pisnął zaczepiony młodzieniec, prężąc się pod dotykiem wyższego stopniem członka Stowarzyszenia. Istniała oczywiście rozdzielność funkcji związanych typowo z Wydziałami Stowarzyszenia oraz funkcji militarnych czy dotyczących dowództwa Okrętów lub Latającej Kolei, jednak to raczej oczywiste, że dowództwa nie otrzymują zieloni Członkowie.
— Więcej dowie się pani na mostku!
To było oczywiste. Dosłownie jeszcze przed chwilą lot przebiegał bez najmniejszych zakłóceń. Puściła chłopca, który ruszył do swoich zajęć. Dowiedziała się tyle, iż okręt musiał wykonać nagły zwrot lub właśnie próbują wyhamować prędkość, którą dopiero co rozwinęli. Kierując kroki do korytarza prowadzącego do pomieszczeń dowodzenia, w główce zakwitł jej szatański, a raczej godzien prawdziwego Kapelusznika, pomysł. W męskiej wersji był raczej niewykonalny, ale po chwili przypomniała sobie, że oblicze Czarnej Róży, Madeline Dark i tak zawsze skrywała maska, której pod ręką akurat nie miała. I z tego żartu też nici. Jak bardzo przydałaby jej się Tęczowa Różdżka! stwierdziła z żalem, gdy zauważyła, że długi warkocz zaczynają pokrywać pasma zdecydowanie bardziej przypominające mleczną czekoladę niż białą. Umknęła za róg, by przeczekać przemianę. Znalazła się chyba w okolicach skromnych łaźni. Okręt był przystosowany do kilkudniowej podróży; był w końcu flagowym Statkiem na pokładzie którego znajdował się sam prześwietny Lord Protektor. Aż prychnęła na głos.
W czasie, gdy włosy do końca ciemniały, ona sama przeglądała pozostawione tu nieliczne części garderoby. W końcu zabrała tylko szeroki, skórzany pas, którym przepisała się (haha), zadzierając spódnicę w kolorze gołębi szarości wysoko pod stan, by suto wystawała znad przewiązki. Rozsunęła też dwa górne guziki lnianej koszuli, porzucając marynarkę (niejako na wymianę za skradziony pasek), a pod szyją zapięła wydobytą z torby, lekką jak pajęczyna czy sen czerwoną pelerynę, zabieraną ze Skrzyni na takie właśnie okazje. Zapięła szkarłatną jak tętnicza krew broszą, z którą z kolei nie rozstawała się nigdy. Jak paranoja to paranoja. Aksamitka dotąd wiążąca warkocz oplotła włosy uformowane w wysoki kuc, choć falowane włosy wcale nie chciały poddać się naprędce zmajstrowanej fryzurze. Niebieskie oczy, brązowe włosy, twarz Esmé de Chardonnay i jej charakterystyczna, nieskalana emocją mina – voilá! Mogła iść lansować się na mostek kapitański. Zmusiła się przybrać wyprostowana postawę – co przyszło jej w pewnym trudem, bo dawno już nie miała kija w dupce – i ruszyła pewnym krokiem ku dowódcom. W oczach palił jej się złośliwy ognik.

— Meldować — ryknęła, choć przecież nawet nie podniosła głosu. To jedno słowo zabrzmiało jak smagnięcie bata i takie jak on było: nagłe i przesiąknięte przemocą. Bo hrabina pojawiała się znikąd (jak zawsze) i wprowadzała swoje zasady i rządy (jak zawsze). Nawet po dwóch latach nikt nie wiedział co sądzić o sekretarz Arcyksięcia. Nosiła nazwisko rodu Lunatyków związanych od dawna z wytwarzaniem eliksirów, a jednak musiała do niego wejść poprzez małżeństwo lub debiutować naprawdę niedawno, ponieważ o Szmaragdowej Hrabinie nigdy dotąd dobrze nie słyszał. Jak zyskała zaufanie Lorda Protektora i czy odbyło się to poprzez awans łóżkowy (po Różanym Pałacu krążyły dziwne, nieprawdopodobne plotki, a Arcyksiężna z miejsca zamrażała na kość każdego, kto ośmielił się choć wspominać owe wydarzenia) nie wiadomo. Pewne było, że nawykła dowodzenia, a jeszcze bardziej do tego, by jej słuchano. Choć obecnie robiono to raczej ze względu, już była prawą ręką Arcyksięcia niż ze względu na nią samą , bo nikt tej kobiety nie znał. Pojawiała się i znikała dowolnie jak chciała, zwykle paradują z odkrytymi kolanami i ludzką bronią na wierzchu, jak by było się czym chwalić. Nadal jednak nosiła hrabiowski tytuł.
Kapitan Vermeus zgrzytnął zębami. Jakby nie miał już wystarczająco trosk w związku z zaginioną bratanicą i skradzionym wczoraj kolejnym statkiem.
— Mały okręt na szpicy zauważył obcą aktywność bezpośrednio ponad Szkarłatną Bramą, milady. Na razie nic więcej nie wiadomo; jesteśmy za daleko, by określić przynależność statku. Wysłaliśmy już kilku zwiadowców, ale najbezpieczniej będzie zwolnić, byśmy nie wpadli w potencjalną pułapkę.
—Czy przypuszcza pan, kapitanie, że to sprawa piratów?
—Ciężko powiedzieć. Nadal jednak obcy okręt tkwi ponad Bramą, a nie obok, w porcie, jak powinien był.
— Rozumiem — podziękowała za raport tonem, który tak naprawdę nie wyrażał niczego. Miała nadzieję, iż nie wyszła bardzo z wprawy. — Gdy dowiecie się czegoś konkretnego, poinformujcie wreszcie Arcyksięcia.
Dwóch strażników pomknęło za nią, by może odeskortować Jaśnie Panią... gdzieś, skoro nie wiedzieli nawet, że była na pokładzie Statku, ale kobieta zniknęła pomiędzy wchodzącymi i wychodzącymi jak kamfora.

Dosłownie zniknęła, by pojawić się za kilkadziesiąt metrów przy framudze drzwi prowadzących do obszernego kambuza. Weszła jak do siebie, chwyciła babeczkę, która najbardziej przypominała cytrynową i przesuwając spojrzeniem, przeskanowania wchodzących i wychodzących. Krzątali się pospiesznie, lecz trudno było ocenić czy powodem była bliska pora kolacji czy też inny harmider, którego przyczyny szukała już na mostku kapitańskim. Przyuważyła pokojówki wychodzące drugimi drzwiami i fartuszek na zydlu, najpewniej należący do jednej z nich. Chwyciła go i z babeczką (która zdecydowanie nie była cytrynowa) w drugiej ręce ruszyła w tym samym kierunku.
Oby służebna miała zapasowy, bo ten już należał do niej.
Po przemknięciu za wahadłowe drzwi z rozczarowaniem stwierdziła, że błyszczące kasetony i gruby dywan oznaczają, iż ponownie trafiła na poziom z kwaterami mieszkalnymi. Może to i lepiej. Czas rozpocząć przygotowania do finału.
Cofnęła się do kuchni, a później do tego pomieszczenia za nią, które okazało się być magazynem na żywność. Miała jeszcze dłuższą chwilę, nim efekt Maski się skończy, tak więc przybrała jakąś uroczą, smagłą, mijaną na dolnym pokładzie buzię, skróciła swój wzrost do idealnego według bielaka metra pięćdziesiąt pięć, a zamiast już starannie schowanych w torbie czerwonych dodatków oraz lekką ręką porzuconego, zbyt prowokacyjnego pasa, przywdziała wykrochmalowany, pełen falbanek (meh) fartuszek. Zawiązała i przeciągnęła na krzyż troczki, tak jak robiły to wszystkie służące z Pałacu Tyka, a w kieszeni znalazła nawet sztywną opaskę z białych, papierowych kwiatów, którymi odgarnęła znad czoła puszczone luźno, ciemne już włosy.
Tak przygotowana, popchnęła stojący w pomieszczeniu zapasowy wózek, na dolnej półce, pod obrusem utkanym ze świeżych liści, ukrywając torebkę. W kambuzie zarządziła (a raczej nieco nieśmiało o nią poprosiła, jak wypadało że strony nowej, młodziutkiej służebnej) pomoc w skompletowaniu kolacji dla Arcyksięcia, nie chcąc mącić na terenie, którego nie znała. Ponieważ piła z nim herbatę chyba całymi galonami, zorganizowała (wyjątkowo przeciętnego jak na jej gust) ludzkiego Earl Greya oraz wiele porcji owocowego suszu. W ten sposób nie wzbudziła podejrzeń, zachowując się jak przeszkolona do usługiwania Jego Wysokości dziewczyna. (Nawet jeśli nie miała kocich uszu, a staruszek Rosarium był przewidywalny jak cykl dobowy szkarłatu Otchłani.) Napój razem z deską serów i owoców popchnęła na wózku przed podwójne drzwi. Pozostawało sposobem wywiedzieć się gdzieś przebywa Arcyksiążę, bo zapytać jakoś tak szpiegowi zawsze głupio.
Okazja nadarzyła się, gdy wjechała w głąb korytarza i wjechała (tym razem dużo bardziej dosłownie) w młodą pokojówkę.
— Czy wracasz może z gabinetu Arcyksięcia?
Tamta zaprzeczyła, jakoby wchodziła do gabinetu, skoro Arcyksiążę drzemie w sypialni. Przecież nie miała żadnego interesu w tym, by wchodzić do tamtego pokoju!
Kobieta zmrużyła oczy, zastanawiając się, czy to nie owa służąca, o której kiedyś meldowała Dachówka Eli, ta myszkująca potajemnie w rzeczach właścicieli. Że też wyhaczyła ją zupełnym przypadkiem. To niepokojące, iż pojawiała się tam, gdzie sam Arcyksiążę. Well, odnotowane.
— Jesteś pewna, że drzemie? I to akuratnie w sypialni?
— Oczywiście! — parsknęła tamta z oburzeniem godnym Najlepszego Szpiega.
Zorientowanie się, do których drzwi należy uderzyć nie było trudne patrząc na dwóch strażników Gwardii Osobistej, tkwiących przed drzwiami. Weszła tam, pchając przed sobą cichutko turkoczący wózek i zaczęła wykładać kolację na stolik kawowy. Rosarium naprawdę uciął sobie popołudniową drzemkę? W tej chwili rozległo się donośne pukanie do drzwi, możliwe, że meldunkami. Cóż, właśnie się skończyła.

_________________


I can’t go on living this way

But I can’t go back the way I came
Chained of this fear that I will never find a way to heal my soul
And I will wander till the end of time
Half alive without you
Soph
Soph
Anarchs

Godność : Sophie „Opal” Bugs vel hrabina de Chardonnay
Wiek : gdy ukrywa arogancję, wygląda na nastolatkę
Lubi : suszone owoce i nowe moce
Nie lubi : niekompetencji i nieprzewidywalnych sytuacji | czekolady i deszczu
Wzrost / Waga : 180cm / 65kg
Aktualny ubiór : długa, burgundowa kiecka
Znaki szczególne : palce o czterech stawach międzypaliczkowych, wytatuowane imię na wewnęrznej części prawego nadgarstka, kilka perłowych blizn po ramionach i na talii
Pod ręką : druga ręka! i pewnie jakiś sztylet.
Zawód : oficjalnie sekretarz arcyksięcia
Bestie : Likyus z rdzawą gwiazdą na pysku (Orem), jadowicie zielony Avi (Verde), Alam (Riehl) o grzbiecie pełnym czarnych magnolii
Stan zdrowia : gojący się ślad po ranie postrzałowej lewego ramienia

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 150
Dołączył : 24/08/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Tyk on Sro 10 Lip 2019, 20:47

Rosarium poczuł, że statek, płynący dotąd spokojnym, miarowym tempem, zwolnił. Nawet jeżeli zamknął oczy i pogrążył się na krótko w płytkim śnie został wyrwany z niego wyrwany wraz z drobną zmianą, tak różną od spokojnego, planowego przybicia do portu. Zresztą miał przy sobie zegarek leżący na szafce obok łóżka. Sięgnął po niego i podniósł. Ujrzał jego zdobioną tarczę. Wiedział, że od ostatniego spojrzenia na nią minęły ledwie trzy minuty - zdecydowanie za mało, by mogli znaleźć się już w porcie i przejść bezpiecznie do Krainy Luster.

I chociaż przyczyn mogło być mnóstwo - zwykła korekta kursu, jakiś wrak czy stworzenie na drodze, kupiecki okręt, który znalazł się na trasie arcyksiążęcej floty. Wiele możliwych rozwiązań, lecz zaprzątnięty w ostatnich czasach ciągłymi kłopotami z piratami umysł Agasharra podsuwał mu uparcie myśli o pomiotach Czarnozębego.
Choć wiedział, że dotąd nigdy w jednym miejscu nie pojawiło się dość okrętów przeklętych rozbójników, a jego flota była na tyle okazała, by skutecznie odstraszyć większość kapitanów z armady Blackteetha, to nie mógł oprzeć się myśli, że konwój przewożący samego Arcyksięcia, który stał za Kompanią, a nadto gwarantował jej pokojowe stosunki, a nawet współpracę ze Stowarzyszeniem Czarnej Róży, mógł być zbyt kuszący, by piracki komandor odmówił sobie tej okazji.
Szybki, celny atak we mgle. Precyzyjne uderzenie na ten jeden, konkretny okręt i jego abordaż, a następnie porwanie lub zabicie Lorda Protektora to plan szalony, lecz nie niewykonalny. Choć niezwykle ryzykowny i z niską szansą na powodzenie. Dla Rosarium bardziej niepokojący był fakt, że piraci wiedzieli o jego posunięciach. Wśród jego ludzi był szpieg, a przez niewyobrażalnie rozrośnięcie się jego sił nie był w stanie go skutecznie znaleźć, tak jak mógł to czynić gdy pod komendą miał tylko pałacową służbę i osobistą gwardię.
Szybko zresztą odrzucił myśl o tym, że zostali zaatakowani. Statek był zbyt spokojny. Słyszał kroki, lecz nie różniły się one od tych, które dało się usłyszeć zawsze. Strzępki rozmów, ledwo słyszalne w tym miejscu też nie wzbudzały większego niepokoju. Wszystko wydawało się toczyć swoim spokojnym rytmem. Uspokoiło to nieco myśli Rosarium, na tyle, że ponownie zamknął oczy, cofnął rękę z szafki, na której leżał zegarek.

I już miał wracać do snu, przynajmniej próby wytargania choć jego odrobiny, gdy usłyszał pukanie.
- Wyczucie czasu jak u spóźnionego kapelusznika, zawsze w najgorszej chwili, nigdy na czas. - Myśl, która przebiegła przez umysł Arcyksięcia dobrze oddawała jego nastawienia do nieoczekiwanego gościa. Wiedział, że zapewne jest to coś istotnego. Raporty o aktualnej sytuacji, czy informacja, że dopłynęli - choć to się nie zgadzało, było za wcześnie. Nie wątpił jednak, że nikt nie zawracałby mu głowy z błahej przyczyny. Przynajmniej taką miał nadzieję.
Jednak gdyby ten ktoś przyszedł choć trochę wcześniej, trafiłby na czas, w którym myśli Rosarium krążyły wokół przyczyny poprzedniego przebudzenia i tym samym nie stałby się przyczyną kolejnego.
- Wejść - Powiedział niezwłocznie, nie zadając sobie jednak trudu, by uprzednio się do tego przygotować. Toteż, gdy drzwi się otwierały Arcyksiążę dopiero siadał na łóżku, opierając stopy na deskach podłogi jego kajuty przeznaczonej na sypialnię, gdzie nie przyjmował gości.
Zanim usiadł przetarł jeszcze dłonią oczy i ziewnął. Lepiej, żeby to było coś ważnego! Inaczej chyba będzie musiał wtrącić tego, który postanowił mu przerwać do lochu, a jako że na tym konkretnym statku nie przewidziano pokładu więziennego, to będzie wyrzuci go za burtę, przywiązanego liną i niech resztę podróży buja się gdzieś pod nimi. Tylko najpierw trzeba go będzie zakneblować, co by swoim krzykiem nie niepokoił za bardzo podróżujących. I związać, żeby nie próbował czasem się wspinać po linie lub uwolnić - a to na wypadek, gdyby był Opętańcem lub inną skrzydlatą istotą.
Trzeba przyznać, że nie spodziewał się służącej w jego sypialni, a już na pewno nie z kolacją! Co to w ogóle za pora na kolację!
Mimo wszystko przecież nie będzie pokazywał zirytowania przy kimś takim. Otóż nie! Jeżeli ktoś myśli, że tym żartem rozzłości Rosarium to w istocie ma rację, ale się o tym nigdy nie dowie. Dlatego na twarzy Upiornego pojawił się łagodny uśmiech - zresztą sądził, że ktoś ją tu przysłał i to on powinien wisieć pod okrętem. I ktoś mógłby powiedzieć, że powinien był się domyślić, lecz zrozumienia ludzie! On dopiero co się obudził... po raz drugi w ciągu kilku minut.
- Nie za wcześnie na kolację? Nalej mi herbatę. - Tak, było za wcześnie. Poza tym za kilka minut mieli wysiąść ze statków i przejść do Krainy Luster, gdzie czekał całkiem niedaleko czekał na nich strzeżony przez gwardzistów Helios. Tam mógłby zjeść kolację, choć herbaty nigdy nie odmówi.
Na myśl o herbacie przeszło m nawet zirytowanie, którego dzielnie nie okazywał. I znów ktoś musiał wejść w najgorszym momencie! Czego Ci ludzie dziś od niego chcą... Liczył, że nie jest to kolejna herbata, ani kot, który domaga się głaskania. Mogliby mu wszyscy dać spokój. Tak. Jeszcze brakuje tutaj tej przeklętej anarchistki, ona lubi przyciągać do jego sypialni nadmierną ilość ludzi. Dlatego unika przyjmowania jej w sypialni. No... jeszcze dlatego, że jego żona niespecjalnie to pochwala.
- Wejść - Znów powtórzył lekko znudzony. Nie lubił się powtarzać. Z drugiej strony nie czuł teraz tego samego gniewu, który powodował nim, gdy myślał o wieszaniu ludzi pod okrętem. Nie spał już, co więc dla niego za różnica ile jeszcze osób postanowi napaść jego sypialnię.
Tyk
Tyk
SCR

Godność : Lord Protektor, Arcyksiążę Agasharr I Rosarium
Wiek : 20 lat
Rasa : Upiorny Arystokrata
Wzrost / Waga : 178/75
Aktualny ubiór : .
Pod ręką : Alphard (Rubeol), Forets (Tenebrae)
Zawód : Lord Protektor Krainy Luster
Bestie : Alphard (Rubeol), Forets (Tenebrae)
Stan zdrowia : Doskonały

Specjalne : Główny Administrator (na wakacjach)
Liczba postów : 80
Dołączył : 18/07/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach