Gabinet medyka

Go down

Pisanie autorstwa Reinhardt on Nie 07 Lip 2019, 16:22

[You must be registered and logged in to see this image.]


xxx
Reinhardt
Reinhardt

Godność : Reinhardt Garlindt / aktualnie: Colin Bradley / Andres Veltigar
Wiek : 455 lat
Rasa : Doppelganger
Lubi : Bazowo: Spokój, ciszę, badania naukowe, muzykę, sztukę przedstawiającą / Jako postać: Zmienne
Nie lubi : Bazowo: Lustrzan, głupoty, nieposłuszeństwa / Jako postać: Zmienne
Wzrost / Waga : Dane w podpisie postaci.
Aktualny ubiór : Dane w podpisie postaci.
Pod ręką : Portfel z pieniędzmi i dokumentami, klucze do mieszkania, gitara / Portfel z pieniędzmi i dokumentami, kopia dyplomu ukończenia studiów (magna cum laude), zegarek z dewizką, Derringer kal .45
Broń : BRAK
Zawód : Zarządca MORII / Aktualny: Student (bezrobotny) / Lekarz internista
Stan cywilny : Wolny
Stan zdrowia : Zdrowy.

Liczba postów : 32
Dołączył : 12/05/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Bane on Nie 07 Lip 2019, 16:38

Ingerencja Mistrza Gry

Przywieziono ją do gabinetu, tak jak powiedziała jej Kat. Personel był pozornie spokojny, bo o ile pani doktor uśmiechała się cały czas a jej pomocnicy grzecznie prowadzili łóżko, tak żołnierze idący za nimi wydawali się spięci. Może nie dlatego, że faktycznie byli zdenerwowani obecnością Jocelyn a zwyczajnie bali się niewiadomego. Pochodziła zza Lustra, jak to potocznie mówili niektórzy, i była niebezpieczna jak każdy Lustrzanin.
W gabinecie przełożono ją delikatnie na stół i przypięto pasami, pozostawiając w pozycji leżącej na brzuchu.
- To dla twojego bezpieczeństwa. - wyjaśniła dr Wells - Masz zranione skrzydło, musimy je oczyścić a to może trochę zaboleć. - dodała szczerze, nie ukrywając powodu uwięzienia kobiety.
Nie rozsznurowali kaftana, jeden z mężczyzn w masce po prostu podszedł i rozciął go, zbierając kawałki materiału. Rozwiązano też skrzydła, które bezwładnie opadły na boki. Z pomocą udało się je rozłożyć i wsparto je na dodatkowych stołach.
I faktycznie opatrywanie rany nie było przyjemne. Bolało, piekło, szczypało, rwało ale lekarka naprawdę starała się być delikatna i cały czas informowała co zrobi, uspokajając w ten sposób skrzydlatą. W międzyczasie do czoła Jocelyn przyklejono przyssawki, tłumacząc, że mają sprawdzić jej głowę. Nie podano leków bez poznania kim jest. Bez rozpoznania, czy w ogóle wolno jej cokolwiek podać.
Po długim zabiegu który ją wymęczył ale nie pozbawił przytomności, Kat odłożyła narzędzia i położyła na jej ramieniu dłoń, okazując wsparcie.
- Zostawię cię teraz, moja droga. - powiedziała z czułością - Za chwilę odwiedzą cię pewnie nasi Dyrektorzy, ale nie musisz się niczego bać. Chcą tylko porozmawiać. - zapewniła i ruszyła do drzwi - Byłaś naprawdę dzielna. Wiele przeszłaś... ale teraz już nie musisz walczyć. Możesz odpocząć. - dodała, stając pod drzwiami - Wpadnę do ciebie później. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, nie krępuj się o tym informować. W sali jest monitoring, w razie czego mamy cię na oku więc nawet jeśli źle się poczujesz, od razu ktoś przyjdzie z pomocą.
Nacisnęła przycisk na ścianie i światło które dotąd było bardzo jasne, niemal oślepiające, przyciemniło się do komfortowego półmroku, dając możliwość odpoczynku. Jeszcze przed jej wyjściem, dwóch sanitariuszy sprawdziło, czy pasy są dobrze zapięte ale nie sprawiają bólu samej kobiecie. Poprawili ułożenie skrzydeł tak, by nic nie zrzuciła jeśli będzie próbować nimi poruszyć ale pozostawili ją leżącą na brzuchu, co było zrozumiałe bo miała ranę z tyłu, na skrzydle przy plecach.
Dr Wells wyszła a Jocelyn ogarnęła cudowna cisza i spokój tego chłodnego, sterylnego miejsca. Za chwilę pewnie zostaną zmącone wizytą kolejnych zainteresowanych... ale może do tego czasu skrzydlatej uda się uspokoić zszargane nerwy.

_________________
[You must be registered and logged in to see this image.]

That didn't happen.
And if it did, it wasn't that bad.
And if it was, that's not a big deal.
And if it is, that's not my fault.
And if it was, I didn't mean it.
And if I did...
You [You must be registered and logged in to see this link.] it.





#66cc33



Bane
Bane

Godność : Bane Blackburn
Wiek : 38
Rasa : Cyrkowiec
Lubi : Siebie samego. I alkohol. Zwłaszcza razem.
Wzrost / Waga : 190/80
Aktualny ubiór : Biała koszula, biała marynarka i białe spodnie, szare buty, szary płaszcz.
Znaki szczególne : Przystojność. Białe włosy, szara skóra, dziwne oczy. Blizny na oku i na szyi.
Pod ręką : Piersiówka, klucze do Kliniki, pieniądze.
Zawód : Chirurg w Klinice (Kraina Luster)
Stan zdrowia : Chwiejny psychicznie.

Specjalne : Administrator Główny - Regent, Mistrz Gry
Liczba postów : 123
Dołączył : 28/10/2018

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Joce on Nie 07 Lip 2019, 19:20

Obchodzili się ze mną jak z opóźnionym w rozwoju dzieckiem, albo jak kto woli- jajkiem. Byłam zmęczona fakt, trochę zdezorientowana i obolała... Ale byłam samodzielna jakby nie patrzeć. Nie mniej jednak, nie utrudniałam im roboty, starałam się nawet jakoś pomóc. Lekarka wyglądała przyjemnie i ciepło. Jak lekarki z tych telenoweli w telewizji, gdzie lekarka o złotym sercu ratuje biedne dzieci na ostrym dyżurze.
Całe otoczenie nie wyglądało jakoś specjalnie przyjaźnie, maski na twarzach zebranych tu ludzi, też niezbyt zachęcały do jakiejkolwiek interakcji, ale nie po to chciałam tu trafić. Nie po to by nawiązywać przyjaźnie... Chciałam by mi pomogli... Bym już nie była "taka".
- Jocelyn- poprawiłam trochę pozycję na łóżku, tak by było słychać gdy będę mówić.- Jocelyn D'Voir-dodałam. W końcu lekarka też podała swoje nazwisko, więc kultura tego wymagała. Jakoś o takich drobnostkach zapomniałam ostatnimi czasy... Ciekawe dlaczego i kiedy się to stało...
Zaufać? Nie ufałam sama sobie, więc na jakiej podstawie miałabym ufać lekarce o sarnim spojrzeniu? Chociaż przyznać musiałam, że była bardziej godna zaufania niż ja, czy wszyscy po drugiej stronie lustra- których do tej pory poznałam. Gdy Dr Wells do mnie mówiła, czułam że mogę powierzyć jej swoje życie. Koniec końców i tak było nic nie warte.
Atmosfera podczas przenosin była mieszana. Z jednej strony czuło się spokój i opanowanie godne lekarskiego fachu, a z drugiej strony czułam dziwne napięcie, dobiegające zza moich pleców. Rozumiałam ich, w końcu byłam tworem którego nie rozumieli. Nosicielem jakiegoś wirusa czy innego diabelstwa, które wywołało we mnie takie a nie inne zmiany. Niestety nieodwracalne...
Gabinet w którym się znalazłam, robił wrażenie. I to takie solidne. Minęło dużo czasu odkąd byłam w świecie ludzi, ale... Czy to możliwe żeby technologia tak się rozwinęła? Czy może to kwestia tego, że Moria dysponowała sprzętem lepszym i bardziej profesjonalnym niż ten który widziałam w prywatnej klinice kilka lat temu?
Nie kryłam zainteresowania, rozglądałam się i badałam wzrokiem szczegóły. Było tak jasno, że był to nielada wyczyn...
Nie protestowałam gdy mnie przypinali. Sama bym siebie zakuła w kajdany i wrzuciła do piwnicy, byle nie tracić nad sobą kontroli.
- Rozumiem. - niespecjalnie wiedziałam, co innego jej odpowiedzieć. Wrażenie robił też stopień zabezpieczeń maści wszelakiej. Wydawać się mogło, że Moria jest przygotowana na wszystko, a znajdowałam się tu ledwo chwilę i w zasadzie widziałam tyle co nic...
Gdy zajęli się raną na plecach, na moim czole skroplił się pot. Czułam jak spływał mi powoli, ale nie wierciłam się, nic też nie powiedziałam. Nie było to tragiczne przeżycie, bolało ale nie na tyle bym miała się zacząć rzucać jak opętana.
Przykleili mi do czoła jakieś białe przyssawki, które miały jakoś sprawdzić czy z moją głową wszystko w porządku. Mimowolnie się uśmiechnęłam, słysząc to. Z moją głową wszystko było jak najbardziej nie w porządku...
Zabieg był długi, albo krótki. Nie byłam w stanie tego stwierdzić. Robili swoje a ja leżałam, przesuwając spojrzeniem po kafelkach.
- Dziękuję- odpowiedziałam jedynie, gdy lekarka wychodziła. Okazała się naprawdę miłą osobą i jakoś lepiej na duszy mi było, że to ona się mną zajmowała.
Po jej wyjściu było tak... Cicho. Błogo wręcz. Czułam zmęczenie w całym ciele, ale senność nie nadchodziła. Nie ruszałam się bardziej niż to potrzebne. Nie chciałam czegoś zdemolować skrzydłami.
Śmieszne było to, że tak właściwie było mi przyjemnie. Nie musiałam się niczym przejmować. Wszystko zostawiłam za sobą i czułam się bezpieczna. Trochę mnie to dziwiło. Sądziłam że jak się tu znajdę, to będę przerażona. Po tym co usłyszałam od Gregory'ego i innych cyrkowców... Naprawdę spodziewałam się czegoś innego.
Westchnęłam, czekając aż przyjdą do mnie Ci cali dyrektorzy.

Joce
Joce

Godność : Jocelyn D'Voir
Wiek : 22 lata
Rasa : Opętaniec
Wzrost / Waga : 176/49
Aktualny ubiór : https://imgur.com/a/IVLdD
Znaki szczególne : Tatuaż feniksa na całych plecach
Pod ręką : Sakwa z pieniędzmi, pare zwoi pergaminu, pióro, katana, sztylet
Broń : Katana
Stan cywilny : W związku z Gregorym (?)
Bestie : Rajski Ptak- Samael
Stan zdrowia : Osobowość mnoga, niedożywienie

Liczba postów : 23
Dołączył : 20/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Reinhardt on Pon 08 Lip 2019, 12:38


Umysł Reinhardta pracował na pełnych obrotach. Jakoś tak już jest, że dowódca musi być mądry za wszystkich podległych mu ludzi. Podszedł do dowódcy oddziału, który przybył z Obiektem do siedziby głównej. Wypytał o okoliczności zdarzenia, o zachowanie Obiektu podczas ujęcia i później, podczas transportu. Uzyskawszy wszystkie potrzebne informacje podziękował i odszedł kawałek w głąb sali, by wszystko przemyśleć. Kobieta Opętaniec nie stawiała oporu, nie panikowała ani nie robiła nic, by bronić się przed dostaniem w ręce Organizacji …
- Kurt, będę cię potrzebował za kilka chwil w gabinecie medycznym ... – powiedział zamyślonym głosem - , ale teraz bądź proszę tak dobry, i powiedz personelowi żeby przygotowano na szybko pokój A 1.02 … jeśli się pomyliłem to się ją przeniesie, ale wątpię by była taka potrzeba.
Kod pokoju nie był bez znaczenia.
Wszystkie pokoje, w których tymczasowo lub stale przetrzymywano Obiekty, nosiły oznaczenia literowe od oraz numeryczne. W zależności od klasyfikacji, typu, rangi i spodziewanych problemów, każdemu złapanemu mieszkańcowi „Zalustrza”, przypisywano odpowiednią rangę wyrażoną literą i cyframi. Ci najmniej niebezpieczni, ugodowi, słuchający poleceń i idący na współpracę otrzymywali rangę „A” a najbardziej niebezpieczni, agresywni i potężni „F”. Tak zwane „numery socjalne”, które od reszty cyfr oddzielała kropka, oznaczały poziom ważności Obiektu. „0” oznaczało obiekt nierozpoznany, „1” zwykłego mieszkańca i tak dalej aż do „5”, oznaczającej obiekt wyjątkowo ważny. Po kropce następował numer przydzielonego pokoju, ale jak wszystko co związane z przetrzymywaniem Lustrzan, ten także miał swoje znaczenie. Otóż pokoje o numerach parzystych, posiadały wewnętrzny system monitorowania procesów życiowych jego mieszkańca za pomocą prostych urządzeń audiowizualnych jak i tych, będących zdecydowanie bardziej skomplikowanymi.
Widząc ze Kurt zajął się powierzonym zadaniem, Reinhardt podszedł do jednego z biurek, otwo-rzył dysk i wydrukował dokładny plan dnia, w tym wypadku przeznaczony dla osoby, która pozo-staje na kompleksowych badaniach w Forvax Public Health. Złożył kartkę na cztery i schował do kieszeni.
Musiał jak najszybciej ułożyć długofalowy plan działania prowadzący w jak najbliższym stopniu do zakładanych efektów. Coś mu mówiło, że nie będzie to prosta droga od punktu „A” do „B”, ale był na to gotowy.
Podszedł pod gabinet w chwili gdy wychodziła z niego dr Wells. Dopytał się o wszystkie dane „nowej podopiecznej” a słysząc, że ta nazywa się Jocelyn D'Voir, w myślach uśmiechnął się do siebie.Jeśłi nie była to zaskakująca zbieżność nazwisk, to tatuś i córeczka minęli się dosłownie w drzwiach.
Podziękował pani doktor, która szła przygotować salę operacyjną. Skrzydła trzeba było niestety amputować. Widząc, że Kurt wraca, machnął mu ręką i przeszli do jednego z pustych obecnie pokoi.
- Zanim wejdziemy, musisz wiedzieć jedno, ta dziewczyna to prawdopodobnie córka Kayla D’Voir, renegata, który zabił kilku naszych ludzi. Jeśli dopisze nam szczęście, to doprowadzi nas do niego, albo sama go zlikwiduje. – powiedział, a w jego głosie dało się wyczuć nutkę mściwej satysfakcji - Chodźmy, bo zaraz wezmą ją na operację i będziemy musiali poczekać aż się wybudzi.
Przeszli korytarzem z powrotem pod drzwi gabinetu lekarskiego. Reinhardt, mimo iż mógł wejść gdzie chciał i jak chciał, grzecznie zapukał do drzwi by ostrzec Jocelyn.
- Dzień dobry, – powiedział wchodząc do pomieszczenia i przechodząc tak, by dziewczyna mogła go widzieć - Jestem Reinhardt, a to mój zastępca, Kurt. Chcielibyśmy przez chwilę porozmawiać. – powiedział siadając na jednym ze stołków, tak, by być w zasięgu oczu dziewczyny - Po twoim aktualnym zachowaniu wnioskuję, że chciałaś się tu dostać, powiesz mi czemu? Cóż takiego cię sprowadza do tego świata?
Przyglądał się leżącej.
Nie była brzydka, ale od razu było widać, że jej dieta nie jest zbyt obfita
Miała ładne skrzydła. Szkoda ich będzie, ale przecież kiedyś jej odrosną.
O ile będzie chciała być opętańcem.
Reinhardt
Reinhardt

Godność : Reinhardt Garlindt / aktualnie: Colin Bradley / Andres Veltigar
Wiek : 455 lat
Rasa : Doppelganger
Lubi : Bazowo: Spokój, ciszę, badania naukowe, muzykę, sztukę przedstawiającą / Jako postać: Zmienne
Nie lubi : Bazowo: Lustrzan, głupoty, nieposłuszeństwa / Jako postać: Zmienne
Wzrost / Waga : Dane w podpisie postaci.
Aktualny ubiór : Dane w podpisie postaci.
Pod ręką : Portfel z pieniędzmi i dokumentami, klucze do mieszkania, gitara / Portfel z pieniędzmi i dokumentami, kopia dyplomu ukończenia studiów (magna cum laude), zegarek z dewizką, Derringer kal .45
Broń : BRAK
Zawód : Zarządca MORII / Aktualny: Student (bezrobotny) / Lekarz internista
Stan cywilny : Wolny
Stan zdrowia : Zdrowy.

Liczba postów : 32
Dołączył : 12/05/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Streicher on Sro 10 Lip 2019, 00:49

Bez dyskusji spełnił wszystkie polecenia przełożonego. Pod tym względem był idealny - absolutnie lojalny, wierny jak pies i wypełniający rozkazy bez dyskusji. Oczywiście miał swój rozum i myślał nad tym, co słyszał od Reinhardta, ale szybka analiza pozwalała określić mu, co mu się bardziej opłaca. I zazwyczaj wypełnienie prośby Garlindta opłacało się najbardziej.
Oddalił się od niego i pospieszył od razu powiadomić personel. Wszystkie jego ruchy były przemyślane, nie marnował energii na bieg. Teraz, kiedy skrzydlate dziwadło było pod kontrolą, nic niespodziewanego nie może się wydarzyć.
Nie zabierał pod drodze broni. Zdjął też maskę, aby odetchnąć świeżym powietrzem w strefie, która nie mogła być skażona bo dziewczyna nie była nią wieziona. Kiedy załatwił sprawy, ruszył do miejsca w którym mieli się spotkać z dowódcą. I znowu, kiedy tylko znalazł się w części potencjalnie niebezpiecznej, wsunął na twarz maskę, zapiął jej wszystkie zapinki i westchnął, zaciągając się filtrowanym przez nią powietrzem.
Akurat gdy podchodził do Reinhardta, stojącego pod drzwiami gabinetu, ziewał, starając się ukryć niezbyt miły w tej chwili odruch ręką. Po co, skoro jego usta zakrywała maska? Cóż, nawyk.
Przełożony machnął ręką i wskazał, by przeszli do pokoju obok. Kurt bez wahania podążył za nim i kiedy znaleźli się sami, spojrzał na zakrytą twarz Garlindta.
Słysząc, że schwytana ma powiązania z renegatem, uśmiechnął się lekko, ale wyraz jego wiecznie zmęczonej twarzy mógł wskazywać równie dobrze na radość nie tyle ze znalezienia sukinsyna, który zabił kilku żołnierzy, co zadowolenie z ciepłej kawy o poranku. Mimo profesji, Streicher wyglądał bowiem naprawdę nijako i momentami wręcz niewinnie.
- Cały czas zastanawiam się, jak mu się to udało. - skomentował - No wiesz, był zwykłym mózgowcem a załatwił wyszkolonych żołnierzy. To trochę tak, jakby pisklę załatwiło sforę psów. - pokręcił głową, ale nie ciągnął tematu, bo musieli się pospieszyć, jeśli chcą coś wyciągnąć od dziewczyny przed jej operacją.
Naturalnie, pierwszy wszedł Reinhardt. Przedstawił siebie i Kurta, na co szatyn skinął głową leżącej na stole w geście powitania, ale nie odezwał się. Zamiast tego stanął za dowódcą, gotów w razie czego interweniować. Był od niego odrobinkę wyższy, przez co mógłby uchodzić za bodyguarda Garlindta.
Przyglądał się dziewczynie. Gdyby nie paskudztwa które wyrosły jej na plecach, mogłaby być nawet ładna, chociaż była nieco zabiedzona. Widać, że po Drugiej Stronie nie najlepiej się odżywiała...
Była spokojna. Może nawet aż za bardzo, jak na dziwadło z innego świata. Od Reinhardta wiedział już, że skrzydlaci kiedyś byli Ludźmi a skrzydła są efektem działania pasożyta, ale czy wpływał on jakoś na psychikę?
Zerkał swoimi niebieskimi oczami, taksując ją od stóp aż po głowę. Gdyby odciąć te... obrzydliwe, pierzaste narośle... może dałoby się jakoś doprowadzić ją do ładu? Odkarmić, zmusić do aktywności fizycznej. Może mogłaby nawet udawać Człowieka.
Kurt ponownie uniósł dłoń i udał, że poprawia maskę a tak naprawdę tuszował ruchem to, że znowu zebrało mu się na ziewanie.
Streicher
Streicher
MORIA

Godność : Kurt Streicher
Wiek : 36
Rasa : Człowiek
Wzrost / Waga : 185/90
Aktualny ubiór : Czarne jeansy, ciemnoszare adidasy i szara koszulka.
Pod ręką : Paczka fajek, karambit, portfel.
Zawód : Żołnierz
Stan cywilny : Wolny
Stan zdrowia : 100%

Liczba postów : 44
Dołączył : 05/02/2019

Powrót do góry Go down

Pisanie autorstwa Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach